piątek, 24 lutego 2017

Za rok o tej porze w Paryżu!

Za rok o tej porze czyli pod koniec lutego 2018 minie 50 lat od ukończenia przeze mnie studiów na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie.Rocznica ważna i niecodzienna, warto powspominać...
Postanowiłam z okazji nadchodzącą rocznicy wydać okolicznościowe przyjęcie w restauracji Polidor, znanej z filmu Woody Allena O północy w Paryżu. W końcu Hipokrates był Grekiem, a Polidor to imię greckie Πολύδωρος - trudno o lepsze zestawienie symboli!
A może by tak na medycynę? 
Gdy podjęłam decyzję zdawania na medycynę właściwie byłam dzieckiem - i nie mam tu na myśli motywu robienia zastrzyków misiom jako dziecięcej inspiracji do zostania lekarzem. W moim rodzinnym domu nie było strzykawek, a i z misiami było krucho. Rodzice byli nauczycielami, przy czym matka przez pewien czas była redaktorem Państwowego Zakładu Wydawnictw Lekarskich. Prawdopodobnie  tu tkwią korzenie mojej medycyny.

Licealistka, która postanowiła zostać lekarzem
To fotografia z liceum czyli  z czasu podjęcia decyzji o zostaniu lekarzem. Czy to dziecko wiedziało co czyni? A może nie ma to znaczenia, bowiem nasz los jest zapisany z góry? Decyzja została podjęta, studia skończone, bez większych trudności. 
Okres studiów
Studiowałam w latach 1962-1968 na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Egzamin wstępny zdawałam na sali wykładowej Kliniki Dermatologicznej przy ul. Koszykowej. Dziekanat Akademii Medycznej mieścił się przy ulicy Filtrowej 30.  Byłam w ósmej grupie dziekańskiej, kurs A, który liczył dziesięć grup studenckich. Kurs B miał mniej grup, nie pamiętam dokładnie ile. Może nas na trzecim roku połączono, potem byłam chyba w innej grupie, trzynastej???
Biegaliśmy tam zaliczyć poszczególne semestry i lata studiów.
Adres Filtrowa 30. Miejsce odwiedzone po latach jest zupełnie inne niż to, które miałam w pamięci, jest własnością nieznanej mi spółdzielni mieszkaniowej. Na budynku komercyjne szyldy zachęcające do usług prawniczych, bo bez prawnika w demokracji to przecież trudno się poruszać.
Wspominając profesorów
Kto z dostojnej profesury owych lat pozostał na trwałe w mej pamięci? Oczywiście przede wszystkim najbarwniejsze osobowości, takie jak profesor Witold Sylwanowicz czy profesor Kazimierz Ostrowski, z którymi stykaliśmy się na pierwszych latach nauczania. Spójrzmy jednak na kadrę pedagogiczną chronologicznie według studenckiego indeksu.
Niewątpliwie wielką estymą wśród studentów cieszył się prof. Witold Sylwanowicz, który na wykład z anatomii prawidłowej wkraczał z liczną świtą asystencką. Wszyscy mieli czyściutkie, wykrochmalone, szeleszczące białe fartuchy oraz czepki na głowach. Naszym asystentem był dr Mieczysław Nowak - mieliśmy z nim dobre relacje. Chemię ogólną wykładał prof. Piotr Wierzchowski, zwany przez studentów Mułem, słynął z nudnych wykładów – przez cały czas pisał na tablicy wzory chemiczne odwrócony do studentów tyłem.
W moim indeksie niewątpliwie wyróżnia się podpis profesora Witolda Sylwanowicza – nie dość, że jest na pierwszym miejscu, to jeszcze złożony zielonym atramentem!
Zielony atrament w PRL
Może ten kolor sugerować dostatek dóbr doczesnych w wczesnym socjalizmie, a także przypomina znany dowcip żydowski.
Żyd wybiera się w odwiedziny do rodziny w Rosji i ustala, jak będzie relacjonował w listach swój pobyt. Wszyscy są świadomi działającej cenzury i potencjalnych konsekwencji pisania prawdy. Najmądrzejszy w rodzinie proponuje:
Pisz o wszystkim pozytywnie, a to, co będzie negatywne, opisz zielonym atramentem, ale też w tonacji pozytywnej. My będziemy wiedzieli, co jest źle, a ciebie i siebie nie narazimy na ewentualne przykrości. Odważny turysta pojechał odwiedzić krewnych. Po miesiącu nadchodzi list.
Droga Rodzino,
wszystko jest tu wspaniałe! towarów dostatek, swobód obywatelskich też. Wszystko jest naprawdę super!
całuję was, Abraham
PS. Tu nie ma zielonego atramentu!
Jedno jest pewne – w czasach mojej lekarskiej młodości w PRL wszystkiego było pod dostatkiem, nawet był zielony atrament! Podpis prof. Witolda Sylwanowicza tego dowodem.
Z innych osobistości warto wspomnieć prof. Witolda Kapuścińskiego, u którego zdawałam egzamin z fizyki po I roku. Egzamin przebiegał w spokojnej atmosferze, w pewnym momencie dostałam pasujące mi pytanie, nabrałam głęboko powietrza w płuca, aby na wydechu błysnąć moją fizyczną wiedzą, gdy… zapinka mojego stanika rozpięła się, dekoncentrując mnie dość poważnie. Jakoś zdołałam zapanować nad wszystkim i otrzymałam piątkę.
Drugi rok medycyny
uchodził za ciężki głównie z powodu biochemii i egzaminu u prof. Ireny Mochnackiej, zwanej przez studentów Rybeńką, tak bowiem zwracała się do studentów podczas egzaminu, często owe rybeńki oblewając. Nie mniejszą sławą cieszyła się fizjologia u docenta Jerzego Litwina. Po latach dowiaduję się ciekawych informacji o  kontaktach z nauką na całym świecie! Trudno to było zgadnąć ex tempore. Jedyne co było wiadomo to krążąca na giełdzie studenckiej plotka, że docentowi w czasie słuchania odpowiedzi studenta oczy robią się coraz większe, czym nie należy się peszyć. Podobno było to oznaką zainteresowania, a nie zdziwienia tym co plecie student na egzaminie ;).
Ćwiczenia z tych przedmiotów stanowiły poważne wyzwanie! Na biochemii dostawaliśmy probówki z kolorowym płynem, w którym pływały różne kationy i aniony. Dolewając różnych innych płynów, musieliśmy wykryć, co w tych cholernych probówkach jest... Zawsze musiałam korzystać ze znanego wszystkim studentom wsparcia osoby przygotowującej te mikstury. Na czym ono polegało? Kto wtedy nie studiował, ten się nie dowie. Z kolei na fizjologii musieliśmy obcować z żabami, może nawet je uśmiercać!
Po drugim roku najpoważniejszym egzaminem była oczywiście anatomia prawidłowa. Poszła mi dobrze, inne przedmioty też. Najsłabiej biochemia – no ale i tak zdana za pierwszym podejściem. Wiele osób miało problemy z tym przedmiotem.
Zapamiętaliśmy prof. Kazimierza Ostrowskiego z histologii, miłośnika sportów różnych, w tym podobno skoku przez katedrę w celu odbycia wykładu dla studentów.
Trzeci rok medycyny
Trzeci rok studiów uchodził za nieco łatwiejszy, zaczynały się przedmioty kliniczne. Kontynuowaliśmy także naukę przedmiotów teoretycznych: anatomii patologicznej, zwanej dziś patomorfologią (nie wiem dlaczego!), mikrobiologii lekarskiej oraz fizjologii patologicznej. 
W katedrze anatomii patologicznej była zmiana szefa – przyszedł prof. Janusz Groniowski, robił na nas również spore wrażenie. Pod koniec roku akademickiego zachorował i przysłał do naszego kursu list, który kończył się słowami Wasz Groniowski. Byliśmy zachwyceni! To był pierwszy profesor, który oświadczył publicznie, że jest nasz! Chyba przez jakiś czas mieszkał na terenie zakładu po przeprowadzce z innego miasta. Zdawałam u niego egzamin – dostrzegłam, że ma jakiś problem z żyłami w kończynie dolnej, bo profesorska kończyna spoczywała na kanapie, ułożona wyżej.
Co potrafi posiadacz czerwonego dyplomu?
Katedrą patofizjologii kierował prof. Jan Walawski, który przeszedł w tym czasie na emeryturę, ale zaglądał często do zakładu. Był niewysokiego wzrostu. Jeden z niesfornych asystentów dokonał modyfikacji katedry, z której profesor wygłaszał wykłady i podobno nie było go zbyt dobrze widać w wyniku tej przeróbki. Niesforny asystent, posiadacz czerwonego dyplomu, poszedł szukać szczęścia na chirurgii, ale tam też kariery nie zrobił. Czerwony dyplom nie był przepustką do sukcesów na całe życie...
Egzaminy kliniczne
Rok czwarty był dość ciężki. Oczywiście niebywałą frekwencją cieszyły się wykłady prof. Stefanii Jabłońskiej. Pani Profesor zawsze elegancka, z fryzurą prosto od fryzjera, w szykownym kostiumiku i szpileczkach prezentowała nam interesujące przypadki kliniczne. Przypadki wkraczały gołe, jedynie na głowach miały kaptury z białego płótna à la Ku-Klux-Klan z otworami na oczy i usta. Pani Profesor wskazywała na objaw pierwotny, zlokalizowany w miejscu typowym, i zachwycała się jego urodą. Aby wzmocnić efekt, niekiedy dodawała opis mikroskopowy: Proszę państwa, krętek blady pod mikroskopem ma królewskie ruchy! Musieliśmy dawać wiarę słowom pani Profesor. Nie widzieliśmy nigdy w skali mikro żadnego krętka, a w skali makro żadnego króla.
Chętnie chodziłam na wykłady prof. Ireny Haussmanowej z neurologii. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie wykład, podczas którego opis aury padaczkowej został zilustrowany fragmentem prozy Dostojewskiego.
Egzaminy po  czwartym roku poszły mi bardzo dobrze... - ale to zasługuje na odrębny post.
Piąty rok medycyny
Rok piąty to duże egzaminy kliniczne, ale poszedł mi dobrze, sesję zaliczyłam na same piątki! Po piątym roku był konkurs na najlepszego studenta AM – byłam laureatką tego konkursu. Dziekan podczas wręczania nagrody, którą była książka Od marzenia do odkrycia naukowego, zaoferował wsparcie przy poszukiwaniu pracy w murach Alma Mater.
Rok szósty można było skończyć wcześniej dzięki układowi ćwiczeń. Tak więc 29 lutego 1968 roku byłam już po wszystkich egzaminach. Nadciągał słynny Marzec 68 roku. W Medyku odbywały się zebrania, wiece. Ich przebieg transmitowano przez głośniki zainstalowane w stołówce studenckiej. Pierwszy raz coś takiego słyszałam i prawdę powiedziawszy, nie bardzo rozumiałam jako osoba niespecjalnie interesująca się polityką. Pojechałam do Krynicy odpocząć.
Złożyłam podanie o staż podyplomowy, otrzymałam go i pracę rozpoczęłam 24 kwietnia 1968 roku w Państwowym Szpitalu Klinicznym nr 1 w Warszawie. Dyplom lekarza odebrałam i przyrzeczenie lekarskie złożyłam 6 maja 1968 roku.






















Pracowałam na oddziale wewnętrznym do 1981 roku, a potem od 1981 roku w poradni nadciśnieniowej, w czasie urlopu wychowawczego w niepełnym wymiarze godzin, a potem na cały etat do 1986 roku gdy poradnię przeniesiono do Polikliniki CSK.
Przeglądam kalendarz wydarzeń w październiku 1968 premiera filmu Struktura kryształu Widziałam, podobał mi się! Okazuje się, że na you tube film jest dostępny w całości. Bohater filmu w malowniczym kożuchu, były modne! Kupiłam sobie taki kożuch w Garwolinie. W czołówce filmu pojawia się napis Zespół Filmowy TOR - pamiętam! A potem malowniczy przystanek PKS w szczerym polu oraz barierki osłaniające drogę przed śniegiem. Identyczne były rozstawiane na krasie pociągu Warszawa - Łapy -Białystok, którą od czau do czasu pokonywałam odwiedzając rodzinne strony.

W czasach początków mojej pracy w szpitalu intensywnie budowano Dworzec Centralny (w latach 1972 -1975) ponieważ gość honorowy V Zjazdu PZPR nie latał samolotami i na zjazd przybył pociągiem. 

Budowa Dworca Centralnego




















Maszyny budowlane pracowały oraz niemiłosiernie hałasowały dzień i noc, chorzy nie spali od ich huku. Gdy na obchodzie z ordynatorem Dablju/Dablju wyraziłam obawę czy budowa zostanie skończona usłyszałam gorące zapewnienie: ależ pani doktor co też pani opowiada!oczywiście, że zostanie zakończona. Została! 
 












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...