piątek, 24 lutego 2017

Za rok o tej porze w Paryżu!


Za rok o tej porze czyli pod koniec lutego 2018 minie 50 lat od ukończenia przeze mnie studiów na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Rocznica ważna i niecodzienna, warto powspominać.
Postanowiłam z okazji nadchodzącą rocznicy wydać okolicznościowe przyjęcie w restauracji Polidor, znanej z filmu Woody Allena O północy w Paryżu. W końcu Hipokrates był Grekiem, a Polidor to imię greckie Πολύδωρος - trudno o lepsze zestawienie symboli!
Przez długie lata Paryż znaliśmy z książek, filmów, opowieści. W czasach mojego dzieciństwa i młodości mało kto bywał w europejskich stolicach. Granice były zamknięte, paszporty w ministerialnych szufladach, nie mieliśmy dostępu do walut obcych. W latach 90. wszystko zaczęło się normować. Wyjazdy stały się dostępne dla każdego zdeterminowanego miłośnika podróży. Mógł wyjeżdżać z biurem podróży albo samodzielnie.
Fot. Na tle metra, Paryż (1997 rok)
Przed 20 laty ruszyliśmy do Paryża całą rodziną 5 sierpnia 1997 roku, lot LO 5321 o 12:50, i wczesnym popołudniem byliśmy na miejscu. Powodem wyjazdu były 16 urodziny, które obchodzimy według zasady:
zawsze w dobrym miejscu, zawsze w dobrym towarzystwie
  Stolica Francji przywitała nas tak rzęsistą ulewą, że aby strugi deszczu nie zalewały nam mapy, musieliśmy zejść do stacji metra. Mieszkaliśmy w hotelu Le Jardin de Paris przy Adix na 30 Rue Lucienn Sampaix 75010 Paris. 

Fot. Wieża Eiffla w 1997 roku z informacja ile dni pozostało do 2000 roku

Na wieży Eiffla wyświetlano informację ile dni pozostało wo roku 2000, którego nadejście oczekiwano w pewnym niepokoju. Obawiano się czy systemy komputerowe poradzą sobie z trzema zerami. Poradziły!
Za oknami naszego hoteliku  codziennie hałasująca śmieciarka była na tyle stałym elementem pejzażu, że sfotografowałyśmy się na jej tle.

Dwadzieścia lat później, niczym w powieści Aleksandra Dumasa spacerujemy co kilka tygodni po ulicach Paryża, realizując misję „Dziadkowie bez Granic” ponieważ nasza córka Katarzyna wraz ze swoim mężem Maciejem Kowalskim i dziećmi, Helcią i Heniem, miesza w tym mieście. Pomysł uroczystych obchodów rocznicy dyplomu powstaje także podczas jednego z moich paryskich pobytów. Poprosiłam córkę o narysowanie dwóch plakatów „49 lat z dyplomem lekarza” oraz „50 lat z dyplomem lekarza” i w okolicach Place de Mexico, w czerwcu 2016 roku, obowiązkowo z wieżą Eiffla w tle, zrobiliśmy próbną sesję fotograficzną. 

Fot. Nasz ulubiony pojazd paryski od lat
Jaka rolę gra w tym filmie śmieciarka? To ulubiony pojazd Henia. Czy można w innym miejscu obchodzić tak ważną rocznicę?  Nie!
Rozdział 1. Lata studenckie i początki pracy
1.1. Jak to się zaczęło?
Gdy podjęłam decyzję zdawania na medycynę właściwie byłam dzieckiem - i nie mam tu na myśli motywu robienia zastrzyków misiom jako dziecięcej inspiracji do zostania lekarzem. W moim rodzinnym domu nie było strzykawek, a i z misiami było krucho.
Fot. Licealistka, która postanowiła zostać lekarzem
Rodzice moi byli nauczycielami, przy czym matka przez pewien czas była redaktorem Państwowego Zakładu Wydawnictw Lekarskich. W istotny sposób przyczyniło się to miejsce pracy do zostania lekarzem.
Z tego powodu już jako licealistka znałam nazwiska słynnych lekarzy, którzy byli autorami ksiażek, wydawnaych przez PZWL. W 1961 roku PZWL wydał książkę dla studentów Higiena ogólna pod redakcją prof. Marcina Kacprzaka. Redaktorem czuwającym nad przygotowaniem książki od strony językowej i wydawniczej była moja matka. Jak to bywa z dziełami zbiorowymi, książka wymagała sporego nakładu pracy redakcyjnej. Redaktorom PZWL po wydrukowaniu książki  przysługiwał bezpłatnie jeden egzemplarz.
Na zakończenie procesu wydawniczego odbyło się spotkanie redaktora naukowego, czyli profesora Marcina Kacprzaka i redaktora wydawnictwa, czyli mojej matki. Pan Profesor w pięknych słowach podziękował za wkład pracy nad książką. Dodał też, że jest jej bardzo zobowiązany i gdyby była w potrzebie, to zawsze chętnie pomoże.
Fot. Higiena ogólna z dedykacją prof. Marcina Kacprzaka dla mojej matki Haliny Łapińskiej

W niespełna rok później, w 1962 r., zdałam na wydział lekarski Akademii Medycznej z ocenami: biologia – bardzo dobry, chemia – dobry, fizyka – dostateczny. Suma punktów nie wystarczyła, aby dostać się na studia z ogólnej puli miejsc. W owych czasach istniały tzw. miejsca rektorskie, którymi dysponował rektor uczelni i nie był on związany kryteriami dotyczącymi ogólnej puli miejsc.
Matka pamiętając deklarację profesora Marcina Kacprzaka, zdecydowała się na wizytę w jego gabinecie i miała zamiar poprosić o przyjęcie mnie na miejsce rektorskie. Gdy stremowana dotarła do sekretariatu, okazało się, że pan profesor leży w szpitalu z powodu zawału serca. Opowiedziała powód swego przybycia,  sekretarka obiecała przekazać  prośbę profesorowi.
Sprawa została przekazana panu profesorowi Marcinowi  Kacprzakowi, który jeszcze podczas pobytu w szpitalu wydał decyzję przyjęcia mnie na wydział lekarski. 
Jako studenci wiedzieliśmy, że profesor Marcin Kacprzak to wspaniały człowiek i wielki naukowiec, toteż gdy na IV roku studiów pojawił się na wykładzie z higieny, wszyscy słuchacze powitali go owacją na stojąco. 
1.2. Studia na Akademii Medycznej w Warszawie
Studiowałam w latach 1962 -196. Egzamin wstępny zdawałam na sali wykładowej Kliniki Dermatologicznej przy ul. Koszykowej. Dziekanat mieścił się przy ul. Filtrowej 30. Biegaliśmy tam zaliczyć poszczególne semestry i lata studiów. Kto spotkany w owych latach pozostał na trwale w mojej pamięci? Oczywiście przede wszystkim najbarwniejsze osobowości, z którymi stykaliśmy się na pierwszych latach studiów. Zajrzyjmy zatem do indeksu. 

Fot. Mój indeks I rok
Niewątpliwie wielką estymą wśród studentów cieszył sie prof.Witold Sylwanowicz, który na wykład z anatomii prawidłowej wkraczał z liczną świtą asystencką. Wszyscy mieli czyściutkie, wykrochmalone, szeleszczące białe fartuchy oraz czepki na głowach. Profesor podczas wykładu pięknie rysował na tablicy kolorowymi kredami różne narządy, co pozostało w pamięci jego studentów na zawsze.
Chemię  ogólną wykładał prof. Piotr Wierzchowski, zwany przez studentów "Mułem", słynął z nudnych wykładów.
W moim indeksie  wyróżnia się podpis prof. W. Sylwanowicza – nie dość, że jest na pierwszym miejscu, to jeszcze złożony zielonym atramentem! Może ten kolor sugerować dostatek dóbr doczesnych w  socjalizmie, a także przypomina znany dowcip żydowski.
Żyd wybiera się w odwiedziny do rodziny w Rosji i ustala, jak będzie relacjonował w listach swój pobyt. Wszyscy są świadomi działającej cenzury i potencjalnych konsekwencji pisania prawdy. Najmądrzejszy w rodzinie proponuje:
Pisz o wszystkim pozytywnie, a to, co będzie negatywne, opisz zielonym atramentem, ale też w tonacji pozytywnej. My będziemy wiedzieli, co jest źle, a ciebie i siebie nie narazimy na ewentualne przykrości. Po miesiącu nadchodzi list.
Droga Rodzino,wszystko jest tu wspaniałe! towarów dostatek, swobód obywatelskich też. Wszystko jest naprawdę super!całuję was, Abraham
PS. Tu nie ma zielonego atramentu!
Jedno jest pewne – w czasach mojej lekarskiej młodości w PRL wszystkiego było pod dostatkiem, nawet był zielony atrament! Podpis prof. Witolda Sylwanowicza tego dowodem.
Z innych osobistości warto wspomnieć prof. Witolda Kapuścińskiego, u którego zdawałam egzamin z fizyki po I roku. Egzamin przebiegał w spokojnej atmosferze, w pewnym momencie dostałam pasujące mi pytanie, nabrałam głęboko powietrza w płuca, aby na wydechu błysnąć fizyczną wiedzą, gdy… zapinka mojego stanika rozpięła się, dekoncentrując mnie dość poważnie. Jakoś zdołałam zapanować nad wszystkim i otrzymałam piątkę.
Drugi rok uchodził za ciężki głównie z powodu biochemii i egzaminu u prof. Ireny Mochnackiej, zwanej przez studentów „Rybeńką”. Nie mniejszą sławą cieszyła się fizjologia.
Ćwiczenia z tych przedmiotów stanowiły poważne wyzwanie! Na biochemii dostawaliśmy probówki z kolorowymi płynami, w którym pływały różne kationy i aniony. Dolewając  innych płynów, musieliśmy wykryć, co w tych probówkach jest... Zawsze musiałam korzystać ze znanego wszystkim studentom owych lat tricku. Na czym on polegał? Kto wtedy studiował ten wie, a kto  nie studiował, ten się nie dowie.
Z kolei na fizjologii musieliśmy obcować z żabami, może nawet je uśmiercać! Egzamin był dość trudny.
Po drugim roku najpoważniejszym egzaminem była oczywiście anatomia prawidłowa. Poszła mi dobrze, inne przedmioty też. Najsłabiej biochemia – no ale i tak zdana za pierwszym podejściem.
Zapamiętaliśmy prof. Kazimierza Ostrowskiego z histologii, miłośnika sportów różnych, w tym podobno skoku przez katedrę w celu odbycia wykładu dla studentów.
Trzeci rok studiów uchodził za nieco łatwiejszy, zaczynały się przedmioty kliniczne. Moje pierwsze ćwiczenia z interny miałam w III Klinice Wewnętrznej.
Kontynuowaliśmy na III roku naukę przedmiotów teoretycznych: anatomii patologicznej, mikrobiologii lekarskiej oraz fizjologii patologicznej.
W katedrze anatomii patologicznej była zmiana szefa – przyszedł prof. Janusz Groniowski, robił na nas również spore wrażenie. Pod koniec roku akademickiego zachorował i przysłał do nas list, który kończył się słowami „Wasz Groniowski”. Byliśmy zachwyceni! To był pierwszy profesor, który oświadczył publicznie, że jest nasz! 
Prof. Jan Walawski przeszedł w tym czasie na emeryturę, ale zaglądał do zakładu. Był niewysokiego wzrostu. Jeden z niesfornych asystentów dokonał modyfikacji katedry, z której profesor wygłaszał wykłady, przycinając nogi. W wyniku tej przeróbki profesor był niezbyt widoczny zza katedry. Niesforny asystent musiał opuścić katedrę patofizjologii.
Chwili wytchnienia dostarczały studentom zajęcia z wojska. Wykłady  odbywały się w gmachu medycyny sądowej. Konieczna była obecność, inne aktywności nie były wymagane. Pamiętam wykładowcę chirurgii wojskowej w randze pułkownika, o pseudonimie „Krępulec”. Pan pułkownik tak nazywał opaskę uciskową i stąd pochodził jego nick, jak to powiedzielibyśmy współcześnie. Studenci szeptali między sobą na wykładach, a pułkownik ciągnął monotonnym głosem: Jeżeli żołnierz na polu walki straci przytomność, należy z osobistego zestawu opatrunkowego wyjąć agrafkę i przypiąć mu język do munduru, co chętnie bym uczynił każdemu słuchaczowi moich wykładów.
1.3. Półmetek
Na ulicy Oczki, gdzie mieściły się katedry przedmiotów teoretycznych,  był także Klub Medyków. Wpadaliśmy tam na kawę między zajęciami. W sali balowej bywały też spotkania ze słynnymi osobistościami, jedną z nich była Marlena Dietrich. Odwiedziła ona Klub Medyków w 1964 roku. 
Tłok na sali był olbrzymi. Nie udało mi się dostać do środka. Relację z pobytu Marleny Dietrich w Warszawie można obejrzeć na starej kronice filmowej: http://www.kronikarp.pl/szukaj,30000,tag-692432,strona-1. Widać także na tej kronice, że wśród studentek modne były chustki jako nakrycie głowy. Nosiłam taką! Choć dziś trudno mi to sobie wyobrazić.

Fot. Zaproszenie na bal półmetkowy

Znany był pogląd, że student który dobrnął do półmetka, wcześniej czy później studia ukończy. Bal półmetkowy był więc ważnym wydarzeniem. Odbywał się w Klubie Medyków, znanego  z dobrej orkiestry grającej jazz.
Fot. Logo Klubu Medyków
Rok czwarty był dość ciężki. Dużą frekwencją, podobno nie tylko wśród studentów medycyny, cieszyły się wykłady prof. Stefanii Jabłońskiej. Pani profesor zawsze elegancka, z fryzurą prosto od fryzjera, w szykownym kostiumiku i szpileczkach prezentowała nam interesujące przypadki kliniczne. Przypadki wkraczały gołe, jedynie na głowach miały kaptury z białego płótna à la Ku-Klux-Klan z otworami na oczy i usta. Pani profesor wskazywała na objaw pierwotny, zlokalizowany w miejscu typowym, i zachwycała się jego urodą. Aby wzmocnić efekt, niekiedy dodawała opis mikroskopowy: Proszę państwa, krętek blady pod mikroskopem ma królewskie ruchy! Musieliśmy dawać wiarę słowom pani profesor. Nie widzieliśmy nigdy  w skali mikro żadnego krętka, a w skali makro żadnego króla.
Chętnie chodziłam na wykłady prof. Ireny Haussmanowej z neurologii. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie wykład, podczas którego opis aury padaczkowej został zilustrowany fragmentem prozy Dostojewskiego.
Fot. Studentka w sweterku typu bliźniak zakupionym za nagrodę rektorską otrzymaną po piątym roku za bardzo dobre wyniki w nauce
Rok piąty to duże egzaminy kliniczne, ale poszedł mi dobrze, tę sesję również zaliczyłam na same piątki! Po piątym roku był konkurs na najlepszego studenta AM – byłam laureatką tego konkursu. Dziekan wydziału lekarskiego prof. Zdzisław Łapiński podczas wręczania nagrody, którą była książka Od marzenia do odkrycia naukowego, zaoferował wsparcie przy poszukiwaniu pracy w murach Alma Mater.
Na laury złożyły się wyniki sesji po piątym roku oraz tzw. praca społeczna w komisji stołówkowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Praca polegała na pełnieniu dyżurów w stołówce (zwykle przez miesiąc) w godzinach od 12 do 14 i przyjmowaniu do sprzedaży numerków obiadowych. Dyżurny miał prawo do bezpłatnego obiadu w tym czasie. Stołówka serwowała bardzo smaczne i obfite obiady, dodatkowo można było pożywić będącego w potrzebie kolegę, panie wydające obiady pozwalały na wzięcie drugiego talerza zupy.
Dobre wyniki w nauce, praca społeczna zachęciły mnie do ubiegania się o praktykę zagraniczną w Rydze. W moich studenckich czasach można było wyjeżdżać na praktyki zagraniczne organizowane  przez Zrzeszenie Studentów Polskich (ZSP). Na Zachód jeździli działacze, a prosty lud studencki udawał się do krajów demokracji ludowej. Byłam takim prostym ludem więc udało mi się zakwalifikować na praktykę do Rygi.
Trasa naszej podróży wiodła:  Warszawa - Wilno - Daugavpils -Ryga. Odbyliśmy też podróż lotniczą do Sankt Petersburga.
Rok szósty można było skończyć wcześniej dzięki zgrupowaniu ćwiczeń. Tak więc 29 lutego 1968 roku byłam już po wszystkich egzaminach.
Gdy ochłonęłam po zdaniu ostatniego egzaminu dotarło do mnie że coś się dzieje dookoła. Odbyło się między innymi burzliwe zebranie w sali balowej Klubu Medyków, które transmitowano przez lokalny radiowęzeł do innych pomieszczeń. Pamiętam, że było ono słyszane także w stołówce, która mieściła się w prawym skrzydle budynku na poziomie minus jeden. Było to niecodzienne wydarzenie, a w dodatku kompletnie dla mnie nie zrozumiałe. Polityka nie  była wtedy przedmiotem tak powszechnego, codziennego zainteresowania wszystkich ludzi.

Wspomnienia z 2006 roku na blogu grupakliniczna


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...