niedziela, 9 kwietnia 2017

Maść tygrysia 3.0 rozdział siódmy

Rozdział 8: Nareszcie sukces!



Utworzenie Wielkiego Uniwersytetu Medycznego stworzyło kilku lepszym oddziałom miejskim szansę podłączenia się pod struktury akademickie. Wielkosz mając habilitację i nieliche plecy u partyjnych sekretarzy bez trudu załapał się na afiliację akademicką i tym sposobem z Wielkiego Oddziału folwark przeistoczył się w Wielką Klinikę Akademicką. Po przemianowaniu na oddział kliniczny Dablju & Dablju otoczył partyjnych protektorów jeszcze troskliwszym nadzorem medycznym. Dzięki temu od przyodziania trochę niezasłużonych profesorskich szatek na uroczystej inauguracji roku akademickiego do wizyty w  po odbiór prawdziwej profesorskiej nominacji minął ledwie rok. Władysław Wielkosz została najprawdziwszym nominowanym profesorem. Nadeszły lata pełne chwały, sukcesów, niepowstrzymanie rozwijającej się kariery, blasku chwały, nagród... czegoż tam nie było?! Wszystkie objawy wybitności, ponadprzeciętności, niezwykłości skupiały się w ordynatorskich włościach i nim samym przede wszystkim.
Było tak przez długie, długie lata i pewnie trwałoby w nieskończoność, gdyby nie wiele absolutnie niemożliwych do przewidzenia zbiegów okoliczności, przez długi czas niezmiennie sprzyjających ordynatorowi. Ale czy przyjazne zbiegi okoliczności mogą być wieczne? Patrząc z mglistej perspektywy lat siedemdziesiątych nawet najbardziej jasnowidzące wróżki skłonne były twierdzić, że tak! – pomyślność Wielkosza wyglądała na zaprogramowaną na wieczność.
Nie czując żadnego zagrożenia dla swojej pozycji profesorsko- -ordynatorskiej, zdecydował się w nieodległym terminie dopuścić Olę do habilitacji. Nominację miał praktycznie bezterminową, więc nawet chmara docentów nie była mu w stanie zagrozić.
Trzeba było zacząć budować swój wizerunek i pozycję w skali kraju. Ulubiony protektor Wielkosza z branży farmaceutycznej wynajął go do wygłaszania wykładów dla lekarzy, co było de facto chytrym zabiegiem marketingowym. Od czego by wykład się nie zaczynał, to i tak zawsze kończyło się na wychwalaniu pod niebiosa produktów firmy Recipio SA.
– Oni powinni się nazywać Piguła Co Nie Działa, a nie Recipio – sugerowała Matylda. –  „Recipe pigułę co nie działa” – to cała treść wykładu, po co ludziom zamulać głowach resztą detali! – dodawała po wysłuchaniu wazeliniarskich peanów ordynatora. Co gorsza autorzy pewnego artykułu opublikowanego na europejskich łamach ochrzcili wychwalany przez Dablju & Dablju produkt obrzydliwym terminem perfectly inactive.
Gdy słuchacze zadawali bardziej szczegółowe pytania, ordynator szybko ustalał, czy pytanie wiąże się z konkretnym pacjentem i proponował skierowanie go na badania do kliniki. Nie było dnia aby na izbę przyjęć nie zgłosiło się dwóch czy trzech zbolałych dżentelmenów z podejrzeniem porfirii. W wykładach Wielkosza częstość tej skądinąd niezwykle rzadkiej choroby wzrosła do częstości kataru jesienią lub kolki wątrobowej w drugi dzień świąt. Nikt nie zauważał nadmiernej częstości rozpoznania porfirii, praktyka medyczna bowiem coraz bardziej odrywała się od reguł zdrowego rozsądku. Skoro taka sława medyczna w kółko opowiadała o porfirii, to trudno się dziwić, że i szeregowi doktorzy zaczynali o tym schorzeniu myśleć i podejrzewać je u co drugiego pacjenta.
Sprawy toczyły się naprawdę wyśmienicie, jeżeli zważyć, że Wielkosz potrafił wygłosić nawet dwa wykłady w tygodniu. Wysokości honorarium za wykłady nie znano, ale sądząc po coraz to nowych sztukach biżuterii pani ordynatorowej, musiały być wielce satysfakcjonujące.
Zapał Wielkosza do bywania na swoim oddziale malał z każdym odbytym wykładem wyjazdowym i całkowicie zanikał po odbyciu kolejnego wojażu zagranicznego. Ale nawet najczęściej organizowane wykłady czy wyjazdy na sympozja nie były w stanie zapewnić Dablju & Dablju całorocznego zajęcia. Gdy nadchodziły nudne dni bez wykładów, rad nierad zabierał się do ordynowania na własnym folwarku, poczynając już od pierwszych minut porannej odprawy z lekarzami dyżurnymi.
 Poranek po nocy wypełnionej przyjmowaniem pacjentów w ciężkim stanie był zdaniem Dablju & Dablju najlepszą porą do odpytania asystentów o znajomość szczegółów biochemicznych lub nowinek naukowych z zagranicznej prasy medycznej.
– Koleżanko, na którym etapie przemiany działa dehydrataza kwasu deltaaminolewulinowego? – rzucał do wykończonej dyżurem Matyldy.
– Dehydrataza… eee... tego... dehydrataza… działa… no, nie pamiętam, panie ordynatorze – poddawała się w końcu Matylda, mając jedną wielką pustkę w głowie i marząc jedynie o tym, aby jak najszybciej opuścić gabinet ordynatora.
– Proszę zapamiętać na cale swoje lekarskie życie, że przemiana uroporfirynogenu do koproporfirynogenu odbywa się z udziałem dehydratazy kwasu deltaaminolewulinowego, a zahamowanie tej przemiany prowadzi do porfiriii późnej skórnej! – grzmiał Dablju & Dablju.
– Tak jest, panie ordynatorze – godziła się ochoczo Matylda.
– No dobrze, a z jaką częstością w przebiegu porfirii mogą wystąpić niedowłady kończyn? – dociekał dalej.
W tym momencie Matylda wiedziała ponad wszelką wątpliwość, że niedowład kończyn ma przede wszystkim ona i nawet nie próbowała zgadnąć, kto jeszcze poza nią cierpi na tą przypadłość.
– Dziesięć procent, koleżanko! – wrzasnął Dablju & Dablju. – Dziesięć procent! To nie jest mało – uzupełnił sycząc. Musi pani jeszcze dużo się uczyć, żeby opanować choroby wszelakie!
Matylda wzięła sobie słowa ordynatora do serca i zaczęła pilne studia nad zawartością podręczników chorób wszelakich oraz najnowszych doniesień naukowych zgrupowanych w Current Contents. Wciągała się powoli zarówno w język angielski, jego polskie odpowiedniki, jak i samo meritum poruszanych spraw. Po wielu miesiącach ślęczenia nad woluminami była w stanie odpowiedzieć na pytania ordynatora, a z czasem gdy zorientowała się, że pytania są odzwierciedleniem zawartości najnowszego numeru Current Contents, po prostu studiowała najnowsze artykuły. Trafne odpowiedzi Matyldy jeszcze bardziej rozwścieczały Wielkosza.
Niedouczony asystent to było coś normalnego i w zasadzie do zniesienia, ale asystent na bieżąco zorientowany w najnowszych doniesieniach naukowych był gorszy niż najbardziej koszmarny sen. Tego było za wiele, żeby szara mysz szpitalna wiedziała tyle, co Wielki Ordynator! Trzeba było szybko udowodnić kto jest kim i gdzie znajduje się na hierarchicznej drabinie. Przegląd historii chorób, odpytanie pacjentów w krzyżowym ogniu ordynatorskich pytań, a nawet sprawdzenie czystości szpitalnych sal pozwalały na wykazanie przynajmniej jednego uchybienia. Jeżeli dziwnym zrządzeniem losu historie chorób były napisane dokładnie, pacjenci nie wymyślali nowych dolegliwości ujawnianych jedynie przed ordynatorskim obliczem, to zawsze znalazły się jakieś uchybienia w czystości pomieszczeń. Fakt, że Matylda nie była zatrudniona na etacie szpitalnego konserwatora powierzchni płaskich nie miał większego znaczenia. W ordynatorskim wielkim planie wyłapywania winnych za wszystko, co nie spełniało jego oczekiwań, było znajdowanie osoby odpowiedzialnej!
Po kilku dniach zainteresowanie ordynatora malało – czasem z powodu zagranicznego wyjazdu, innym znowu razem z powodu znalezienia bardziej interesującej ofiary.
Zespół nie składał się z samych ofiar. Bywali też faworyci dostępujący zaszczytu wspólnego zjadania kanapek w porze śniadaniowej w ordynatorskim gabinecie, podczas której to konsumpcji wysłuchiwali obietnic o wysłaniu na zagraniczne stypendium.
Profesorostwo nawet się dobrze nie obejrzeli, a pierworodny skończył medycynę. Staż odbył w zaprzyjaźnionym szpitalu, pod okiem ordynatora, który robił u Wielkosza doktorat. Przyjazny klimat szkolenia podyplomowego juniora, nieobciążonego nadmiarem dyżurów czy dzierganiem historii chorób, pozwolił mu w pierwszym z możliwych terminów zrobić specjalizację pierwszego stopnia z chorób wszelakich. Jedynka była niezbędnym warunkiem do zrobienia doktoratu. Z tym junior uwinął się jeszcze szybciej niż ze specjalizacją. Właściwie z rozpędu mógłby zrobić i habilitację, ale rozsądek nakazywał nieco przystopować. Jako pierwszą z habilitacją trzeba było wypuścić Olę Budkiewicz.
– Olu, musimy poważnie pomyśleć o twojej habilitacji – Wielkosz wygłosił po raz może już setny stały slogan.
Ola zeźlona oczekiwaniem na szefowskie przyzwolenie wyznała szczerze:
– Nie za dużo myślisz o tej mojej habilitacji? Może już pora przestać myśleć… – zasugerowała.
– Ależ Olu, nie sądzisz chyba, że ja… no wiesz, że jestem ci bardzo życzliwy.
– A masz wybór? – zły duch wstąpił tego dnia w Olę. – Bo ja mam, właśnie zaproponowali mi ordynaturę na oddziale miejskim.
– Olu, posłuchaj mnie i daj się namówić na zrobienie szybkiej habilitacji pod moim kierunkiem.
– Szybkiej, powiadasz? A niby skąd wezmę wyniki? – odpowiedziała Ola.
– Mam to wszystko przemyślane. Docent Bachot ma w pracowni tyle wyników biochemicznych, że z pewnością coś wybierzemy do twojej habilitacji.
Ustalono ostatecznie temat „Kształtowanie się dobowego stężenia porfiryn i ich metabolitów u chorych z bólami brzucha”. Ola przysiadła do roboty i w pół roku była doktorem habilitowanym. Kariera Oli zdawała się nabierać rumieńców. Wielkosz dał jej nawet dobrotliwie jednego doktoranta do prowadzenia, sugerując że może liczyć na profesorską nominacje przy sprzyjającym zbiegu okoliczności. Dobrotliwość była mocno wyreżyserowana. Planowanie długofalowe stało się prawdziwą pasją Wielkosza.
Ola często przewodniczyła komisjom egzaminującym na drugi stopień specjalizacji z chorób wszelakich, a przeskoczenie tego płotu ciągle było przed juniorem i dobrze było zabezpieczyć właściwy klimat, gdy panicz stanie przed komisją.
Z przydziałem doktoranta Wielkosz też wszystko dobrze przemyślał. Pod skrzydła Oli trafiła najbardziej rogata dusza, jaką oddziałowe kroniki notowały. Zawsze istniała nadzieja, że z doktoratu rogatego podopiecznego wyjdą nici, a co za tym idzie – przymiarka do belwederskiej profesury odwlecze się.
Trzeba było planować i to długosiężnie nie tylko karierę Oli, ale przede wszystkim juniora. Tadeusza wysłano na stypendium zagraniczne.
– Otrzaska się chłopak za granicą, pozna trochę ludzi, wyniki jakieś przywiezie i habilitację szybko mu się załatwi – uzasadnił decyzję podczas rozmowy z małżonką.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...