wtorek, 7 marca 2017

Oszczędności i smakowitości

Moja pensja wynosiła 1550 zł. Za pierwsza otrzymana pensję kupiłam gramofon Bambino w towarzystwie którego spędziłam wiele miłych chwil. Za dyżur otrzymywaliśmy 140 zł. Pieniądze gdzieś się nam rozłaziły. W tych odległych latach tylko październik był miesiącem oszczędzania. Nie wiedzieliśmy, że warto oszczędzać w innych miesiącach roku.

Gdy mieliśmy dyżur biegaliśmy do sklepiku na terenie szpitala aby dokupić coś słodkiego do jedzenia. Zakupy sięgały 30 zł i zorientowawszy się, że pomniejszają one znacząco moje zarobki zrezygnowałam z nich. Postanowiłam jadać czekoladki otrzymywane od pacjentów. Pewnego spokojnego, niedzielnego dyżuru ułożyłam się na kanapie w pokoju lekarskim i czytając gazety pogryzałam czekoladki wypełnione likierem wiśniowym. Czas mijał szybko. Błogość ogarniała coraz większe obszary mojego umysłu i ciała. Około trzeciej po południu zaczęli pojawiać się pierwsi odwiedzający pacjentów. Trzeba było podnieść się z kanapy i odpowiadać na pytania wchodzących. Zupełnie niespodziewanie okazało się, że utrzymanie pionu po zjedzeniu połowy czekoladek z likierem było nie lada problemem. Podtrzymując się poręczy krzesła udzielałam krótkich odpowiedzi. Postanowiłam już nigdy nie jadać faszerowanych likierem czekoladek na dyżurze. Dziś ciągle postanawiam nie jadać żadnych czekoladek. Gdy moja waga przekracza 64 kilogramy składam wewnętrzną deklarację, że zostanę anonimowym czekoladoholikiem. 

Nie zawsze jednak jestem kobietą sukcesu. O roli czekolady w życiu każdego lekarza, a dokładniej lekarki, można by napisać grubą książkę. Na początku mojej pracy otrzymywałam pojedyncze bombonierki pod koniec tygodnia gdy było więcej wypisów. Na tym etapie pracy nie był to jeszcze poważny wątek dietetyczny. Problem zrobił się całkiem sporym kłopotem gdy na półkach sklepowych pojawiło się dużo najróżniejszych czekoladek. Nie uchylający się od przyjmowania pacjentów lekarz ambulatoryjny stawał się pod koniec każdego dnia pracy posiadaczem kilku bombonierek. Jeśli pomnożymy powiedzmy 4 bombonierki otrzymane każdego dnia (lub torciki czekoladowe, czy nawet zwykłe czekolady) to suma tysiąca bombonierek które trzeba było zjeść / rozdać /wyrzucić / odsprzedać / – słowem coś z nimi zrobić była sporym utrapieniem. 

Nie było problemu z wręczanymi alkoholami nabywanymi na pobliskim bazarze zwanym ruskim targiem. Alkohole były mocne nielicencjonowane z wyglądu więc lądowały w zlewie. Kłopot sprawiała butelka. Nie można było przecież kilka razy w miesiącu zostawiać w koszu pustej butelki. Pomówienie o aktywny alkoholizm byłoby gwarantowane, a dalej media, wątpliwa sława i podobne przygody. Zabierałam więc puste butelki i deponowałam w przydomowym śmietniku.
Praca lekarza praktyka niejedno mia oblicze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...