niedziela, 30 kwietnia 2017

Modne diagnozy - odcinek pierwszy







Motto
„ (...) niezadowolenie jest jedną z kluczowych cech, które z człowieka czynią pisarza. Nie wystarcza cierpliwość i znój, musimy czuć przymus ucieczki od tłumów, towarzystwa, życia codziennego i zamknięcia się na osobności. Pragniemy cierpliwości i nadziei, byśmy w naszych dziełach potrafili stworzyć pełne głębi światy. (...) Pisarz zamykający się w pokoju z początku rusza w podróż w głąb siebie, by po latach odkryć wieczne prawo rządzące literaturą: musi posiąść sztukę opowiadania własnych opowieści tak, jakby były one opowieściami wszystkich ludzi, jak też sztukę tworzenia opowieści innych ludzi tak, jakby były one jego własnymi opowieściami, bo tym właśnie jest literatura.”
Orhan Pamuk, wystąpienie podczas wręczenia Nagrody Nobla 2006.

Rozdział 1: Wszystko proszę do kontroli

Po blisko pół wieku obcowania z medycyną Matylda Przekora doszła do wniosku, że są 

trzy grupy chorób: wszelakie, nijakie i niebylejakie

 Z pierwszymi obcowała w swej klinicznej młodości, drugie starała się leczyć na etapie praktyki ambulatoryjnej, a trzecie obsługiwała jako dziennikarz na zagranicznych kongresach, konferencjach i posiedzeniach.

Kochała kongresowe i konferencyjne życie naukowe miłością nieprzemijającą. Jednak jak to w uczuciach bywa, wzajemność nie była zjawiskiem stałym. Od poważniejszego zaproszenia na ciekawy kongres zagraniczny upłynęło już sporo czasu i trzeba było przestawić się na obsługę mediową wydarzeń krajowych. 

Rozpoczął się właśnie drugi sezon chudej siedmiolatki. Zaproszenie na obsługę mediową konferencji w zakresie chorób niebylejakich przyjęła więc z zainteresowaniem. Pomyślała, że będzie to pewna odmiana emocjonalna po dziesięcioleciach obcowania z chorobami wszelakimi, a także okazja do przekonania się czy ordynator Wielkosz ma swoich naśladowców, kontynuatorów i uczniów.

Gospodarzem konferencji była placówka medyczna położona na skraju Wielkiego Miasta, w której Matylda jeszcze nigdy nie była. co stanowiło dodatkową zachętą do odbycia wyprawy. Na bezrybiu trzeba szukać złotej rybki w nietypowych lokalizacjach - powiedziała sobie na usprawiedliwienie tej ekstrawaganckiej eskapady.




Przemierzała obrzeża Chicago, Cancun, Atlanty w pogoni za wiedzą kongresową, dlaczego miałby nie poznać przedmieść Wielkiego Miasta? Wyruszyła kilka minut po  godzinie dziewiątej służbowym transportem i po dziesięciu minutach jazdy przez śródmieście okolica stała się zupełnie nieznana. Widoki za oknem samochodu potwierdzały  tezę, że istnieje Architektura i Budownictwo.

To co było po obu stronach jezdni nie wyglądało na Wielkie Miasto z jego charakterystycznymi obiektami mającymi swoją historię i urodę. Na szerokich przestrzeniach rozciągało się  budownictwo bez wyrazu i bez urody.


Po trzech kwadransach jazdy byli na miejscu. Krajowe Centrum Chorób Niebylejakich (KCCN) ścinało z nóg  wyglądem już od pierwszego spojrzenia. Obok tablicy pamiątkowej poświęconej bohaterom historycznych wydarzeń, w odległości nie przekraczającej jednego metra pyszniła się reklama bankomatu w towarzystwie zaproszenia do udziału i finansowego wsparcia  geszefciarskiej imprezy roku. Szok wizualny to było eufemistyczne określenie.
Entry at your own risk - coś szeptało Matyldzie do ucha, miał ochotę zawrócić się na pięcie i odjechać. Dalej było tylko gorzej - ściany upstrzone jarmarczną ofertą handlową, ogłoszenia, nalepki, karteluszki, zawiadomienia zajmowały znaczącą powierzchnię ścian całego KCCN.

Uczestnicy konferencji schodzili się powoli. Przed salą konferencyjną dyplomowana profesor chorób niebylejakich Euzebia Krochmal - Krochmalińska z umęczonym  wyrazem twarzy opędzała się ze wszystkich sił od przybyłych na konferencję mediów. Cierpienie nie tylko malowało się na  obliczu Euzebii, ale emanowało z każdego gestu i kroku. Trudno było nie cierpieć przy mediach zadających niewygodne pytania.

- Ile czasu czeka pacjent na zabieg? - rzucił pytanie redaktor z audycji Wyżyny Medycyny.

- Musi czekać rok - odparła z dumą profesor Euzebia.

- A jeżeli coś... - próbował dociec redaktor sitkowy podtykający mikrofon Euzebii.

- Nie teraz! - prychnęła do sitka mikrofonu Euzebia z dumą,  po czym z dostojeństwem przypisanym  posiadanemu tytułowi profesora chorób niebylejakich oddaliła się krokiem defiladowym w kierunku grona zaufanych asystentów.

-Uff, nie mogłam się opędzić od tych pismaków i mikrofoniaków - jęknęła oczekujących na mowę powitalną pracowników KCCN. 

Powitanie było krótkie, długa lista komplementów pod adresem jedynie właściwych osób, a obrady nudne. Matylda po raz kolejny przekonała się, że jej centralny układ nerwowy był totalnie niekompatybilny z krajową edycją nauk medycznych wszelakich, swojakich i niebylejakich.

- Cóż robić? EMIGROWAĆ ??? EMIGROWAĆ?? Emigrować ? emigrować?

- Tego by jeszcze brakowało! 

- A może właśnie brakowało?

Może brakowało porządnej medycyny z lat jej młodości?

Po latach rozmyślań doszła do wniosku, że medycyna ma dwa czynniki które ją wypaczają i kierują na niebezpieczne drogi. Te czynniki to internet i komercjalizacja. Internet sprzyjał niebezpieczeństwu niedokładnego rozpoznania bowiem badanie takie dawało tylko fragmenty wiedzy o pacjencie. Komercjalizacja zaślepiała organizatorów służby zdrowia i lekarzy.

Jeżeli założymy, że zdrowie i miłość są najważniejsze dla człowieka, to czy chcielibyśmy uprawiać płatną miłość przez internet ? - pytała Matylda wszystkich zwolenników "medycyna nowa, nich się stara schowa". 
                      
                                           ***

    Zwiedziwszy wiele odległych zakątków świata Matylda Przekora postanowiła się wybrać do Małkini. Prawdę powiedziawszy nie bardzo do końca uświadamiała sobie po co tam powinna pojechać. Wiedziała jednak, że dopóki nie pojedzie to myśl odwiedzenia miasteczka znanego z młodzieńczej wyprawy po kożuch,  nie opuści jej nawet przez chwilę. Kierunek podróży nie był w gruncie rzeczy najważniejszy, lecz nieusuwalne przekonanie, że musi tam właśnie pojechać.
Świadoma tej cechy swojej osobowości wsiadła do pociągu, którego wnętrze prawdę powiedziawszy wyglądało jak tramwaj kupiony za fundusze unijne. Może wagon pociągu był bardziej żółty, jednolicie żółty a przez to trochę przesadzony kolorystycznie. Bez trudu znalazła miejsce siedzące i spoglądała przez okno zastanawiając na ile zmieniły się mijane krajobrazy. Przede wszystkim było za dużo szyldów o najróżniejszej treści. Opony, samochody, oferty wakacyjne, pożyczki bankowe nachalnie domagały się aby zainteresować się nimi i to koniecznie, i to natychmiast.
Po około godzinie jazdy wszedł konduktor ze swoim tradycyjnym zawołaniem proszę bileciki do kontroli . Wszyscy sięgnęli do kieszeni, torebek i plecaków i posłusznie prezentowali bilety. Matylda sięgnęła po swoją ulubioną granatową torebkę i otworzyła zamek kieszeni w której zwykle trzymała portfel z dokumentami, pieniędzmi i kartami kredytowymi. Kieszeń torebki była pusta. Ktoś z niezwykłą wprawą pozbawił ją portfela z całą jego zawartością.
Zdenerwowała się potężnie do tego stopnia, że aż…. Aż się obudziła. Na ulubionym budziku podróżnym, kupionym przed laty na lotnisku w Zurichu była 5:30.
Co za realistyczny sen! – pomyślała. Na wszelki wypadek sprawdziła wnętrze torebki. Ma szczęście wszystko było na swoim miejscu. Jednak realistyczność snu była tak męcząca, że postanowiła sprawdzić jego znaczenie. Wygoogle'owała hasło stracić portfel z pieniędzmi. Uff… interpretacja była całkiem sympatyczna. Podpiszesz w najbliższym okresie korzystny kontrakt – donosiły różne astrologiczne portale. Te przeciwstawne wizje finansowe – już to utraty portfela, już to podpisania korzystnego kontraktu na tyle ją rozbudziły, że postanowiła dopełnić porannego rytuału codziennych ablucji, parzenia dzbanka yeraba-mate, siekania dwóch miseczek sałatki owocowej i przeglądania porannej poczty elektronicznej. 
W planie na dziś miała złożenie dokumentów potwierdzających ciągłość pracy w zawodzie wyuczonym za młodu i bezskutecznie porzucanym w myślach, słowach, ale nigdy tak po prawdzie w uczynkach. Nie miała odwagi odczepić ani młodzieńczych skrzydeł entuzjazmu ani co i raz doczepianych kul u nóg w latach dojrzałych. 
Medycyna była jak wstydliwy odczyn serologiczny. Nie do pozbycia się! Pamiątka na całe życie jakiejś młodzieńczej decyzji emocjonalnej. Można by pisać „odczyn MED  plus” – pomyślała.
Przed dziewiątą wyruszyła z domu. Czekały ją dziś dwa spotkania. Przystanek na Filtrowej o tej porze był nawet dość pusty. Spojrzała w kierunku Placu Narutowicza z zamiarem odczytania numeru zbliżającego się tramwaju, ale uwagę jej odciągnęły chmury rozpościerające się na wiosennym niebie. 


Chyba pierzaste – pomyślała zaciekawiona ich obrazem. Czternastka, która podjechała za chwilę  była wewnątrz bardziej zapełniona niż przystanek. Na wszystkich siedzących miejscach politechniczna młodzież, kwaterująca w pobliskim akademiku, powalona buzującymi wiosennym hormonami czytała książki, przewijała strony w smartfonach, popijała energetyzujące drinki z puszek lub wodę z butelek. Biedacy sił mieli tyle, że ledwie byli w stanie trzymać w spracowanych dłoniach smartfony i dwoma palcami dotykać ekranów. 
Wyczerpujące energetycznie zajęcie! A do tego czekała ich harówa na uczelni, trzeba więc było w pozycji siedzącej zebrać siły nadwątlone. Zwyczaj ustępowania miejsca ludziom starszym, kobietom, niemowlętom wydał się nie istnieć w tym świecie. Zamyśliła się nad tym co jeszcze nie tak dawno było nie do pomyślenia. Jestem chyba jakaś dziewiętnastowieczna! - pomyślała Matylda, nie przeczuwając nawet przez chwilę, jak silnie będzie niebawem spleciona z epoką
Czternastka minęła park i zbliżała się do następnego przystanku. Melodyjny głos spikera podał jego nazwę:  Najbliższa Izba Kontroli.  Matylda dałaby uciąć sobie to i owo, że przystanek tak właśnie, a nie inaczej, się nazywał. Najbliższa i już!
Wyczerpana wiosną młodzież politechniczna poderwała się na następnym przystanku i powłócząc butami z niezawiązanymi sznurowadłami powlokła się na zajęcia. Dalsza trasa czternastki była prawie tak samo ciekawa jak przejazd kolejką z Atlanty do Buckhead, czyli ogólnie nudne widoki z ciekawostkami co jakiś czas. W okolicach metra mignął szyld z napisem medycyna nowoczesna. A co to za odmiana medycyny? – zastanowiła się Matylda. Pewnie się na takiej nie znam. Mam same staromodne obyczaje – badanie pacjenta, nieuleganie sugestiom, że bez antybiotyku / zwolnienia / renty / sanatorium to delikwent nie stanie na nogi i parę innych równie nieciekawych obyczajów.
Za Placem Zbawiciela było ciekawie i w starym stylu. Bar Prasowy – istniej od 1990 roku – donosił szyld. Fajna nazwa! – pomyślała. Można by organizować w nim konferencję prasowe. W końcu w szeratonach i hiltonach wszyscy już byli po wielekroć.
Dojechała do niegdysiejszego Kina Moskwa, kilka kroków spaceru i była w swojej Najbliższej Izbie Kontroli (NOK). Miała uzupełnić dokumenty bowiem utrzymanie aktywnego Prawa Realizowania Powołania (PRK) wymagało dowożenia co i raz do izby dokumentów potwierdzających ciągłość pracy.
Choć powołanie uważała za łaskę Ducha Świętego – jak objaśnił jej to przed kilkoma dziesięcioleciami jej pacjent ksiądz, dr prawa kanonicznego – i realizowanie tego powołania za sprawę między nią a Duchem Świętym, ale komisją miała diametralnie inne zdanie. Ani Duch Święty ani  ona sama nie mieli nic do gadania. 


W Najbliższej Izbie Kontroli wnikliwie i analitycznie przejrzano wszystkie dostarczone dokumenty. Żaden ich szczegół nie uszedł uwadze absolwentki europeistyki, a może kulturoznawstwa - któż to mógł odgadnąć jak wysokie kompetencje miała osoba wyznaczona do analizy lekarskich dokumentów! 

-No tak, no tak... pracuje pani na umowę zlecenie... - wyszeptała jakby w zamyśleniu absolwentka europeistyki. - A coś jeszcze pani robi? - dodała nieco powątpiewającym tonem.

-Piszę artykuły, niekiedy prowadzę wykłady... - wyznała Matylda spuszczając nieco ku dołowi oczy, z dobrze odgrywaną skromnością starszej pani.

-Taaak, a ma pani wykaz tych wykładów? - europeistka była bezwzględna w ustalaniu każdego szczegółu.

-Proszę oto wykaz wykładów z ostatnich 5 lat. Jest ich około trzydziestu -Matylda podała kolejny dokument.

-Czy... czy mogę go dołączyć do pani dossier zawodowego?

-Ależ oczywiście! - z entuzjazmem odpowiedziała Matylda.

- Jeszcze zostały nam artykuły do udokumentowania - powiedziała z resztką nadziei w głosie, perfekcyjna, korporacyjna pani domu zwanym Korporacją Lekarską.

-Proszę kliknąć na link na moje stronie internetowej.

-Ma pani swoją stronę internetową??? O...to ciekawe - perfekcyjny spokój zadrżał w posadach.

-Tak... trafiło się..., o tu proszę kliknąć na spis artykułów.

-Czy mogę sobie wydrukować i dołączyć do pozostałych dokumentów? -zapytała przedstawicielka kontrolera realizowania boskiego daru powołania.

-Ależ oczywiście!

Maszyneria zaszumiała swym wnętrzem i ruszyła do drukowania. Kolejne strony wyskakiwały z tajemniczych czeluści i miękko lądowały w zagłębieniu na przodzie. 

-Ile tych stron wydrukowało się? - zapytała Matylda z miną godną panny Marple.

-Zaraz sprawdzę... trzydzieści siedem - jęknęła pani korporacja kompletnie zaskoczoną pracowitością dr Marple, pardon, dr Matyldy Przekory. 
Absolwentka europeistyki, a może historii sztuki średniowiecznej, w każdym razie czegoś bardzo blisko z medycyną związanego jeszcze raz przewertowała wszystkie dokumenty i z bólem serca uznała, że dokumenty Matyld spełniają oczekiwania Najbliżej Izby Kontroli w kwestii udokumentowania ciągłości wykonywania zawodu, a nawet udzieliła Matyldzie rozgrzeszenia za grzech niedostarczania regularnie dokumentów z każdą zmianą pracy.
Piekło jest za małe – trzeba będzie rozbudować, nie pomieści wszystkich ludzi. A słowa muszą być na kartki! W internecie będzie można wpisać  tylko tyle słów, ile się ma przyznane - pomyślała Matylda, re-certyfikowana posiadaczka Prawa Realizowania Powołania do Medycyny.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...