piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek czwarty

4. Ważne spotkanie

W sali recepcyjnej hotelu Hilton Houston NASA Clear Lake przy 3000 NASA Road One zbierało się grono przedstawicieli największych linii lotniczych na naradę dotyczącą bezpieczeństwa w ruchu pasażerskim. Gospodarzem spotkania było Pan American Civil Aviation Organization (PACAO). Uczestnicy schodzili się pojedynczo, powoli i dostojnie wnosząc swe cenne aktywa na salony obrad. Wystrój hotelu w tonacji szaroróżowej dobrze harmonizował z siwizną ich głów i głębokim granatem garniturów, różniących się między sobą jedynie odcieniem. Dociekliwy obserwator mógłby jeszcze szukać subtelnych różnic w szerokości białych prążków przebiegających przez większość granatowych marynarek. Najmodniejsze w tym sezonie koszule bladopomarańczowe, lekko fioletowe lub seledynowe zdobiły krawaty w tych samych kolorach, jedynie bardziej intensywnych.
Wnętrze wyłożone puszystymi perskimi dywanami skutecznie tłumiło odgłosy świata zewnętrznego. W tej estetycznej i kameralnej atmosferze dało się obradować nawet nad najtrudniejszymi sprawami. Za temat numer jeden uznano procedury naziemne zapewniające bezpieczeństwo podróży lotniczych. Powszechność opóźnień z powodu drobiazgowych kontroli poważnie zakłócała przebieg wielu lotów. PACAO prowadziło staranne zestawienia oczekiwania pasażerów na „security line” w poszczególnych portach lotniczych. Bez zagłębiania się w szczegóły każdy widział, że jest fatalnie.
Na czele listy niechlubną pozycję lidera zajmowało międzynarodowe lotnisko w Los Angeles, gdzie w szczególnie pechowe dni oczekiwanie na odprawę sięgało dwóch godzin. Tłumaczono, że blisko dziewięćdziesiąt linii lotniczych obecnych w porcie stanowi sporą przeszkodę w sprawnym zorganizowaniu odpraw, ale mało kto tego słuchał. Sześćdziesięciominutowe oczekiwanie przed „security line” na lotniskach w Denver, Bostonie czy Seatle uważano za prawie normalne. Wszelkie czasy poniżej jednej godziny uznawano w PACAO za sukces, którego jednak nie odczuwali podróżni. Pasażerowi wściekali się, żądali odszkodowań, pisali reklamacje. Odsetek długich oczekiwań przed „security line” ciągle wzrastał.
Czyniono różne próby przywrócenia sprawnej odprawy podróżnych. Wszystkie zabiegi były jednak bezskuteczne. Nagromadzenie startów w krótkich odstępach fatalnie przeciążało systemy kontrolne. Gdy proponowano zmiany w rozkładach, linie lotnicze dostawały napadów klasycznego szału. Każdy przewoźnik uporczywie utrzymywał, że pasażerowie są niezwykle przywiązani do znanej im wcześniej godziny wylotu, że najmniejsze zmiany spowodują utratę klientów, przejście do konkurencji, a być może nawet rezygnację z podróży drogą lotniczą. Zwiększanie liczby punktów odprawy niewiele poprawiało sytuację.
Przeciążone komputery zawieszały się, pełzające się bez chwili wytchnienia taśmy transportowe myliły bagaże, a pracownikom kontroli bezpieczeństwa od czasu do czasu puszczały nerwy. Inna sprawa, że podróżni często dokładali starań, aby wytrącić z równowagi nawet najspokojniejszego pracownika ochrony lotów.
Czy można zachować spokój w pracy, w której bezustannie trzeba objaśniać tak prostą sprawę, że na pokład samolotu nie przyjmuje się pasażerów z bronią nabitą ostrymi nabojami? Albo czyż można było pracować bez nerwów w takim Cleveland Hopkins International Airport, gdzie tylko w ciągu pierwszego półrocza skonfiskowano podróżnym 12 300 różnego rodzaju ostrych przedmiotów, 6000 noży z ostrzami krótszymi niż 3 cale i 110 z ostrzami dłuższymi, 2780 siekier i pił elektrycznych, 1800 sprejów groźnych dla życia, 76 pałek, maczug i kijów bejsbolowych oraz 19 znakomitych replik broni i granatów ręcznych?
Tego, czy każdy pasażer z kijem bejsbolowym ma złe zamiary, nie sposób rozstrzygnąć od ręki. Nie mając lepszych sposobów, zakazane rzeczy po prostu konfiskowano. Nie rozwiązywało to sprawy definitywnie. Niebezpieczne przedmioty w piętrzących się stertach stwarzały nowy rodzaj zagrożenia. Gdy zabroniono wnoszenia gazowych zapalniczek na pokład samolotów, zaczęło się masowe wprost opróżnianie kieszeni. Eksperci zwracali uwagę, że to łatwo palna bomba z opóźnionym zapłonem. Nie dysponowano skutecznymi metodami utylizacji skonfiskowanych przedmiotów, co uświadomiono sobie dopiero po wprowadzeniu zarządzenia i zgromadzeniu stosów zapalniczek.
Liczba fałszywych alarmów rosła niebezpiecznie szybko. Każdy podejrzany sygnał wymagał oczywiście skierowania pasażera na indywidualną kontrolę, którą przeprowadzano ręcznie w specjalnie wydzielonych kabinach.
– Czas i tylko czas jest nam dziś potrzebny najbardziej – mawiał Jim Crites, szef kontroli naziemnej portu lotniczego w Detroit przy każdej próbie krytyki jego podwładnych. Dla przykładu samo dopracowanie szczegółów budowy plastikowego pojemnika, do którego podróżni wkładają metalowe przedmioty, telefon komórkowy i buty do przeglądu w maszynie prześwietlającej bagaż podręczny trwało ponad trzy miesiące.

Mimo iż na wielu lotniskach podwojono liczbę punktów kontrolnych, procedury bezpieczeństwa wlokły się w nieskończoność. Narastająca częstość uszkodzenia laptopów, kluczy do samochodów, komórek dopełniały horroru. Niektóre gazety utworzyły specjalne rubryki poświęcone problemom ruchu lotniczego. Komentatorzy bezlitośnie i kąśliwie opisywali najróżniejsze przypadki nadgorliwości pracowników i złośliwości urządzeń sprawdzających bezpieczeństwo. Wszystko wskazywało na to, że chaos w ruchu lotniczym osiągnął stadium ekstremalne. Nikt z obecnych w sali recepcyjnej hotelu Hilton Houston NASA Clear Lake przy 3000 NASA Road One nie mógł pozwolić, aby taki stan rzeczy trwał.
Kolejne analizy niezmiennie dowodziły, że absolutnie podstawowym zagadnieniem dla bezpieczeństwa lotów jest wnikliwe skupienie się na skuteczności kontroli naziemnej. Doradzano przede wszystkim maksymalne znormalizowanie procedur dotyczących podróżnych. Nie można było całkowicie wykluczyć, że potrzebne są inne niż normalizacja rozwiązania. Terroryści nie myśleli w końcu w sposób znormalizowany i ciągle zaskakiwali nowymi pomysłami.

Uczestnicy narady sączyli powitalne long-drinki i czekali na pułkownika Quarre’go, szefa Departamentu Rozwiązań Specjalnych. Frank Morel, asystent pułkownika, podchodził do kolejnych grupek uczestników narady. Witał wszystkich serdecznie i zapowiadał rychłe nadejście zwierzchnika. Nieco dłużej zatrzymał się przy dyrektor Tamarze Halson. Potrzeba okazania szczególnej atencji jedynej w tym gronie kobiecie była zupełnie naturalna.
Kilka minut po szóstej w drzwiach ukazała się charakterystyczna, postawna sylwetka szefa. Pułkownik Jeff Quarry był mężczyzną pod pięćdziesiątkę, więcej niż słusznego wzrostu i takiejż budowy. Po przejściu do cywila nie musiał zapinać marynarki na ostatni guzik i otoczenie odnotowywało, że Szef Departamentu Rozwiązań Specjalnych z roku na rok mężniał. Krótko ostrzyżone włosy, nawyk z okresu pracy w armii, zdecydowane ruchy, dobrze dobrane okulary w złotej oprawie – wszystko to powodowało, że powszechnie akceptowano szefowski wizerunek Jeffa. Do tego jeszcze umiejętność przekonywania niezdecydowanych. Bez dłuższych namysłów uznano, że nie ma lepszego kandydata niż pułkownik Jeff Quarry do wykonania tak trudnego zadania, jak poprowadzenie spotkania i namówienie europejskich niedowiarków do uczestnictwa w epokowym przedsięwzięciu. Nadwrażliwi i zadufani w swojej wielowiekowej historii partnerzy zza oceanu prezentowali zbiór dziwnych przyzwyczajeń, których żaden Amerykanin nie mógł zrozumieć. Jeff przyjaźnie traktował każdego rozmówcę, a po okazaniu zrozumienia, skutecznie przekonywał do swoich racji. Ten atut ostatecznie zadecydował o wyborze pułkownika na gospodarza spotkania w Hilton Houston NASA Clear Lake przy 3000 NASA Road One.
Jeff serdecznie powitał zebranych i przeprosił za kilkuminutowe opóźnienie. Uzgadniał jeszcze ostatnie szczegóły na najwyższym szczeblu. Zreferował narastające kłopoty na lotniskach i zapewnił, że kierowany przez niego departament ma naprawdę skuteczny projekt rozwiązania problemów. Ze względu na wysoki stopień poufności przedsięwzięcia dalsze prace muszą być prowadzone w wąskim i starannie wyselekcjonowanym zespole roboczym. Szefom obecnym na spotkaniu przedstawiono wstępne założenia budżetowe. Natomiast nad szczegółami rozwiązań technicznych mieli się skupić wytypowani przez nich pracownicy. Przewidywano, że w skład zespołu roboczego wejdzie dwoje reprezentantów z Ameryki Północnej, po jednym z Ameryki Południowej, Unii Europejskiej, Afryki i Azji oraz dwóch przedstawicieli z Chin. Potęga rosnącego rynku chińskiego wymagała działań perspektywicznych. Następne zebranie zaplanowano za sześć tygodni.

                                                                             ***

Na biurku Matyldy kłębiły się stosy papierów, kilka długopisów, słuchawki do pozostawania z kontakcie z dźwiękami radiowym, pamiątkowa gumka z kongresu kardiologów, dwustronny plaster do przyklejania posterów, trzy pary okularów ze ściereczką do ich przecierania, dwa kalendarze, spis telefonów, komórka na tekturowym stojaczku, pamiątkowy pojemnik wyrzeźbiony przez wdzięcznego pacjenta, kolekcja niezapłaconych rachunków, kalkulator, karteczki do notatek nigdy nieczynionych, ulubiony zegarek, zszywacz, zbiór wizytówek własnych i cudzych skutecznie przemieszanych, najwspanialsze z wiecznych piór i najczarniejszy z atramentów. Był to zbiór cholernych przedmiocików najpierwszej potrzeby, które zawsze musiały być pod ręką. Przelotne danie wiary teorii, że miejscem pracy naukowej powinny rządzić kąty proste i wzorowy porządek, powodowało u Matyldy natychmiastowy chaos myślowy i zanik weny twórczej.
– Franek, powiedz mi: mam jechać do tego San Francisco czy nie? – jęczała, ciągle się jeszcze wahając.
– Rzuć monetę, a jak ci nie wyjdzie po twojej myśli, rzuć drugi raz – Franek zasugerował niebanalne i dialektyczne rozwiązanie problemu trapiącego żonę.
– Nikt nie może mi rzeczowo doradzić – zawodziła Matylda kolejną godzinę. I w dodatku te horrendalne koszty! Koszmar.
Wszyscy wokół wygłaszali humorystyczne komentarze do rozterek i wahań Matyldy nad podjęciem decyzji. Reakcje otoczenia wskazywały wyraźnie, że pielgrzymowanie naukowe jest zajęciem, które należy uprawiać w samotności. Liczne towarzystwo i powszechne zrozumienie nigdy nie towarzyszyło zdeterminowanym wędrowcom.
Po pierwszym amoku jak zawsze nadchodziła pora pogłębionych studiów nad trasą podróży. Wersja wyprawy niskobudżetowej co chwila rozłaziła się w szwach. Piękne krajobrazy kusiły, egzotyczne budowle przyciągały wzrok, wyobraźnia co i raz zapominała, że karty kredytowe lepiej spłacać w terminie.
– A może rozszerzysz trasę? – zapytał Franek. – Skoro już znajdziesz się za oceanem, to warto zobaczyć coś więcej.
– Rozszerzyć, mówisz? Hm… fajnie byłoby zobaczyć Brazylię albo i Meksyk. Może bym przy okazji pobytu kupiła sobie kolorowe poncho? – zapytała męża znienacka. Mogłabym w takim poncho udawać ciągle szczupłą osobę.
– Koniecznie! – odkrzyknął z entuzjazmem mąż.
– Rzeczywiście uważasz, że powinnam kupić? – niedowierzała.
– Koniecznie kup, wsadzimy sobie razem głowy do tej dziury... fajnie będzie – rozmarzył się.
– Kochanie, pragnę ci wyjaśnić, że to jest ubiór jednoosobowy.
– Będę się starał wcisnąć w strój jako użytkownik towarzyszący – nie dawał za wygraną.
– Będziesz w poncho nielegalnie, ostrzegam.
– A co tam... niech będzie nielegalnie, ale może być miło...
– À propos sylwetki, ile ty właściwie ważysz? – zaciekawił się Franek
– Pięćdziesiąt dziewięć kilogramów.
– Taaak? To pewnie wynik z tej oszukańczej wagi stojącej w łazience. Jeśli chcesz, to zważę cię na wiszącej wadze sprężynowej, będzie dokładniej – zaproponował niebanalną rozrywkę małżeńską, którą ku jego rozczarowaniu Matylda odrzuciła.

Czas jakiś rozmyślała nad trasą podróży i być może wahania trwałyby bez końca, gdyby nie napotkana w internecie promocja biletów lotniczych przed brazylijskim karnawałem, która przesądziła o wyborze trasy. Wyprawa miała prowadzić poprzez São Paulo, Cancun i San Francisco. Będzie musiała dwukrotnie przesiadać się w Houston, ale uznała to za nic nieznaczący przypadek. I tak musiała mieć wizę w związku z kongresem w San Francisco, mogła więc przesiadać się na każdym amerykańskim lotnisku.
Podjąwszy trudną decyzję o trasie podróży, Matylda odtańczyła solowy taniec radości, po czym zażądała od męża kontynuowania rozrywki. Franek objął żonę. Jego dłonie przesuwały się po roztańczonej Matyldzie niczym wycieraczki po szybie.
– Franek, taniec to takie zajęcie, przy którym należy poruszać nogami, a nie rękoma – poinstruowała męża.
– Nie bądź drobiazgowa. To nie medycyna. Kończyny górne czy dolne – nie ma znaczenia, ważne, ze pracują.
– Mój drogi, tańce małżeńskie cię nie ominą, niezależnie od tych spektakularnych wywodów anatomicznych. Najpóźniej na emeryturze podjedziemy do Argentyny na kurs tanga, a gdy opanujemy już tę sztukę – będziemy tańczyć do białego rana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...