niedziela, 12 marca 2017

Kongres American Hypertension Society, San Francisco 2005

Podróż lotnicza  TAM: Warszawa - Amsterdam ( 1095km/681mil)
 Amsterdam - San Francisco (8782km/5457mil)
Z POWROTEM : San Francisco - Amsterdam
 Amsterdam - Warszawa
Cała podróż: 19754 km/12276 mil
Mieszkałam: Comfort Inn
Zapał do podróży miałam w 2005 roku wielki, bo ledwie powróciłam w kwietniu z Cancun, a już w maju wybrałam się do San Francisco na kongres American Society of Hypertension, który odbywał się w dniach 14 -18 maja. Leciałam przez Amsterdam 12.05.2005 o 6:40 i o 8:50 na Schiphol. Potem 11:45 do San Francisco i o 13:55 landing.
aa2
Lotnisko Schiphol ma zaletę niespotykaną nigdzie indziej. Nadawane przez głośniki komunikaty można zrozumieć. Spikerzy wiedzą z jakiej odległości mówić do mikrofonu, dzięki czemu dźwięk był czysty. Z głośników wszystkich innych portów lotniczych na całym świecie wydobywa się dudnienie, sapanie, bełkotanie, rzężenie i inne nienazwane efekty dźwiękowe. Język komunikatu nie ma żadnego znaczenia. Polski jest równie niezrozumiały w wydaniu mikrofonowym co islandzki lub staro-cerkiewno-słowiański.
Tego dnia stewardesy wyjątkowo energicznie i sprawnie odprawiały podróżnych. Kolejka przesuwała się szybko i już po godzinie wszyscy rozlokowywali się na pokładzie boeinga lśniącego świeżością. Nowe granatowo – niebieskie fotele podobały się. W oparciach poprzedzającego rzędu siedzeń umieszczono malutkie ekrany telewizorów pokładowych.
Z bogatego menu rozrywek wybrałam kanał muzyczny z przebojami lat studenckich. W miarę słuchania mój duch  młodniał z minuty na minutę, ciało zaś pożywiało się strawą lotniczą. Potrawy wyszczególnione w karcie sprawiały złudne wrażenie luksusu.
Jednak dokładny opis podanego posiłku powinien brzmieć: łosoś wybitnie przesolony, wołowina nadmiernie doprawiona curry, ciastko sztucznie puszyste, sok pomarańczowy niezdrowo przesłodzony. Tylko whisky była taka, jak powinna.
Sporo czasu zajęło mi  poznawanie działania pilota obsługującego program rozrywek oferowanych na pokładzie. Konstruktor urządzenia wyraźnie był pewien, że wszyscy przyszli użytkownicy będą co najmniej uzdolnionymi absolwentami informatyki. Dopiero na wysokości Grenlandii rozgryzłam zasady sterowania urządzenia.
a6
                  https://flightaware.com/live/flight/KLM605
Odłożyłam jednak pilota na swoje miejsce, bo ciekawsze widoki rozciągały się za oknem. W bezchmurnej atmosferze pyszniły się niecodzienną urodą lodowe góry. Majestatyczne, samotne, groźne pociągały surowym urokiem. Grenlandia wyglądała jak ziemia zapomniana przez Boga i ludzi.
aa2
W miarę upływu czasu podróżni wstawali z foteli, spacerowali, niektórzy wykonywali ćwiczenia poprawiające krążenie krwi w nogach. Chwilami pokład samolotu przypominał wesołą wycieczkę zakładową po paru kielichach, wypędzoną na lekcję gimnastyki przez groźnego pana od wuefu.
Na ekranie telewizora wyświetlono komunikat: jesteśmy nad Queen Elizabeth Island, prędkość samolotu wynosi 926 km/h, temperatura na zewnątrz minus 43oC, do końca lotu zostało 4 godziny i 29 minut, czas europejski 18.20, czas w miejscu przylotu 9.20.
Wyspa Królowej Elżbiety, ciekawe że wcześniej nic nie słyszałam o tej części świata – pomyślałam.
Cztery godziny minęły szybko i podróżni powoli wyciągali bagaże, ustawiając się w kolejce do wyjścia. Pokład wyglądał jak gdyby przeszło się po nim stado słoni azjatyckich, wdeptując w podłogę jednorazowe kubki do napojów, wczorajsze wydania Financial Times, opakowania po jogurtach i papierki po cukierkach.
Szybko dotarłam przed oblicze pogranicznik, który zadał rutynowe pytanie o cel wizyty i usłyszawszy ode mnie, że jest nim kongres medyczny przystąpił do dalszych procedur czyli skanowania linii papilarnych -  o czym do tej pory nie wspominałam.
Przed budynkiem przylotowym wszystkie formy taniego transportu publicznego do centrum były dziwnie ukryte. Jedyne co rzucało się w oczy, to rząd prywatnych taksówek.
aa2
Kierowca o azjatyckich rysach, nie ulegając żadnym negocjacyjnym naciskom, zgodził się dowieźć mnie pod wskazany adres za trzydzieści osiem dolarów. Taksówka przypominała model produkowany na Żeraniu w latach osiemdziesiątych. Nie byłam wtedy jeszcze obeznana z zamawianiem transportu z/na lotnisko przez internet.
aa2
Po trzech kwadransach byliśmy przed hotelem Super Inn na 182 Polk Street. Budynek hotelu, mimo iż parterowy, zapewniał przyzwoity standard – przynajmniej tak zdawało mi się w na pierwsze wrażenie. Pokój był umeblowany typowo, ale łazienka jawiła się jako tradycyjny zbiór pułapek z zakresu hydrauliki i mechaniki w wydaniu amerykańskim, nieco różniący się od zagadek europejskich już przez mnie w dużym stopniu rozwiązanych.
aa2
Amerykańskie zagadki hydrauliczne: uruchamianie wypływu wody odbywało się za pomocą dwóch kolistych tarcz, które w zależności od wzajemnego ustawienia regulowały przepływ wody przez kran lub przez prysznic. Początkowo wskutek nieznajomości działania tej dziwnej konstrukcji  polewałam stopy wrzątkiem lecącym z kranu, a plecy lodowatą wodą z prysznica. Dziesięć lat zajęło mi rozgryzanie tych zagadek hydraulicznych ;))
aa2
   Certyfikat nietykalności sedesu
Hydroterapia w stylu amerykańskim zapewniła mi pobieżne odświeżenie się po podróży i znaczne ożywienie umysłowe. Po wyjściu z kąpieli dla utrzymania sprawności intelektualnej na wysokim poziomie zaparzyłam duży dzbanek kawy i ułożyłam się przed telewizorem ustawionym na regale.
aa2
Coffee-maker, kawa, kubeczki plastikowe - cenne elementy wyposażenia pokoju, dziś po latach przy rezerwowaniu zwracam uwagę na to czy jest możliwość zrobienia kawy w pokoju!
Telewizyjny obraz Ameryki jawił się jako nieprzerwany łańcuch przemocy, napaści, strzelaniny, alarmów i innych gwałtownych zdarzeń. Wszystko jednak kończyło się dobrze dzięki niezliczonej armii tzw. profesjonalistów wkraczających z determinacją w odpowiednim momencie. Usnęłam bliska przekonania, że już jest nieźle przeszkolona w najnowszej medycynie amerykańskiej dzięki licznym reklamom medykamentów, a tu jeszcze przede mną było szkolenie na kongresie!
Śniło mi się , że pracuję w firmie dającej  lekcje amerykańskiego spojrzenia na życie, będące niekończącym się łańcuchem relacji typu kupno-sprzedaż. Nagle obudziło mnie głośne warczenie. Zerwała się w przekonaniu, że zaraz będzie musiała zrobić coś nadzwyczajnego. Po chwili zorientowała się, że alarm jest fałszywy i powstał w wyniku wibrowania komórki na nocnym stoliku po nadejściu sms od mojej córki.
Kilka minut później zawyły syreny. Tym razem była pewna, że będzie musiała przynajmniej przywdziać maskę przeciwgazową i nie dalej niż w ciągu najbliższego kwadransa kierować czołgiem. -Że też nie ustaliłam w recepcji, gdzie jest podręczne wyposażenie! – pomyślałam rozbudzona na dobre. – Ciekawe czy potrafiłabym włożyć taką maskę? A co z okularami? Chyba jednak w okularach, bo nigdzie bym bez nich nie trafiła? – snułam szybko rozważania.
Okazało się, że to tylko samochód na sygnale przejechał w pobliżu hotelu. Ponownie włączyłam telewizję. W poszukiwaniu spokoju przełączyła się na kanał nadający wiadomości o pogodzie. Informacja, że jutro będzie 74 stopnie w skali Farenheita w San Francisco, a aż 96 stopni w Phoenix zakłopotała mnie poważnie. Nie pamiętałam jak przejść płynnie z Farenheita na Celsjusza. Przed każdą podróżą zwykle trenowałam szczegóły kursów walut, a tu nagle w środku nocy potrzebny był przelicznik temperatury. Gdy słyszałam wówczas nazwę Phoenix nie miałam bladego pojęcia gdzie leży to miasto...
O 4.01 ogłoszono, że jest już poranek, a o 4.20 rozpoczęły się reklamy skierowane do pań domu, obudziła się bowiem nowa target-grupa. Jako gospodyni domowa na emigracji postanowiłam się zdrzemnąć, bo nie miała w planach na nadchodzące dni wywabiania plam, odkurzania ani budowania ogródka przed domkiem.
aa2
Można było ewentualnie poczytać Biblię w języku angielskim...
- Europo, jaka jesteś piękna! – jęknęłam w przypływie nieoczekiwanego patriotyzmu kontynentalnego, o który nigdy wcześnie siebie nie podejrzewałam.
Śniadania w hotelu Super Inn wydawano w recepcji*. Goście odbierali plastikowe kubki z kawą, zapakowane w folię przesłodzone drożdżówki, jogurty o zawartości cukru trzykrotnie większej niż w podobnych polskich produktach i udawali się do swoich pokoi.
aa2
Spragnieni mogli dodatkowo zaopatrzyć się w sok pomarańczowy, a zgłodniali pochrupać płatki kukurydziane. Po zjedzeniu dwóch gumowatych, intensywnie pachnących cynamonem drożdżówek oraz wypiciu gorącego napoju, mało przypominający kawę, ruszyłam poznawać miasto.
Pierwszego dnia postanowiłam zwiedzać San Francisco nie korzystając z komunikacji miejskiej, aby wczuć się w lokalną atmosferę. Surfując w Internecie napotkałam ofertę firmy City Pass, a co więcej udało mi się wyszperać, że dziennikarze mogą otrzymać bezpłatny bilet.
aa2
Czekał on na mnie w recepcji hotelowej i w następnych dniach korzystałam z niego między innymi jeżdżąc słynnymi zabytkowymi tramwajami.  Bez pośpiechu schodziłam w dół Polk Street w stronę centrum, mijając kolejne przecznice.
Ulice oznakowano czytelnymi tablicami w miejscach znajdujących się w zasięgu wzroku. Dodatkowo na skrzyżowaniach wyryto w betonowych płytach chodnika nazwy ulic, jeszcze pustych wczesnym porankiem.
aa2
   Nazwy ulic na płytach chodnikowych
aa2
Po kwadransie doszłam do Market Street – głównej arterii komunikacyjnej, handlowej i rozrywkowej miasta. Jak przystało na osobę leworęczną, bez trudu pomyliłam strony. Skręciwszy w prawo sądziłam, że zmierza do śródmieścia i wybrzeża. Po trzydziestu minutach dotarłam do słynnej dzielnicy Castro.
aa2
Latarnie uliczne zdobiły liczne tęczowe flagi. Na wystawach sklepowych produkty reklamowali przystojni, muskularni młodzieńcy. Plakaty przedstawiające dwóch chłopaków otulonych flagą amerykańską, która skrywała nagość, ukazując jedynie splecione ramiona, można było napotkać tylko w tej dzielnicy.
aa2
   Banery w dzielnicy Castro
Radosny festiwal przystojnej męskiej nagości i krzepy zakłócały nalepki na niektórych szybach.Ulotki zachęcały do wykonywania testów na AIDS, a fundacja dobroczynna poszukiwała wolontariuszy do zwalczania nadciągającej epidemii. To już nie była wesoła dzielnica tętniącej rozrywki, opisywana w starszych wydaniach przewodników turystycznych.
aa2
Po obejrzeniu dzielnicy Castro wsiadłam do tramwaju i przejechała w okolice The Fourth Street, aby odnaleźć hotel, w którym za dwa dni miały zacząć się obrady.
aa2
Z mojej kolekcji: Mały Książę w języku angielskim, kupiony w Stanach Zjednoczonych
* zetknęłam się z tym systemem wydawani śniadań dziesięć lat później w Phoenix w podobnym sieciowym motelu 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...