niedziela, 30 kwietnia 2017

Modne diagnozy - odcinek czwarty

Grudniowe dni były coraz krótsze. Już od wczesnego popołudnia na podwórku rozbłyskały światła choinki. 

Podwórko wyglądało wieczorem niczym odlotowa kraina. Ta sama choinka za dnia była jednym z wielu drzewek jakich każde miasto było pełne o tej porze roku.


Tymczasem na www.docdiscussions.com dyskusja pod urodzinowym postem Matyldy rozwijała się burzliwie i nieoczekiwanie skręciła na temat nieco inny niż pierwotnie planowała to jego założycielka. 

Czy kobieta w pewnym wieku ma jeszcze potrzeby seksualne? - zapytał pewien członek na forum płci innej niż żeńska. No bo faceci to wiadomo...ale żeby babcie, staruszki, starsze panie, babuleńki - jak byśmy je nie nazwali - interesowały się seksem to mu się nie mieści w głowie.

Matylda po chwili zastanowienia oznajmiła na forum, że według jej medycznej wiedzy seks jest taką samą funkcją życiową jak oddychanie, krążenie, trawienie i każdy człowiek na ten sam komplet owych funkcji na wyposażeniu.

Dyskusja o seksie seniorek trwała i przybierała coraz ciekawsze treści. Matylda  z swoim klasycznym wykształceniem medycznym i poglądami będącymi pochodną miejsca urodzenia, wschodnich rubieży kraju czuła, że wskoczyła w nienoszone do tej pory buty o wyglądzie czerwonych szpileczek, podobno seksownych dla niektórych pań i panów.


Jako rzetelna profesjonalistka aby sprostać wymogom dyskusji pobierała w przyspieszonym trybie nauki o seksuologii kobiet w wieku dojrzałym przerzucając naukowy  internet. Zaskoczona odkrywała, że wiele prac było stronniczych, a badacze uprzedzeni do przedmiotu badań i grupy badanej.

Badania projektowali młodzi mężczyźni, którzy nie rozumieli problematyki w należytym stopniu lub starsi panowie, którzy nie mogąc zbyt wiele działać w rzeczonym temacie  projektowali badania pod kątem “ja nie mogę to i mojej starej się pewnie nie chce..”

Matylda zgłębiała temat z dokładnością do wielu miejsc po przecinku… w jednej z prac odnalazła wyznania pań z dodatnią serologią, które bezpruderyjnie oznajmiały w pogłębionych wywiadach, że z wiekiem seks lubią coraz bardziej

- Ciekawe komu przekazują ten serologiczny znak miłości – pomyślała Matylda.

Odpowiedzi póki co nie znała, ale mając duszę badacza postanowiła rozpracowywać temat dalej. Kilka odbytych rozmów upewniły ją w dużym zainteresowaniu nie tylko grupy badanej, ale także osób z innych przedziałów wiekowych . Cóż robi rasowy badacz w takiej chwili?

Wyrusza na egzotyczny, do tej pory nieznany ląd i bada intrygujące plemię i jego seksualne obyczaje. Matylda czuła się niczym słynny prekursor tematyki dzikich plemion. Czy oznaczało to, że powinna  zapakować liczne skrzynie z puszkami  plastrów bekonu, świeżych śledzi, mięsa krabów, gulaszu irlandzkiego, rosołu z kurczaka, potrawki z zająca, ikry z dorsza, sera szwajcarskiego, sardynek, ostryg, kakao, francuskiej musztardy??? Nie powinna zapomnieć o paru tysiącach różnych pigułek, nie wspominając o dywanie, ściennym zegarze, łóżku, kocach, pościeli, brezentowej wannie i umywalce, stolikach, krzesłach, lampie, namiocie i parasolu od słońca.






Aparat fotograficzny, kompatybilny nazwą do przedmiotu badań, był oczywistym wyposażeniem, ale już nie była pewna czy nabijane ćwiekami kolonialne buty z cholewami też powinny być w zestawie niezbędnego wyposażenia, czy może jednak czerwone szpileczki! ;).



Odpowiednia liczba notesów z kremowego papieru była oczywistym uzupełnieniem wyposażenia badacza na dzikim lądzie.



Oczywistym było, że badacz musiał mieć w czym zapisywać swoje spostrzeżenia. Nie w każdych warunkach badawczych miał przecież dostęp do komputera i internetu.

Choć działo się to przez blisko pół wiekiem Matylda pamiętała wizytę ciotki Anastazji jakby odbyła się ona nie dalej niż wczoraj. Koleje losu, które ciotka opowiadała  matce Matyldy były  tak długie, że narracja trwała jeszcze na podwórku i w drodze na przystanek.

- Czy to był ten Ksawery, który miał tak dużo placów na Pradze? - zapytała matka Matyldy.

-Tak, tak, to ten - odpowiedziała Anastazja.

-O jakich placach one rozmawiają? - pomyślała Matylda. -Przecież jesteśmy z nauczycielskiej rodziny, a tu jakiś obszarnik wyskoczył zza węgła i straszy!

-I kamienicę miał na Pradze - dodała ciotka na koniec.

-No tego już za wiele - pomyślała Matylda. Następnego dnia miała colloqium z histologii i musiała zachować jasność umysłu niezmąconą żadnymi opowieściami z przeszłości.


Wyobrażenie, że jest dziedziczką kamienicy przemknęło jeszcze kilka razy przez wyobraźnię Matyldy, ale zawsze lądowało w zakamarkach operacyjnej pamięci.
Tramwaj numer czternaście był interesującym miejscem obserwacji socjologicznych nad różnicą obyczajową The Baby Boomers Generation posługujących się telefonami tradycyjnym, z czasem zwykłymi komórkami, a The Smartphon Union Generation nie uznających innych urządzeń niż te, które nie pochłaniały więcej energii niż ta która była potrzebna do wykonania one touch
Przedstawiciele The Baby Boomers Generation porastali mchem, a The Smartphon Union Generation nie zwracała uwagi na takie detale jak to co na nich rośnie. Mógł przejechać po nich czołg z czterema pancernymi i psem, a zjednoczeni z urządzeniem i tak tego by nie zauważyli.

Najbardziej potrzebną częścią ciała do funkcjonowania nie był mózg z ośrodkiem krążenia i oddychania lecz dwa kciuki. Obolałe od ciągłego smyrgania po coraz większych ekranach rozrastały się. Powstawały nowe zespoły chorobowe jak przerost kciuków obustronny czy zespół wzroku nieoderwanego od smartfonu. W  Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD przydzielono wspomnianym zespołom specjalne numery. Przerost kciuków obustronny otrzymał numer S.65.5

Natomiast zespół wzroku nieoderwanego od smartfonu miał numer H44.10
Wystąpienie obu zespołów chorobowych zakwalifikowano jako inwalidztwo pierwszej grupy i automatycznie zwalniało posiadacza takiego orzeczenia z męczącego obowiązku chodzenia do pracy.












Modne diagnozy odcinek trzeci

Tymczasem Francis  powrócił z kolejne misji organizacji Dziadkowie bez Granic pełnionej na  zachodnich rubieżach kontynentu. Taki los!  Jednych rzuca do Afryki, innych w rejon pasma Hindukuszu, a jeszcze innych na rubieże zachodnie Europy. Każdy by chciał być wolontariuszem w Paryżu! Co więcej niektórzy próbowali przekuć takie chęci w czyny.
Posiadanie linijki w CV z napisem wolontariat na rzecz....bla...bla...bla... było niezbędnym wymogiem w nigdy nie nasyconym świecie biznesu. Nachapany, acz bystry biznes w pewnym momencie zauważył, że świat się nim nie zachwyca. Miał wszystko, ale okazało się że wszystko nie oznacza także zachwytu innych ludzi. 
Zamówiono więc pilna kurację wizerunku i kreatorzy sztucznej rzeczywistości wymyślili, że pomocnym w naprawie nadwątlonego wizerunku Big Biznesu będzie wolontariat. Wszyscy szanowali wolontariuszy spieszących z pomocą poszkodowanym przez wojny, pensjonariuszom hospicjów czy  ofiarom klęsk żywiołowych. Powinni więc zachwycić się już po przeczytaniu słowa wolontariat na rzecz seniorów to już gwarantowany maksymalny zachwyt. 
- A więc to nie będzie wizyta w hospicjum lub w szpitalu? - dopytywała Matylda podczas konferencji prasowej. 
- To też będzie praca na rzecz seniorów - ćwierkały agentki PR.
- Jaka praca, proszę o bliższe dane - dociekała Matylda. Warto było dopytywać!
W zaciszu gabinetów wymyślono, że wrażliwy na swój wizerunek Big Biznes nauczy seniorów... budowania drzewa genealogicznego i układania fotografii w gąszczu wspomnień.
-To zagrabianie idei wolontariatu - orzekła Matylda, burząc spokój wiecznie zadowolonej z siebie agentury wizerunku.
-No ale ie każdemu los podaruje wolontariat na rzecz naprawdę potrzebujących - podsumowała Matylda.
Tak to już w świecie było, że nie wszyscy zachwycali się staraniami innych ludzi. Francis po powrocie zastał dom i pomieszczenia redakcyjne miesięcznika Modne Diagnozy  w strasznym stanie.
Nic w domu ani w jakimkolwiek tekście napisanym w międzyczasie przez Matyldę nie stało tam gdzie powinno stać! Redakcyjną rezydencję ogarnął huragan dobrych zmian. Matylda bohatersko broniła dostępu do wiedzy o lokalizacji szczoteczki do zębów, kluczy do domu oraz dolnych partii bielizny osobistej. Telefonowanie do męża na rubieże kontynentu z pytaniem gdzie zostały zdeponowane jej dessous'y uważała za wykluczone. O takie detale jak lokalizacja tekstu w komputerze, książki na regale czy butów w szafie mogła pytać. Ba! ciągle musiała pytać. W tym domu  źródło porządku stanowionego było tylko jedno! Z czasem zrezygnowała się i pytała o lokalizację większości rzeczy.
Właśni wróciła z przedświątecznego spotkania, zamieniła wyjściowe okulary na domowe i chciała zdeponować cenną optykę w firmowym pudełeczku. Zwykle leżało ono przy komputerze na biurku.
Jak się dowiedziała lokalizacja ta tylko pozornie była logiczna!


- Francis, gdzie jest pudełko na MOJE OKULARY??? - zawołała do męża.
-Przeszkadzały przy odkurzaniu, więc je przełożyłem - odparł z godnością Perfekcyjny Pan Domu. Choć Matylda miała wzrok certyfikowany przez swojego Osobistego Okulistę, niedawnym badaniem kontrolnym, odnalezienie okularów nie było zadaniem prostym.
- No właśnie gdzie leżą okulary Matyldy? - niniejszym ogłasza się konkurs dla Czytelników. Zagapianie się na staromodne dzieło Alexa Comforta jest wskazane. 

Od pewnego czasu, datowanego masową dostępnością wszelkich elektronicznych urządzeń mobilnych, znaczna część ludzkości dokładała poważnych starań aby udowodnić, że można żyć samym internetem. Jednak wcześniej czy później okazywało się, że trzeba wyjść z internetu i oddać się różnym  czynnościom poczynają od tak prozaicznych, acz bezwzględnie koniecznych, jak zresetowanie pęcherza moczowego, po bardziej wyrafinowane potrzeby jak na przykład wydanie urodzinowego przyjęcia w związku z urodzinami.

W którym lokalu urządzić urodzinowe przyjęcie? - oto jest pytanie przed którym stanęła Matylda. Nowa rola zawodowa sugerowała wybór lokalu związanego z mediami.


Jednak wizja lokalna wytypowanej placówki gastronomicznej nie wypadła pomyślnie. Kompatybilna z oczekiwaniami była tylko nazwa. Wprawdzie malowniczy konsumenci w kamizelkach odblaskowych z napisem budowa na plecach mogli być interesującymi interlokutorami, ale Matylda nie zdecydowała się na sprawdzenie tej hipotezy w realu.

Co i raz rozlegające się okrzyki barowej klasyki - leniwe, pierogi, proszę odebrać !!! także nie skłaniały ku wyborowi pierwotnie wytypowanego lokalu na miejsce urodzinowego przyjęcia.



STOP tym pomysłom - powiedziała sobie Matylda.

Wizja lokalna kilku następnych, potencjalnych placówek gastronomicznych trwała dość długo i zakończyła się dopiero późnym wieczorem.



Ostatecznie zdecydowała się na nową edycję niegdysiejszego Baru Agatka, obecnie po raz kolejny przemianowanego i przemeblowanego. Tym razem nazwa nawiązywała do Korei, odwiedzonej przez Matyldę przed kilku laty.

Party urodzinowe w realu miało się rozpocząć w samo południe. Lista gości z uwagi na obowiązującą Ustawę o ochronie danych osobowych, nie jest niemożliwa do podania do publicznej wiadomości. Czytelnicy muszą więc poprzestać na snuciu domysłów na ten temat.



Na pierwsze danie podano zupę z koreańskimi różnościami. Smakowała wszystkim gościom.



Zbliżające się święta skłoniły Matyldę,  słynną producentkę pierogów, do przetestowania ich międzynarodowej wersji - smakowały! Czy miało to oznaczać, że odstąpi od corocznej tradycji lepienia domowych wyrobów??? Nie była pewna... to się mogło zdarzyć... W końcu upadały dużo większe tradycje.


Elegancki nastrój przyjęcia podkreślała czerwona róża otrzymana przez solenizantkę, nawiązująca do do motywu ulubionej powieści Matyldy.








Modne diagnozy - odcinek drugi



Czas płynął, a Matylda Przekora miała się niezmiennie bardzo dobrze. Ani się obejrzała a nadeszły jej kolejne urodziny. Postanowiła wydać okolicznościowe przyjęcie. Najmodniej było wydać przyjęcie w internecie. Każdy hula za swoje i nie trzeba zmywać talerzy po pożegnaniu gości - było to zgodne z wyznawaną ostatnio przez Matyldę i Francisca filozofią życiową: 
wszystkiego za pieniądze nie kupisz! 

Nie ma więc co za nimi gonić do utraty tchu, bo jeszcze człowiek zapomni za czym goni i przy kasie stanie zasapany i zagubiony życiowo.
Część zaproszonych na okolicznościowe przyjęcie urodzinowe gości pochodziła ze słynnego międzynarodowego portalu dla lekarzy www.docdiscussions.com którego Matylda była od niedawna aktywnym członkiem. Po wielu latach pobytu na   www.penicillium3x800000j=2,4 mln j.com  odczuwała potrzebę zmian i innych bodźców. 

Portal www.docdiscussions.com odtworzył właśnie swe podwoje dla członków z nowych krajów,skorzystała więc z okazji i dokonała e-emigracji.
Eeee...., co to za emigracja - odpowiadali niektórzy marudni koledzy. - Poczekajcie na dalszy rozwój wydarzeń - tajemniczo odpowiadała Matylda.
Jak przystało na przyjęcie wydawane na forum dyskusyjnym Matylda przygotowała wykład inauguracyjny przedstawiający nowym kolegom zagadnienia medyczne związane z upływem czasu. Tytuł wykładu brzmiał

Przewodnik po upływie czasu oparty na osobiście znanych faktach

Swe wystąpienie rozpoczęła od wyznania: 9 grudnia są moje urodziny. Ile mam lat? Optymistyczna wersja przedstawiona w postaci równania matematycznego wygląda następująco:
WIEK= 2 x 35 + 2
Prawda, że wygląda sympatycznie tak zapisane równanie? Ale formalna, tradycyjna odpowiedź brzmiąca - mam 72 lata nie wygląd już tak wesoło.
Ponieważ nie mam skłonności do zmarszczek i udało mi się zachować prawidłową sylwetkę, zwykle nowo poznani interlokutorzy dają mi mniej lat niż w istocie posiadam. Jak ty to robisz, że wyglądasz jak wyglądasz - pytają się.
Zwykle odpowiadam: dzieje się tak pewnie dlatego, że mam męża młodszego ode mnie o 5 lat.
- Aaaaa,  wszystko jasne - odpowiadają i uśmiechają się szeroko.
Ostatnio "dano" mi 58 lat. Brzmi sympatycznie, ale czas płynie...
Zauważyłam, że w życiu kobiety czas odmierzają nieparzyste dekady: 30, 50, 70...
Każda następna dekada ma swoje charakterystyczne objawy:
30 plus: masz dodatni test ołówka; jak się wykonuje ten test? wkładasz ołówek pod biust i jeżeli pozostaje on na swoim miejscu, test jest dodatni
50plus: miesiączki śpiewają ci goodbye my love, goodbye
70plus: twój osobisty okulista komunikuje ci: @mimax2 masz początki zaćmy...
90 plus: napiszę wam o tym za 18 lat ;) 
Obiecuję!
Rozległy się burzliwe oklaski i nie mniej burzliwa dyskusja. Starsza pani w roli głównej okazała się być interesującym tematem, zarówno dla pań, jak i panów. 

                                                ***

Matylda kochała media miłością różnoraką, a one odwzajemniały to uczucie. Dzień wcześniej późnym wieczorem nadszedł sms: ratuj, konieczny komentator medyczny w porannej audycji - pisał znajomy producent programów telewizyjnych. Cóż trzeba było ratować będących w potrzebie! - taki fach. Nie jest ważne czy ratować cierpiących fizycznie, czy cierpiących z powodu stresów związanych z wykonywaną profesją.


Media miały swoje specyficzne spostrzeganie świata. Była to inna odmiana realności. Z drugiej strony życie szpitalne czy poradniane też nie do końca odzwierciedlały realny świat, a może było ich więcej niż jeden - pomyślała Matylda przyglądając się sporej grupce pracowników nowej stacji telewizyjnej, położonej na peryferiach miasta zgodnie z trendami geografii korporacyjnej..

Nikt spośród co najmniej dwudziestu uwijających się pracowników na oko nie miał więcej niż 35 lat. Matylda czuła się niczym dinozaur wykopany z przeszłości i wrzucony w środek świata, w którym wszyscy są wszyscy nieprzemijająco młodzi, piękni i  najpewniej bogaci. Gdy ma się wszystko sławę, pieniądze, media, harem  młodych podległych pracowników czasem okazuje się, że potrzebny jest jakiś dinozaur ze swoją zamierzchłą wiedzą. Najlepiej, żeby był to osobnik nie przykuty kajdanami do gabinetu lekarskiego w celu realizowania boskiego daru powołania do medycyny, mogący potwierdzić przybycie do studia dowolnego dnia, o dowolnej godzinie, po zapytaniu wysłanym kilka godzin wcześniej.

-Gdzie są starsi ludzie w tej stacji? - zastanawiała się omiatając wzrokiem nieskazitelnie młodą korporacyjną przestrzeń. -Pewnie pozrzucali ich ze skał i biedacy potonęli - pomyślała Matylda. 

Mogła od rana biegać po studiach telewizyjnych, konferencjach prasowych, rozdaniach nagród bez wyrzutów sumienia, że nie ratuje ginącej ludzkości. Po latach wahań w rytm kroków tanga - dwa do przodu i jeden do tyłu - wewnętrznie czuła się zwolniona z ratowania wszystkich opłacających składki na ubezpieczenie społeczne.

Inną filozofię wyznawali laureaci zbliżającej się gali Maruderzy Medycyny. Uważali, że wszyscy absolwenci pewnej przemianowanej, a więc nie istniejącej uczelni powinni ratować ginącą od przejedzenia i znieruchomienia ludzkość, a oni swym spracowanym palcem wskażą kto, kogo i kiedy. Za ile  było pytaniem w najwyższym stopniu niestosowanym, nietaktownym i oburzającym.
Takie wskazywanie kto kogo ma ratować wyczerpywało człowieka emocjonalnie i trzeba było odsapną nieco na jakieś gali, w eleganckiej sali.

Kapituła orderów dla Maruderów Medycyny dokonała dorocznego losowania ozdób klatki piersiowej przeznaczonych dla najbardziej zasłużonych w dewastowaniu ochrony zdrowia. Laureaci, publiczność, wielebni sponsorzy oraz zaufana kapituła ozdób klatki piersiowej zebrała się jak zawsze pod koniec roku w słynnych salonach restauracji Pod Dyszkantem. 

Wybór lokalu gastronomicznego nie był przypadkowy. Od pewnego czasu niektórzy reprezentanci rynku mediowego istotnie cienko śpiewali, a jeszcze cieniej przędli. Wiatry historii nie wieją tylko w jednym kierunku albo zwykła sinusoida życia - zauważyła Matylda w rozmowie z kimś zmiecionym przez wiatr przemian dziejowych. 

Uroczystość przebiegła według tego samego scenariusza. Przypięto te same ordery do tych samych piersi, których właściciele cierpieli na nieuleczalny syndrom radzieckiego  generała. Niektórym brakowało przestrzeni do przypinania ozdób na bohaterskich klatkach piersiowych. 

Instytut Transplantacji Demokracji pracował na koncepcją trzeciej piersi dla najbardziej zasłużonych. Nie mogło przecież tak się zdarzyć, że zabraknie miejsca do przypinania orderów dla dam i kawalerów kapituł wszelkich i nie byle jakich!

Po dekoracji zasłużonych biżuterią biznesową,  zaproszono gości na biesiadę. Matyldzie przyszło siedzieć wśród mediowej młodzieży, która nie zostawiwszy nawyku zadawania pytań w pracy, kontynuowała swe powołanie odpytywania innych ludzi podczas branżowej biesiady. 

-Dlaczego rzuciłaś medycynę? Jaką miałaś specjalizację? Co robisz w mediach? - z kilku stron padały pod adresem Matyldy kolejne pytania.

-Nie rzuciłam medycyny, mam nadal aktywne PWZ, tak samo specjalizację z chorób wszelakich. W mediach robię drugą karierę - odpowiedziała w krótkich żołnierskich słowach zaciekawionym współkonsumentom.

Wybór specjalizacji zawsze był poważnym wyzwaniem dla lekarza. Ludzie głowili się tą decyzją tygodniami i miesiącami, nie zawsze wybierając właściwie.


Po latach Matylda odkryła, że zastosowanie może mieć test talerza. Pierwsze obserwacje w tym kierunku poczyniła jeszcze w czasach studenckich podczas obiadów zjadanych w stołówce.

-Jeżeli twój talerza po skończeniu konsumpcji jakiegokolwiek drobiu wgląda jak powyższa fotka, możesz śmiało wybierać specjalność zabiegową. Dodatkowo jeśli szydełkujesz, malujesz, dziergasz na drutach, wybór specjalności zabiegowej będzie trafiony - opowiadała sąsiadce przy stole biesiadnym.


-Jeżeli zaś twój talerz ma rozwleczone drobiowe kości na pół hektara, kieruj się ku chorobom wszelkim - oznajmiła. Teraz chyba rozumiesz dlaczego wybrałam moją specjalizację. Z talentów manualnych posiadam tylko zdolność stukania w klawiaturę komputera, która jest pochodną wcześniejszej umiejętności stukania palcem w palec, podstawowej metody diagnostycznej w chorobach wszelakich w minionych latach. Była to tanie, dostępne od ręki, bardzo wydajne postępowanie diagnostyczne. Nie trzeba było oczekiwać miesiącami na opukanie, no i na diagnozę. No ale przyszło nowe i wmówiło wszystkim, że tylko rezonans zlikwiduje dysonans, rozpoznawczy oczywiście - dorzuciła Matylda. Czuła się w tym młodym towarzystwie niczym dinozaur będący ciągle żywym dowodem ewolucji w przyrodzie. 






Modne diagnozy - odcinek pierwszy







Motto
„ (...) niezadowolenie jest jedną z kluczowych cech, które z człowieka czynią pisarza. Nie wystarcza cierpliwość i znój, musimy czuć przymus ucieczki od tłumów, towarzystwa, życia codziennego i zamknięcia się na osobności. Pragniemy cierpliwości i nadziei, byśmy w naszych dziełach potrafili stworzyć pełne głębi światy. (...) Pisarz zamykający się w pokoju z początku rusza w podróż w głąb siebie, by po latach odkryć wieczne prawo rządzące literaturą: musi posiąść sztukę opowiadania własnych opowieści tak, jakby były one opowieściami wszystkich ludzi, jak też sztukę tworzenia opowieści innych ludzi tak, jakby były one jego własnymi opowieściami, bo tym właśnie jest literatura.”
Orhan Pamuk, wystąpienie podczas wręczenia Nagrody Nobla 2006.

Rozdział 1: Wszystko proszę do kontroli

Po blisko pół wieku obcowania z medycyną Matylda Przekora doszła do wniosku, że są 

trzy grupy chorób: wszelakie, nijakie i niebylejakie

 Z pierwszymi obcowała w swej klinicznej młodości, drugie starała się leczyć na etapie praktyki ambulatoryjnej, a trzecie obsługiwała jako dziennikarz na zagranicznych kongresach, konferencjach i posiedzeniach.

Kochała kongresowe i konferencyjne życie naukowe miłością nieprzemijającą. Jednak jak to w uczuciach bywa, wzajemność nie była zjawiskiem stałym. Od poważniejszego zaproszenia na ciekawy kongres zagraniczny upłynęło już sporo czasu i trzeba było przestawić się na obsługę mediową wydarzeń krajowych. 

Rozpoczął się właśnie drugi sezon chudej siedmiolatki. Zaproszenie na obsługę mediową konferencji w zakresie chorób niebylejakich przyjęła więc z zainteresowaniem. Pomyślała, że będzie to pewna odmiana emocjonalna po dziesięcioleciach obcowania z chorobami wszelakimi, a także okazja do przekonania się czy ordynator Wielkosz ma swoich naśladowców, kontynuatorów i uczniów.

Gospodarzem konferencji była placówka medyczna położona na skraju Wielkiego Miasta, w której Matylda jeszcze nigdy nie była. co stanowiło dodatkową zachętą do odbycia wyprawy. Na bezrybiu trzeba szukać złotej rybki w nietypowych lokalizacjach - powiedziała sobie na usprawiedliwienie tej ekstrawaganckiej eskapady.




Przemierzała obrzeża Chicago, Cancun, Atlanty w pogoni za wiedzą kongresową, dlaczego miałby nie poznać przedmieść Wielkiego Miasta? Wyruszyła kilka minut po  godzinie dziewiątej służbowym transportem i po dziesięciu minutach jazdy przez śródmieście okolica stała się zupełnie nieznana. Widoki za oknem samochodu potwierdzały  tezę, że istnieje Architektura i Budownictwo.

To co było po obu stronach jezdni nie wyglądało na Wielkie Miasto z jego charakterystycznymi obiektami mającymi swoją historię i urodę. Na szerokich przestrzeniach rozciągało się  budownictwo bez wyrazu i bez urody.


Po trzech kwadransach jazdy byli na miejscu. Krajowe Centrum Chorób Niebylejakich (KCCN) ścinało z nóg  wyglądem już od pierwszego spojrzenia. Obok tablicy pamiątkowej poświęconej bohaterom historycznych wydarzeń, w odległości nie przekraczającej jednego metra pyszniła się reklama bankomatu w towarzystwie zaproszenia do udziału i finansowego wsparcia  geszefciarskiej imprezy roku. Szok wizualny to było eufemistyczne określenie.
Entry at your own risk - coś szeptało Matyldzie do ucha, miał ochotę zawrócić się na pięcie i odjechać. Dalej było tylko gorzej - ściany upstrzone jarmarczną ofertą handlową, ogłoszenia, nalepki, karteluszki, zawiadomienia zajmowały znaczącą powierzchnię ścian całego KCCN.

Uczestnicy konferencji schodzili się powoli. Przed salą konferencyjną dyplomowana profesor chorób niebylejakich Euzebia Krochmal - Krochmalińska z umęczonym  wyrazem twarzy opędzała się ze wszystkich sił od przybyłych na konferencję mediów. Cierpienie nie tylko malowało się na  obliczu Euzebii, ale emanowało z każdego gestu i kroku. Trudno było nie cierpieć przy mediach zadających niewygodne pytania.

- Ile czasu czeka pacjent na zabieg? - rzucił pytanie redaktor z audycji Wyżyny Medycyny.

- Musi czekać rok - odparła z dumą profesor Euzebia.

- A jeżeli coś... - próbował dociec redaktor sitkowy podtykający mikrofon Euzebii.

- Nie teraz! - prychnęła do sitka mikrofonu Euzebia z dumą,  po czym z dostojeństwem przypisanym  posiadanemu tytułowi profesora chorób niebylejakich oddaliła się krokiem defiladowym w kierunku grona zaufanych asystentów.

-Uff, nie mogłam się opędzić od tych pismaków i mikrofoniaków - jęknęła oczekujących na mowę powitalną pracowników KCCN. 

Powitanie było krótkie, długa lista komplementów pod adresem jedynie właściwych osób, a obrady nudne. Matylda po raz kolejny przekonała się, że jej centralny układ nerwowy był totalnie niekompatybilny z krajową edycją nauk medycznych wszelakich, swojakich i niebylejakich.

- Cóż robić? EMIGROWAĆ ??? EMIGROWAĆ?? Emigrować ? emigrować?

- Tego by jeszcze brakowało! 

- A może właśnie brakowało?

Może brakowało porządnej medycyny z lat jej młodości?

Po latach rozmyślań doszła do wniosku, że medycyna ma dwa czynniki które ją wypaczają i kierują na niebezpieczne drogi. Te czynniki to internet i komercjalizacja. Internet sprzyjał niebezpieczeństwu niedokładnego rozpoznania bowiem badanie takie dawało tylko fragmenty wiedzy o pacjencie. Komercjalizacja zaślepiała organizatorów służby zdrowia i lekarzy.

Jeżeli założymy, że zdrowie i miłość są najważniejsze dla człowieka, to czy chcielibyśmy uprawiać płatną miłość przez internet ? - pytała Matylda wszystkich zwolenników "medycyna nowa, nich się stara schowa". 
                      
                                           ***

    Zwiedziwszy wiele odległych zakątków świata Matylda Przekora postanowiła się wybrać do Małkini. Prawdę powiedziawszy nie bardzo do końca uświadamiała sobie po co tam powinna pojechać. Wiedziała jednak, że dopóki nie pojedzie to myśl odwiedzenia miasteczka znanego z młodzieńczej wyprawy po kożuch,  nie opuści jej nawet przez chwilę. Kierunek podróży nie był w gruncie rzeczy najważniejszy, lecz nieusuwalne przekonanie, że musi tam właśnie pojechać.
Świadoma tej cechy swojej osobowości wsiadła do pociągu, którego wnętrze prawdę powiedziawszy wyglądało jak tramwaj kupiony za fundusze unijne. Może wagon pociągu był bardziej żółty, jednolicie żółty a przez to trochę przesadzony kolorystycznie. Bez trudu znalazła miejsce siedzące i spoglądała przez okno zastanawiając na ile zmieniły się mijane krajobrazy. Przede wszystkim było za dużo szyldów o najróżniejszej treści. Opony, samochody, oferty wakacyjne, pożyczki bankowe nachalnie domagały się aby zainteresować się nimi i to koniecznie, i to natychmiast.
Po około godzinie jazdy wszedł konduktor ze swoim tradycyjnym zawołaniem proszę bileciki do kontroli . Wszyscy sięgnęli do kieszeni, torebek i plecaków i posłusznie prezentowali bilety. Matylda sięgnęła po swoją ulubioną granatową torebkę i otworzyła zamek kieszeni w której zwykle trzymała portfel z dokumentami, pieniędzmi i kartami kredytowymi. Kieszeń torebki była pusta. Ktoś z niezwykłą wprawą pozbawił ją portfela z całą jego zawartością.
Zdenerwowała się potężnie do tego stopnia, że aż…. Aż się obudziła. Na ulubionym budziku podróżnym, kupionym przed laty na lotnisku w Zurichu była 5:30.
Co za realistyczny sen! – pomyślała. Na wszelki wypadek sprawdziła wnętrze torebki. Ma szczęście wszystko było na swoim miejscu. Jednak realistyczność snu była tak męcząca, że postanowiła sprawdzić jego znaczenie. Wygoogle'owała hasło stracić portfel z pieniędzmi. Uff… interpretacja była całkiem sympatyczna. Podpiszesz w najbliższym okresie korzystny kontrakt – donosiły różne astrologiczne portale. Te przeciwstawne wizje finansowe – już to utraty portfela, już to podpisania korzystnego kontraktu na tyle ją rozbudziły, że postanowiła dopełnić porannego rytuału codziennych ablucji, parzenia dzbanka yeraba-mate, siekania dwóch miseczek sałatki owocowej i przeglądania porannej poczty elektronicznej. 
W planie na dziś miała złożenie dokumentów potwierdzających ciągłość pracy w zawodzie wyuczonym za młodu i bezskutecznie porzucanym w myślach, słowach, ale nigdy tak po prawdzie w uczynkach. Nie miała odwagi odczepić ani młodzieńczych skrzydeł entuzjazmu ani co i raz doczepianych kul u nóg w latach dojrzałych. 
Medycyna była jak wstydliwy odczyn serologiczny. Nie do pozbycia się! Pamiątka na całe życie jakiejś młodzieńczej decyzji emocjonalnej. Można by pisać „odczyn MED  plus” – pomyślała.
Przed dziewiątą wyruszyła z domu. Czekały ją dziś dwa spotkania. Przystanek na Filtrowej o tej porze był nawet dość pusty. Spojrzała w kierunku Placu Narutowicza z zamiarem odczytania numeru zbliżającego się tramwaju, ale uwagę jej odciągnęły chmury rozpościerające się na wiosennym niebie. 


Chyba pierzaste – pomyślała zaciekawiona ich obrazem. Czternastka, która podjechała za chwilę  była wewnątrz bardziej zapełniona niż przystanek. Na wszystkich siedzących miejscach politechniczna młodzież, kwaterująca w pobliskim akademiku, powalona buzującymi wiosennym hormonami czytała książki, przewijała strony w smartfonach, popijała energetyzujące drinki z puszek lub wodę z butelek. Biedacy sił mieli tyle, że ledwie byli w stanie trzymać w spracowanych dłoniach smartfony i dwoma palcami dotykać ekranów. 
Wyczerpujące energetycznie zajęcie! A do tego czekała ich harówa na uczelni, trzeba więc było w pozycji siedzącej zebrać siły nadwątlone. Zwyczaj ustępowania miejsca ludziom starszym, kobietom, niemowlętom wydał się nie istnieć w tym świecie. Zamyśliła się nad tym co jeszcze nie tak dawno było nie do pomyślenia. Jestem chyba jakaś dziewiętnastowieczna! - pomyślała Matylda, nie przeczuwając nawet przez chwilę, jak silnie będzie niebawem spleciona z epoką
Czternastka minęła park i zbliżała się do następnego przystanku. Melodyjny głos spikera podał jego nazwę:  Najbliższa Izba Kontroli.  Matylda dałaby uciąć sobie to i owo, że przystanek tak właśnie, a nie inaczej, się nazywał. Najbliższa i już!
Wyczerpana wiosną młodzież politechniczna poderwała się na następnym przystanku i powłócząc butami z niezawiązanymi sznurowadłami powlokła się na zajęcia. Dalsza trasa czternastki była prawie tak samo ciekawa jak przejazd kolejką z Atlanty do Buckhead, czyli ogólnie nudne widoki z ciekawostkami co jakiś czas. W okolicach metra mignął szyld z napisem medycyna nowoczesna. A co to za odmiana medycyny? – zastanowiła się Matylda. Pewnie się na takiej nie znam. Mam same staromodne obyczaje – badanie pacjenta, nieuleganie sugestiom, że bez antybiotyku / zwolnienia / renty / sanatorium to delikwent nie stanie na nogi i parę innych równie nieciekawych obyczajów.
Za Placem Zbawiciela było ciekawie i w starym stylu. Bar Prasowy – istniej od 1990 roku – donosił szyld. Fajna nazwa! – pomyślała. Można by organizować w nim konferencję prasowe. W końcu w szeratonach i hiltonach wszyscy już byli po wielekroć.
Dojechała do niegdysiejszego Kina Moskwa, kilka kroków spaceru i była w swojej Najbliższej Izbie Kontroli (NOK). Miała uzupełnić dokumenty bowiem utrzymanie aktywnego Prawa Realizowania Powołania (PRK) wymagało dowożenia co i raz do izby dokumentów potwierdzających ciągłość pracy.
Choć powołanie uważała za łaskę Ducha Świętego – jak objaśnił jej to przed kilkoma dziesięcioleciami jej pacjent ksiądz, dr prawa kanonicznego – i realizowanie tego powołania za sprawę między nią a Duchem Świętym, ale komisją miała diametralnie inne zdanie. Ani Duch Święty ani  ona sama nie mieli nic do gadania. 


W Najbliższej Izbie Kontroli wnikliwie i analitycznie przejrzano wszystkie dostarczone dokumenty. Żaden ich szczegół nie uszedł uwadze absolwentki europeistyki, a może kulturoznawstwa - któż to mógł odgadnąć jak wysokie kompetencje miała osoba wyznaczona do analizy lekarskich dokumentów! 

-No tak, no tak... pracuje pani na umowę zlecenie... - wyszeptała jakby w zamyśleniu absolwentka europeistyki. - A coś jeszcze pani robi? - dodała nieco powątpiewającym tonem.

-Piszę artykuły, niekiedy prowadzę wykłady... - wyznała Matylda spuszczając nieco ku dołowi oczy, z dobrze odgrywaną skromnością starszej pani.

-Taaak, a ma pani wykaz tych wykładów? - europeistka była bezwzględna w ustalaniu każdego szczegółu.

-Proszę oto wykaz wykładów z ostatnich 5 lat. Jest ich około trzydziestu -Matylda podała kolejny dokument.

-Czy... czy mogę go dołączyć do pani dossier zawodowego?

-Ależ oczywiście! - z entuzjazmem odpowiedziała Matylda.

- Jeszcze zostały nam artykuły do udokumentowania - powiedziała z resztką nadziei w głosie, perfekcyjna, korporacyjna pani domu zwanym Korporacją Lekarską.

-Proszę kliknąć na link na moje stronie internetowej.

-Ma pani swoją stronę internetową??? O...to ciekawe - perfekcyjny spokój zadrżał w posadach.

-Tak... trafiło się..., o tu proszę kliknąć na spis artykułów.

-Czy mogę sobie wydrukować i dołączyć do pozostałych dokumentów? -zapytała przedstawicielka kontrolera realizowania boskiego daru powołania.

-Ależ oczywiście!

Maszyneria zaszumiała swym wnętrzem i ruszyła do drukowania. Kolejne strony wyskakiwały z tajemniczych czeluści i miękko lądowały w zagłębieniu na przodzie. 

-Ile tych stron wydrukowało się? - zapytała Matylda z miną godną panny Marple.

-Zaraz sprawdzę... trzydzieści siedem - jęknęła pani korporacja kompletnie zaskoczoną pracowitością dr Marple, pardon, dr Matyldy Przekory. 
Absolwentka europeistyki, a może historii sztuki średniowiecznej, w każdym razie czegoś bardzo blisko z medycyną związanego jeszcze raz przewertowała wszystkie dokumenty i z bólem serca uznała, że dokumenty Matyld spełniają oczekiwania Najbliżej Izby Kontroli w kwestii udokumentowania ciągłości wykonywania zawodu, a nawet udzieliła Matyldzie rozgrzeszenia za grzech niedostarczania regularnie dokumentów z każdą zmianą pracy.
Piekło jest za małe – trzeba będzie rozbudować, nie pomieści wszystkich ludzi. A słowa muszą być na kartki! W internecie będzie można wpisać  tylko tyle słów, ile się ma przyznane - pomyślała Matylda, re-certyfikowana posiadaczka Prawa Realizowania Powołania do Medycyny.





Pocałunek uzależnienia - odcinek piętnasty

Rozdział 15. Niespodziewana awaria doskonałej machiny   [Algieria 2013/4248] Kreatorzy medialnego wizerunku dr Odrana – Zatrosk...