niedziela, 9 kwietnia 2017

Maść tygrysia 3.0 odcinek czwarty


Rozdział 5: Strategie ordynatorskie
Oczywiście nie od razu ordynator był człowiekiem sławnym w Wielkim Mieście. Ordynatorem został zupełnie niespodziewanie, właściwie to po skończeniu medycyny marzył o karierze naukowej. Odbył właśnie półroczne stypendium zagraniczne, gdzie u słynnego profesora biochemii klinicznej opanował podstawy oznaczania porfiryn i ich metabolitów. Na stypendium nie szło mu najlepiej, ale zaciskał zęby i każdego dnia od rana do późnej nocy pokonywał tysiące trudności metodologicznych. Z językiem angielskim też nie był w najlepszej komitywie, ale po powrocie ze stypendium ubóstwiał wprost rzucać angielskie terminy, zwłaszcza przy pacjentach ina porannych raportach lekarskich, odbieranych w swoim gabinecie.

– Koleżanko, czy wykluczyła pani u pacjentki strescel?!! – usłyszała pewnego poranka Matylda, gdy już zasiliła szeregi asystentów i relacjonowała przebieg dyżuru.
– Przepraszam, nie zrozumiałam, co takiego? – zapytała nieśmiało, czując w tym momencie, że jakiś sztylet przeszywa jej nadbrzusze na wylot.
Strescel, przecież mówię wyraźnie, strescel, koleżanko Przekora! – wrzasnął ordynator, rozzłoszczony głupotą i głuchotą językową Matyldy. ­– No dobrze, sam będę musiał sprawdzić… zaraz… zaraz... dziś nie mogę… Olu, sprawdzisz za mnie, dobrze? – rzucił w stronę zastępczyni.
– Oczywiście, sprawdzę to podejrzenie – przytaknęła Ola.
– A pani, koleżanko Przekora, powinna ostro się wziąć za angielski, bo daleko pani nie zajedzie nie znając nawet podstawowych terminów medycznych!
– Pani doktor, o co szefowi chodziło z tym rozpoznaniem na odprawie, bo nic nie zrozumiałam – zagadnęła Matylda Olę po wyjściu z gabinetu ordynatora.
– Moja Matyldo – młodych asystentów uważała Ola za swoich i dawała temu wyraz w słowach – szef miał na myśli stress ulcer, ostry wrzód żołądka powstający w warunkach silnego stresu.
Matyldę ponownie coś nieopisanie ostrego przeszyło przez sam środek nadbrzusza, potem drugi raz i trzeci, z domieszką mdłości i nadmiernym wydzielaniem śliny. W tym momencie już wiedziała co ordynator miał na myśli, a początki czego odczuła w swoim żołądku.
Na stypendium wymowa angielska nie była jedyną zgryzotą ordynatora – tuż przed wyjazdem brał intensywne lekcje, w trakcie pobytu wytężał słuch, często przytakiwał, jeszcze częściej uśmiechał się do rozmówcy i jakoś szło. Jednak jeżeli dodać do tego manualną niezgrabność, to można bez najmniejszego trudu wyobrazić sobie rozmiary stresu stypendysty, nie wykluczając stress ulcer o potężnych rozmiarach. Zaciskał jednak zęby i nie rezygnował, czuł bowiem, że gra toczy się o wielką stawkę.
Podstawową strategią menedżerską stosowaną przez ordynatora wobec najbliższego otoczenia było nieustanne udowadnianie asystentom, że mają coś jeszcze do zrobienia przy pacjentach, którzy pozostają jeszcze przy życiu wyłącznie dlatego, iż Wielki Ordynator odkrył właśnie poważne uchybienie i w trybie natychmiastowym zarządził szeroko zakrojoną akcję ratunkową. Tym z asystentów, którym przyszła do głowy zuchwała myśl, że zrobili wszystko, wykazywał szybko i na ogół boleśnie, że są w błędzie. Dowody przeprowadzał za pomocą słów wypowiadanych w tonacji sycząco-wrzaskliwej oraz z zastosowaniem szerokiego repertuaru min, przez nieświadomych ludzi z zewnątrz odbieranych nawet niekiedy jako uśmiechy.
Ach, te słynne ordynatorskie uśmiechy …, któż z współpracujących dłużej lekarzy nie zapamiętał ich na całe życie? Asystenci numerowali te de facto grymasy mięśni mimicznych ordynatora w dwóch oddzielnych klasyfikacjach. Miny od pierwszej do siódmej, znane tylko swoim, w asystenckim słowniku nazwane ad usum internum, nigdy nie były pokazywane poza ordynatorskim gabinetem.
Miny od ósmej do piętnastej były przeznaczone ad usum externum. Składały się z różnych odmian niby to uśmiechów słanych do przypadkowych i bliżej nieznanych rozmówców, z którymi przyszło mu stanąć twarzą w twarz. 
Superszpilkowate spojrzenie numer jeden, połączone z dzikim wytrzeszczem gałek ocznych, wsparte błyskawicami srogich zmarszczeń czoła, osiąganych przez kilka fałdów zbiegających się ku dołowi nad nosem, demonstrował Wielkosz gdy jakiś nieszczęsny asystent wszedł mu w paradę w czasie antenowym przeznaczonym na umizgi do wielkich tego świata. Do demonstrowanego groźnego wytrzeszczu gałek ocznych dołączyły z czasem pogłębiające się na przestrzeni lat fałdy nosowo-wargowe, których ostre zakończenie dodawało obliczu ordynatora dość groźnego wyrazu. Słynne superszpilkowate spojrzenie miało w istocie nielichą sławę na wewnętrznej giełdzie notowań i przekazywanych komunikatów między młodymi lekarzami. Ile wywołało zaostrzeń choroby wrzodowej, bezsennych nocy, drżenia rąk i pochlipywania mniej odpornych dziewczyn po kątach wiedzieli tylko ściśle wtajemniczeni, czyli sami swoi pracujący na różnych stałych etatach. Zatrudnieni na czas określony stażyści czy oddelegowani z rejonu lekarze do zrobienia stażu specjalizacyjnego, czy nawet lekarze z innych oddziałów szpitalnych nawet nie mieli szansy zobaczyć piorunów, grzmotów i innych gwałtownych wyładowań elektryczny wysyłanych z ordynatorskich oczu podczas porannych odpraw lekarzy dyżurnych czy rozmów toczonych w gabinecie w cztery oczy. Wnikliwość spojrzenia tak naprawdę zależała od rodzaju zatrudnienia i miejsca prowadzenia obserwacji.
Poza odpowiednimi minami, menedżerski repertuar ordynatora obejmował ścisłe zasady zatrudniania asystentów na różnych odmianach etatów w zależności od przydatności delikwentów do ordynatorskich planów. Stałe i dobrze płatne etaty asystenckie były dla swojaków kicających z wdziękiem po sekretariacie na dwóch łapkach i zmotoryzowanych facetów, marzących aby przewieźć szefa na dystansie dwóch przystanków dzielących oddział od ordynatorskiej rezydencji. Ordynator nie posiadał prawa jazdy ani innych talentów technicznych, wśród których szpitalni plotkarze wymieniali nieumiejętność korzystania z komunikacji publicznej.
Wszelkiej maści krótkoterminowe stypendia , różne odcienie etatów czasowych, zatrudnienie czysto usługowe i zawsze niskopłatne było przeznaczone dla dziewczyn, mogących przecież w każdej chwili zajść w ciążę i co najgorsze urodzić kolejną dziewczynkę. Te spirale durnej prokreacji nie mogły być nagradzane atrakcyjnymi miejscami zatrudnienia. Poza zamiłowaniem do niekontrolowanej prokreacji pracownice miały zdumiewającą skłonność do przychodzenia z nieciekawymi wiadomościami nie w porę.
Najgorzej było przyleźć z wiadomością, że pielęgniarka podłączyła kroplówkę nie tej pacjentce co powinna, gdy ordynator przechadzał się po korytarzu, oczekując na wizytę partyjnego VIP-a, którego trapiła dysfunkcja jelit, opuchnięte hemoroidy lub inna wstydliwa przypadłość. Szpitalni plotkarze opowiadali, że ordynator marzył o ścinaniu głowy jednym pociągnięciem miecza nieroztropnej asystentce przychodzącej ze złą wiadomością nie w porę. Otóż to, nie w porę! Na wszystko był przecież właściwy czas. Poranna odprawa i szybki obchód to były minuty przeznaczone dla pacjentów, ale cała reszta życia ordynatora była wszakże przeznaczona do robienia kariery naukowej, olśniewania blaskiem decydentów, bywania na zagranicznych salonach, budowania słynnej medycznej dynastii, a nie wysłuchiwania dyrdymałek, które lęgły się w płochliwych głowach asystentek, omdlewających na widok słynnego spojrzenia numer jeden.
Każdy dorosły obywatel Sarmalandzkiej Rzeczypospolitej Ludowej wiedział, że nawet najzdolniejszy szef, z najmocniejszą motywacją i najlepszą grupą współpracowników nie miał najmniejszych szans na pomyślny rozwój placówki, gdy brakowało poparcia partii, często występującej pod operacyjnym pseudonimem – kierownicza siła narodu czyli Sarmalandzka Zjednoczona Partia Robotnicza (SZPR) . Wszystkie żywioły pozbawione partyjnej busoli były w stanie jedynie dryfować w nieznanym kierunku, nigdy nie mając pewności, że osiągną zamierzony cel. Gdy kierownicza siła narodu wytyczyła cele, partyjna egzekutywa z aprobatą kiwnęła głowami, wszystkie sprawy nabierały rozpędu, rumieńców i należytego wigoru.
Podstawowa komórka partyjna na oddziale Wielkosza wymiary miała niewiele większe od tych, jakie zwykła mieć jedna komórka pod mikroskopem. Mimo usilnych starań władz partyjnych różnego szczebla nie zanosiło się na powiększenie liczebności szeregów kierowniczej siły narodu na oddziale chorób wszelkich. Po dokonaniu desantu na oddział dwóch zaufanych towarzyszy, którym do spadochronu podpięto atrakcyjne etaty asystenckie, innych sukcesów niestety nie osiągano. Nie można powiedzieć, żeby nie starano się o powiększenie szeregów, nie szczędząc sił, środków finansowych i wytężania szarych komórek dla opracowania strategii połowu narybku partyjnego.
Pewnego wrześniowego popołudnia niepowtarzalną szansę w tym względzie otrzymała również Matylda. Niespodziewanie towarzysz sekretarz partii zaprosił ją na obiad do eleganckiej restauracji. Konsumpcja przebiegała sympatycznie, ale brakowało powodu, dla którego właściwie odbywało się to nieoczekiwane spotkanie i w dodatku w tak eleganckiej oprawie kulinarnej. Nie było żadnych imienin, zdanej specjalizacji czy doktoratu, nawet wypłaty za dyżury, która od czasu do czasu usprawiedliwiała konsumpcyjne ekscesy. Kolega sekretarz partii przy deserze zdecydował się wyłożyć karty na stół:
– Matyldo, hm... hm... jak by tu wyrazić się – zaczął z ociąganiem.
– Najlepiej dawaj kawę na ławę – poradziła Matylda.
– No więc, jeśli zapiszesz się do partii, to droga do poważnej medycznej kariery będzie stała przed tobą otworem – rzucił od niechcenia mocno upartyjniony kolega.
– A jeśli się nie zapiszę? – chciała dowiedzieć się Matylda.
– Możesz skreślić ze swych planów życiowych karierę medyczną. Myślę, że będziesz rozsądna… Mam tu przygotowaną deklarację, podpiszesz i ruszasz do przodu. Doktorat szast-prast, jak z bicza strzelił… A poza tym zdaje się niebawem będzie komisja w sprawie wyjazdu na roczne stypendia do Ameryki. Wiesz… po takim stypendium to chyba nie muszę ci mówić, praktycznie przywozisz sobie materiał do habilitacji… no to jak, podpiszesz?
– Mój drogi, dziękuję za… zaufanie, jakim partia chce mnie obdarzyć, ale moja matka zawsze mi mówi: podpisuj się tylko w dwóch miejscach – na liście płac i liście obecności. Deklaracja wstąpienia do partii to byłoby trzecie miejsce, niezgodne z tradycją rodzinną i naukami pobranymi w domu.
– Nic na siłę, ale pamiętaj, że kariera odpływa w tym momencie w siną dal.
– Pożyjemy, zobaczymy na jak daleko odpłynie. Może ją kiedyś dogonię? – odpowiedziała Matylda. Kariera nie dość że ulotna, to jeszcze nietrwała.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Jean-Fran%C3%A7ois_Millet#/media/File:Jean_Fran%C3%A7ois_Millet_(French,_1814-1875),_Dandelions,_1867-68.jpg

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...