piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek drugi



2. Kongres w Berlinie

Europejskie Towarzystwo Krążeniowe obchodziło w tym roku pięćdziesięciolecie istnienia. Kongres z okazji tak ważnej rocznicy zarząd główny zdecydował się zorganizować w Berlinie. O prawo do goszczenia delegatów z całego świata niemieccy specjaliści od krążenia zabiegali od dawna.
Spodziewano się kongresu, jakiego jeszcze nie było. Organizatorzy oczekiwali około trzydziestu tysięcy uczestników. W pierwszych dniach września pamiętnego roku europejskie lotniska przesiadkowe przepełnione były pasażerami nadlatującymi z odległych zamorskich miejsc i podążających dalej do Berlina. Pielgrzymowali  najwięksi z wielkich oraz rzesze całkiem zwyczajnych doktorów. W końcu następna taka rocznica, mierzona odcinkami półwiecza, zdarzy się dopiero za następne pięćdziesiąt lat. Najwyraźniej będzie na co popatrzeć, z kim pogadać i kogo posłuchać na licznych sesjach, o dobrych ustaleniach biznesowych nie wspominając.


Matylda, miłośniczka i bywalczyni kongresów, do Berlina się nie wybierała. Nie żeby jej było nie po drodze na taką imprezę, ale po prostu nikt nie kwapił się z zaproszeniem. Inna sprawa, że nie było nawet z kim poważnie porozmawiać. Repy odwiedzające jej gabinet, położony poza murami i emocjami wielkiego szpitala, były młode, dziwnie nic niekojarzące, no i praktycznie żaden nich nie był lekarzem.
Czy można z absolwentem biologii albo wychowania fizycznego prowadzić poufne rozmowy? Nie! do licha, nigdy! Tego Matylda była więcej niż pewna. Są w języku polskim słowa, które lekarz można wypowiadać wyłącznie do drugiego lekarza, ale nigdy do absolwenta psychologii czy nie daj Boże rybołówstwa, bo i posiadacze takich dyplomów brali się za repowanie.
Nie przekraczając granic dobrej praktyki bywalca, wypowiadała do wizytujących licznie jej gabinet młodzików pracujących w polu dwuznaczne, lekkie aluzje o zainteresowaniu zbliżającym się kongresem i mocno znudzona słuchała kolejnej recytacji. „Próba LIPA, oczywiście pamięta pani, że jest to akronim od Lasopril Intensive Patient Approach, wykazała że preparat nasz powodował wydłużenie czasu przeżycia” bla... bla... bla… – po pięciu minutach wszystko zlewało się w jedną całość. Matylda, bacznie obserwując napis Lasopril na firmowym długopisie, czekała aż rep skończy swój monolog.
– Macie gości w Berlinie? – rzuciła po raz kolejny sondujące pytanie.
– E…e… nieee wiem... musiałbym zapytać producta – jęknął.
– A kto jest u was teraz productem w kardiologii? – zapytała, przerywając męki zatrwożonego repa.
– Bartosz… – szepnął rep.
– Bartek? Aaa, to się świetnie składa. Muszę do niego zadzwonić, bo chyba mam u was jedno zaległe honorarium, tylko niech mi pan da na niego namiary.
Zapisała numer komórki, obiecała dożywotnio pamiętać oszałamiające wyniki próby LIPA, a nawet dała do zrozumienia, że wierzy w rewelacyjne działanie lasoprilu – mizeroty pierwotnie wyprodukowanej przez zagranicznego potentata, a następnie zręcznie zsyntetyzowanej przez krajowego producenta generyków.
Chłopcy z marketingu robili co mogli, aby pollasopril nie przyjął się na rynku, ale różnica 15 złotych na opakowaniu na korzyść produktu rodzimego działała na wyobraźnię tysięcy pacjentów. Producent generyku dział na wszystkich frontach, kokietował najlepszych przepisywaczy czym tylko było można. Ankiety, opracowania osławionej czwartej fazy, konferencje krajowe były dla dobrych. Wyjazdy na kongresy zagraniczne były dla najlepszych prescriberówopinion-leaderów. Czasem trzeba było zabrać jakąś profesorską żonę, ale właściwie nie decydowało to znacząco o kosztach. Per saldo i tak się opłacało.
Matylda lubiła na kongresach wszystko. Z uwagą słuchała referatów światowej sławy profesorów, śledziła wymianę poglądów między uczestnikami obrad, pilnie wertowała grube tomy z nadesłanymi streszczeniami prac naukowych. Lubiła też całą otoczkę towarzyską – spotkania dawno niewidzianych znajomych, plotkowanie, zwierzenia zjazdowe, kolacje, zabawy, a nawet tańce, których na co dzień nie uprawiała.
Z Frankiem wychodziło jej wszystko z wyjątkiem tańcowania

Po latach doszli do wniosku, że nie wychodzi im taniec, gdyż zaraz po ślubie nie ustalili kto będzie prowadził. Znajomi sądzili, że na co dzień prowadzi Matylda, ale ona nie była tego do końca pewna. Były oczywiście sprawy i zadania, w których miała zdecydowane prawo do bycia liderem. Najbardziej niezmienne było prawo do zaopatrywania rodziny w świeże bułeczki i gazety każdego poranka.
Budzik zadzwonił jak zawsze przed szóstą. Matylda szybko wyskoczyła z łóżka, nałożyła dżinsy i bluzę i już była gotowa do wyjścia. Zeszła na parter i przez chwilę mocowała się z zacinającymi się drzwiami.
Przed klatką schodową numer trzynaście stał pan Jasio Bączek, pacjent Matyldy pochodzący z jej rodzinnych stron. Była prawie pewna, że ma halucynacje. Tylko po czym? Czyżby po tym chemicznym specyfiku, którym Franek wczoraj uszczelniał kabinę prysznicową? – pomyślała zupełnie odruchowo. – Co za głupie przypuszczenie! Nie mam żadnych halucynacji, to przecież cały i żywy Jasio. Mówi do mnie, więc to nie przywidzenie.
– Dzień dobry, pani doktor! Rączki całuję – oświadczyła przymilnie zjawa, zdiagnozowana ostatecznie jako osobnik żywy.
– Witam, a co pan tu robi? – spytała ciągle jeszcze zdziwiona.
– Czekam aż pani doktor się obudzi – wyznał z żelazną logiką Jasio.
No tak, na to bym nie wpadła. Nawet jak zejdę z tego świata, to będzie do mnie przyjeżdżał na cmentarz. Mam to jak w banku. Już widzę jak puka w nagrobna płytę i mówi: Pani doktor, jak się pani obudzi, to niech mi pani powie czy muszę brać te zółtotabletkowe. Pani powie, bo nikt inny nie chce, a ja się po nich robię taki dundrowaty. Sama robię się chyba trochę dundrowata – stwierdziła odruchowo, choć tak naprawdę nigdy do końca nie udało się ustalić, na czym polegają odczucia jej wiernego pacjenta.
– Panie Jasiu, dlaczego pan tu właściwie stoi? – zapytała.
– Rozchodzi się o to… czy pani na pewno dziś będzie w poradni, bo mam interes jeden taki… no, urzędowy.
– Będę o ósmej.
– A to nie ma sprawy, idę i czekam – pan Jasio rozegrawszy zwycięsko mecz w konkurencji „wizyta w terminie wyznaczonym przez pacjenta” bez pośpiechu skierował się ku bramie wyjściowej. Matylda szybko uznała, że powinna być mu bezgranicznie wdzięczna, iż gotów był z pełnym poświęceniem poczekać głupie dwie godziny bez używania wyświechtanych argumentów: Jak to, nie będę natychmiast przyjęty??? Niemożliwe! A jak umrę?
Sugerowanie, że lekarz też jest śmiertelny nigdy nie przynosiło pożądanego skutku, nie rozbudzało cierpliwości w oczekiwaniu. Jak dalece niestosowne, bez sensu, nie na miejscu było takie myślenie przekonała się przed kilkoma dniami.
– To pani mnie dziś nie przyjmie, tylko za miesiąc? A jak umrę do tego czasu? – dręczył umęczoną do granic ostatecznych Matyldę czterdziesty z kolei pacjent.
– A jak ja umrę z przepracowania? – zapytała odważnie.
– A, to nie szkodzi – odparł bez chwili namysłu kandydat na niedoszłego nieboszczyka i nie tracąc ani na chwilę głowy dodał: – A do kogo wtedy bym musiał się przepisać? Kogo pani poleca najbardziej? – dopytywał ani na chwilę nie dopuszczając myśli o przerwaniu niemającej końca opieki medycznej.

Matylda przed wyjściem do pracy zwykle sprawdzała pocztę elektroniczną, a niekiedy także rachunki bankowe. Saldo nie przedstawiało się olśniewająco. Lekko nabuzowana napisała maila do zalegającego z honorarium zleceniodawcy.



                                               ***

Uczestnicy kongresu Europejskiego Towarzystwa Krążeniowego oraz innych pomniejszych ekspedycji naukowych rozpoznawali się zawsze i nieomylnie. Najpewniejszymi znakami rozpoznawczymi były walizki ulubionej przez nich firmy Extrabite oraz badawcze spojrzenia, omiatające niczym radar wszystkich ludzi w promieniu kilkudziesięciu metrów.
Matylda na widok dwóch średniej wielkości zielonych walizek firmy Extrabite, prowadzonych na smyczy i bez najmniejszego zachwiania równowagi pokonujących nierówności chodnika, uśmiechnęła się. Przed oczami stanęła jej ubiegłoroczna scenka z wyjazdu do Paryża. Gdy koło północy dotarli do hotelu, mąż jakiejś uczestniczki złapał jej walizkę i długo nie pozwalał sobie wyperswadować, że nie jest właścicielem tego właśnie egzemplarza.
Po tej przygodzie postanowiła, że następna walizka jaką kupi będzie w kolorze cytrynowym albo w ostateczności jasnoliliowym, dzięki czemu nigdy już nie doświadczy nierozwiązywalnych problemów rozpoznania swojej walizki na lotniskowej taśmie lub w mrokach autokarowego luku. Nie nastąpi to jednak szybko – walizki firmy Extrabite nie przejawiały najmniejszej skłonności do niszczenia się. Od czasu tej przygody, aby poprawić identyfikację swojego egzemplarza, nalepiła nieopodal bocznego uchwytu logo słynnej na całym świecie sieci hotelowej.
Niech wszyscy wiedzą, że stać ją na bywanie w hotelu ceniącym się wysoko! Często lubiła wracać pamięcią do wspaniałej kolacji, jaką zjadła w przestronnych salach jadalnych tej słynnej sieci. Kruchość mięs, soczystość owoców i warzyw, kolorowych i fantazyjnie ułożonych na ozdobnych półmiskach, oraz bezszelestnie poruszający się kelnerzy zawsze przychodzili jej na myśl, ilekroć spojrzała na tę niepozorną nalepkę.
Kelnerzy mieli tu cechę niespotykaną nigdzie indziej – pojawiali się wyłącznie gdy byli potrzebni i bezszelestnie spełniali swoje obowiązki. Nie dręczyli gościa zbędnymi pytaniami, nie byli ciekawi w czym jeszcze mogą pomóc, po prostu robili to co do nich należy, bez rzucania w przestrzeń głupich sugestii, że ktoś kto znalazł się na kolacji w tych wytwornych wnętrzach jest życiową niedorajdą, która nie da sobie rady.
Bartosz nadjechał w ostatniej chwili taksówką. Witał swoich gości i kolegów. Z niektórymi spośród uczestników wyjazdu był w ubiegłym roku na kongresie krążeniowym w Gdańsku. Od razu więc było widać z kim Bartek tańczył do białego rana, a kogo wytypowano do wyjazdu w terenie i dopiero teraz nadszedł czas poznania się z centralą. Uczestnicy niezapomnianej kolacji w nadmorskim hotelu całowali się z Bartoszem z dubeltówki, hałaśliwie wspominając udane tańce i obrady.
Uściskawszy się z kolegami, zaprosił wszystkich do autokaru, który jak na zawołanie właśnie podjechał na parking. Kierowca wyszedł na zewnątrz, otworzył klapę luku bagażowego i z energicznie wstawiał kolejne walizy kongresowych obieżyświatów.
Do Poznania autokar dotarł z małym opóźnieniem. Pięcioosobowa grupa tamtejszych uczestników kongresu już czekała. Matylda nikogo spośród nich nie znała.
Ciekawe kogo zaprosili? – postanowiła obserwować wchodzące do autokaru osoby i rozszyfrować kto jest kim. – Powinni wchodzić w kolejności dziobania i hierarchii korporacyjnej – pomyślała. Dwie starsze koleżanki siadły pojedynczo na przednich siedzeniach, reszta młodszego towarzystwa ulokowała się w tyle pojazdu.
Te z przodu to pewnie jakaś ordynatura. Nie będą przecież przedstawicielki tej części lekarskiej społeczności wytrząsać swoich cennych części ciała na tylnych siedzeniach. Gdybym kiedyś została kierowniczą siłą narodu, muszę pamiętać, że w autokarze siada się z przodu i w pewnym oddaleniu od lekarskiego ludu – pomyślała Matylda.
Po kilku minutach ruszyli w dalszą drogę. Od czasu do czasu asystentka Bartosza proponowała gościom napoje. Wesoła grupa młodszych uczestników naukowej ekspedycji chętnie raczyła się piwem. Do Berlina dojechali więc w dobrych nastrojach, nawodnieni jak należy i rozochoceni do dalszej zabawy.
Bartosz przypomniał wszystkim, że za godzinę spotykają się na kolacji powitalnej w sali bankietowej hotelu. Zjazdowicze pospiesznie rozlokowywali się w pokojach i wyciągali z walizek firmy Extrabite stroje nadające się na wieczorne spotkanie.
Kolację podawano w sali klubowej mogącej pomieścić nawet do 30 osób, idealnie nadającej się na kameralne spotkania biznesowe połączone z eleganckim posiłkiem. Firmowym znakiem sieci był beż z niewielkim dodatkiem granatu. Od Berlina przez Kajmany aż do Nowego Orleanu gość napotykał identyczny zestaw kolorystyczny. Żadnych niespodzianek – ten sam styl i klimat wnętrza.
W hotelu wszystko kojarzyło się z solidnością i tradycją trwającą dłużej niż kilka sezonów. Ciężkie skórzane fotele, niewysokie klubowe stoliki, krzesła, stoły jadalne, długie aż do samej podłogi beżowe kotary miały swoją wymowę nie tylko przez jakość materiałów, z których je uszyto, ale i ilość materii, której do tego celu użyto. Minimalizm w jakiejkolwiek postaci był obcy tym wnętrzom.
Menu kolacji powitalnej przewidywało potrawkę z królika w pasztecie z sałatą i ziołami, rybę morską w sosie cytrynowym, suflet z jagnięciny z pieczonymi szalotkami i ziemniakami z tymiankiem oraz na deser miseczkę pomarańczy polanych sosem nugatowym. Jedzenie serwowano w porcjach raczej niewielkich, a jeżeli coś robiło wrażenie, to wyłącznie rozmiary talerzy.
Bartosz jeszcze raz powitał gości i poprosił zgodnie ze zwyczajem panującym na zjazdowych przyjęciach, aby wszyscy uczestnicy przedstawili się i powiedzieli gdzie pracują. Matylda nie lubiła tej ceremonii. Od czasu gdy wyzwoliła się spod rządów Wielkosza, pracowała w prywatnych klinikach, gdzie struktura podległości nie była tak wyrazista ani przesadnie rozbudowana, jak miało to miejsce w ośrodkach szpitalnych.
Gdyby stary Dablju&Dablju wiedział, gdzie dziś jestem na kolacji, rozszarpałby mnie na kawałki. Taak… na drobniutkie… kawałki i jeszcze podeptał nogami, plując przy tym na każdy z nich, aby w żadnej cząstce materii nie powstała najmniejsza choćby myśl samodzielnego bytu lub biznesu – pomyślała zadowolona z siebie i sytuacji, w której się znalazła. – No, Matylda, brawo! Całkiem daleko zaszłaś… siedzisz na kolacji w supereleganckim hotelu i wcale nie musiałaś nikogo pytać o zgodę. Demokracja… niech żyje demokracja w interesach! Precz z dynastycznymi zapędami Wielkosza! – dodała odważnie, aczkolwiek były to póki co zwierzenia wyłącznie do samej siebie. Wiedziała jednak, że skoro taka odważna myśl na temat Dablju & Dablju wpadła jej do głowy, to wyrwie się i pomknie w świat. To była tylko kwestia czasu. Wyłącznie czasu i niczego więcej.

Rano grupa schodziła się niezbyt punktualnie. Obrady rozpoczynały się o dziesiątej na drugim końcu Berlina w centrum kongresowym. Czekając na spóźnialskich, goście Bartosza rozsiedli się w fotelach stojących w hotelowym lobby. Matylda oddała się ulubionemu zajęciu, jakim było olśniewanie otoczenia na tematy pozamedyczne. Ulubionymi wątkami były książki i podróże.
– Przez lata marzyłam… wyobrażałam sobie po wielokroć jak to będzie, gdy wreszcie zobaczę… ani razu nie zrezygnowałam z możliwości wyobrażenia sobie… – taak, to były zwroty, które robiły wrażenia na słuchaczach. Jawne opowieści o marzeniach, wyobrażeniach, przymiarkach, podchodach były chyba nawet barwniejsze niż sama rzeczywistość.
Opowiadała właśnie z pasją o tym, jak przez lata marzyła o posiadaniu słynnej Encyklopedii Britannica. Gdy wreszcie nadarzyła się okazja, nabyła dzieło. Postawiła dwadzieścia kilka tomów na starannie odkurzonym regale i czekała na dreszcze emocji towarzyszące użytkowaniu tej niedoścignionej skarbnicy wiedzy. Tymczasem wraz z Britannicą w domu pojawił się dostęp do internetu. Wymarzona encyklopedia została zupełnie niespodziewanie zdegradowana do roli eleganckiej ozdoby regału. Równie dobrze pozłacane oprawy mogłyby być puste w środku. Anglosaska zawartość dzieła była wyjątkowo mało przydatna w polskiej rzeczywistości.
Snując barwną opowieść poczuła, że ktoś się jej przygląda. Rozejrzała się za właścicielem lustrującego spojrzenia, ale właśnie nadeszli spóźnialscy i całe towarzystwo ruszyło do autokaru.
W centrum kongresowym grupa rozeszła się w poszukiwaniu okienek rejestracyjnych wydających gościom zjazdowe pakiety według liter alfabetu. Ozdobiwszy swoje klapy plakietkami zjazdowymi, wszyscy rozpierzchli się po wielohektarowym centrum kongresowym, indywidualnie wybierając miejsce do słuchania wykładów.
Oferta była rozmaita i obfita, bo obrady rozpoczynały się już od siódmej rano. Najwcześniejsze zajęcia zwano warsztatami – odbywały się w małych salach i panowała na nich prawdziwie robocza atmosfera, wytwarzana głównie przez pnących się do góry w karierze naukowej młodych nawiedzonych badaczy. Organizatorzy przewidując, że miłośnicy workshopów nie będą mieli czasu na zjedzenie śniadania w hotelu, przygotowywali dla nich kawę, kanapki i drobne ciasteczka. Od godziny dziewiątej rozpoczynały się sesje, podczas których prezentowano krótkie doniesienia ustne. Natomiast obrady plenarne tradycyjnie obstawiali wielcy tego świata – słynni profesorowie, trialiści, główni badacze dużych prób klinicznych i inna śmietanka biznesu farmaceutycznego.
Dla Matyldy najciekawszym punktem dzisiejszego programu były wykłady w sali Budapeszt. Sesji przewodniczyli Franz Deserly ze Stanów Zjednoczonych oraz Giuseppe Materloni z Mediolanu. Temat obrad był zredagowany w stylu starego Franza: „Nadciśnienie: czy już pokonaliśmy tego cichego zabójcę?”. Deserly był naprawdę znakomitym wykładowcą, potrafiącym równie znakomicie zaprezentować omawiany temat, jak i własną osobę. Szczupły, wysoki, zawsze opalony, w znakomicie dopasowanym garniturze i jaskrawym jednobarwnym krawacie, z miłym tembrem głosu i świadomością, że angielski nie wszyscy słuchacze wyssali z mlekiem matki, prezentował na przejrzystych slajdach swoje tezy. Drugim mówcą był Materloni, który jak zawsze nikogo nie zachwycił monotonnym wykładem o epidemiologii.
Podsumowanie obrad było w stylu Deserly’ego i nosiło tytuł: „Sami bądźcie sędziami w sprawie nadciśnieniowego zabójcy…”. Franz nie chciał się wypowiedzieć, czy tabletki skutecznie zwalczają nadciśnienie, czy raczej choroba pokonuje miliony pacjentów.
W tym samym czasie na mniejszych salach młodzi zdolni wygłaszali swoje dziesięciominutowe wprawki, będące przygotowaniem do większych wykładów, na które mogli mieć szansę po paru latach pilnego bywania na kongresach i szczęśliwego zbiegu okoliczności. Inni, nakarmieni pierwszą dawką nadziei na karierę naukową, stali grzecznie przy plakatach, czekając na zainteresowanie wynikami swych badań u zbłąkanych lub przypadkowych rozmówców. Około czternastej z sal zaczęły się wylewać rzesze słuchaczy. Wszyscy podążali do licznych kafejek i cierpliwie ustawiali się w kolejce po kanapkę i kawę.

Goście Bartosza byli umówieni, że spotkają się po obradach przy wejściu głównym i razem spędzą popołudnie. Po paru minutach grupa była w komplecie. Na początek Bartek zaproponował wyprawę na obiad do typowej berlińskiej knajpki, co spotkało się z aplauzem wygłodniałej zjazdowej kompanii. Autokar zawiózł ich do jednej z wielu restauracji, najwyraźniej nastawionej na obsługę turystów. Gospodarz zasugerował ujednolicenie menu dla wszystkich uczestników. Zdecydowano się na berlińską zupę ziemniaczaną z kawałkami kiełbasy, kulki mięsne z warzywami i smażonymi ziemniakami, a na deser ciepły strudel z kremem. Przy obiedzie dowiedzieli się, że na wieczór zaplanowana jest wyprawa do Winter Garten.

Nastawiona sceptycznie do kabaretowej rozrywki Matylda początkowo nie bawiła się dobrze. Jednakże przy kolejnych piosenkach poddała się wszechogarniającej, wesołej atmosferze variétés. W pewnej chwili miała nawet wrażenie, że ogląda swój ulubiony film „Kabaret” w inscenizacji teatralnej. Wieczór był naprawdę bardzo udany.
Kolejne dwa dni obrad przeleciały niczym wicher i ani się uczestnicy kongresowej wyprawy spostrzegli, a już ponownie stali przy luku bagażowym ze swoimi niezawodnymi walizkami firmy Extrabite.
Przejazd przez polskie drogi ciągnął się niemiłosiernie i Matylda dotarła do domu koło północy. Franek wyszedł przed bramę, aby pomóc żonie wnieść bagaże. Mimo późnej pory stęskniona i ciekawa zjazdowych prezentów Maniula czekała na matkę w przedpokoju. Po przywitaniu nadchodził ceremoniał wręczania prezentów, który zawsze odbywał się w dużym pokoju, zwanym przez Franka z niewiadomych powodów salonem. Określenie tak eleganckim terminem pomieszczenia wyładowanego po sufit książkami było zabawnym eufemizmem lub poważnym nadużyciem – tego Matylda nie była w stanie rozstrzygnąć.

                                              *** 
Tydzień przeleciał niczym huragan i nadszedł weekend, jednak niedziela była wyjątkowo wietrzna i zimna. Matylda nie lubiła takiej pogody. Skóra wysuszała się, robiła się jakaś naciągnięta na twarzy i nogach, a opuszki kciuków pękały boleśnie. Nie goiły się całymi tygodniami. Zawsze ją to dziwiło, że uderzała się tylko w te obolałe części palców. Frankowi też pękały opuszki. Sądzili początkowo, że powodują to płyny do prania i zmywania naczyń. Jednak zakładanie rękawiczek niczego nie zmieniało. Opuszki pękały. Po obu stronach. Jak coś nieładnego jest po obu stronach, to znaczy, że jestem stara – przypomniała sobie niedawno poczynione spostrzeżenie. Z powodu opuszek palców nie lubiła zimy, wiosny i jesieni. Jedynie latem opuszki miały się dobrze. Pomyślała, że skóra i włosy najbardziej zdradliwie donosiły o wieku właścicielki.
Może powinnam pójść na tę wystawę? Szukała bezskutecznie jakiegoś kremu, który pozbawiłby ją kłopotów. Wystawa kosmetyków była jeszcze jedną nadzieją. Niewielką raczej, ale zawsze nadzieją. Ubrała się ciepło, przepakowała niezbędne dokumenty do małej torebki i wyszła z domu. Pustawy autobus nadjechał po kilku minutach. Siadła tyłem do kierunku jazdy. Polubiła te często wolne siedzenia od czasu, gdy dowiedziała się, że w razie wypadku siedzenie tyłem do kierunku jazdy jest bezpieczniejsze.
Wystawa była jakaś senna. Jedynie przy stoisku z kremami minerałowymi usiłowano ją namówić na zakup specyfiku. Miała wrażenie, że krzemu raczej jej nie brakuje. No, bo niby gdzie go miałaby stracić? Interesująco wyglądał krem natłuszczający. Za dwanaście złotych można przetestować – pomyślała. Przy multiwitaminach dla staruszków energiczni studenci koniecznie chcieli jej oznaczyć wiek biologiczny mózgu. Wiek mózgu, płeć mózgu – powariowali z tym przenoszeniem wszystkiego na wyższe piętra układu nerwowego! Odmówiła. Jako ofertę zamienną mieli zbadanie przepływu krwi przez żyły w nogach.
– Zachęcam panią, to wcale nie boli – przekonywał wysoki blondyn.
– A na czym to polega? – grzecznościowo zapytała Matylda.
– Zbadamy przepływ krwi w żyle podkolanowej, wystarczy, że trochę ją pani odsłoni.
– Drogi panie, ja mojej żyły podkolanowej nie pokazuję przypadkowym osobom. To jest widok zastrzeżony wyłącznie dla męża.
– Doprawdy? – zaciekawił się blondyn.
– Nabrałam pana, ubóstwiam pokazywać publicznie moją żyłę podkolanową – zdecydowała się na szczere wyznanie Matylda. – Tylko dziś akurat nie mam ochoty na prezentację. Nie zabrałam ze sobą slajdów – dodała, żeby uprzedzić ewentualne pytanie blondyna. Pozostałe stoiska nie były zbyt ciekawe i Matylda uznała, że pora wracać do domu. Postanowiła kultywować nowy zwyczaj popołudniowych drzemek i nie mając innych zajęć ani pilnych terminów przed sobą, szybko usnęła. Dziś we śnie szczęśliwie nie pisała recept ani wierszowanych wynurzeń. Co więcej, była we śnie młodą, no dobra – może i nawet młodziutką brunetką, u progu kariery lekarskiej, którą rozpoczynała właśnie na oddziale chorób wszelakich. 

                                                 ***

Książki były żywiołem, nad którym nikt w ich domu nie panował. Matylda kolekcjonowała książki podróżnicze, przewodniki i mapy. W zasadzie nie przepadała za beletrystyką. Jedynym wyjątkiem był Peter Mayle, umieszczony na półce oznaczonej jako „ulubione”. Sporo miejsca zajmowały egzemplarze z dedykacjami autorów oraz zbiór wydań „Małego Księcia” w najróżniejszych językach, które kompletowała z pomocą znajomych i kolegów .
Nieopodal kolekcji Małego Księcia stały meble biblioteczne – tak zwykła nazywać opasłe medyczne tomy w granatowych lub bordowych okładkach, ze złotymi literami. Pełne były odświętnej wiedzy, która zdumiewająco rzadko przydawała się na co dzień.
Sporą część biblioteki stanowiły słowniki oraz podręczniki gramatyki różnych języków, gromadzone przez Maniulę. Każdego roku na czerwcowych targach książki zbliżała się do granic upadłości finansowej, w rezultacie czego była dumną posiadaczką słowników angielskich, niemieckich, francuskich, hiszpańskich, włoskich, czeskich, a także japońskich, kazachskich i tadżyckich. Najnowszym hobby Maniuli był język estoński, a jego czternaście przypadków wprawiały ją w rozmarzenie.
W wydzielonych i tylko jemu dobrze znanych obszarach regałów spoczywały książki i czasopisma Franka – zawodowe, a także o komputerach, fotografowaniu i majsterkowaniu.
Końcowym rezultatem namiętności całej rodziny do książek był fakt, że stanowiły one najbardziej niepodległy byt w ich domu. Łaziły wszędzie – po stołach, podłodze, biurkach, łóżkach. Matylda próbowała niekiedy je uporządkować, ale efekty były przelotne. Gorsze od wizualnych rezultatów były praktyczne następstwa takich porządków. Nikt nie mógł niczego znaleźć, więc z czasem zaniechano walki z żywiołem książkowym.
To jest jak perz, nie do wyplenienia – myślała niejeden raz Matylda, urodzona i wychowana w małym miasteczku na wschodzie kraju. 

Często lubiła powracać w myślach do Rodzinnego Miasteczka, wspominać nieznane na stołecznych salonach potrawy, przywoływać krajobrazy zachowane pod powiekami, a także sporadycznie posługiwać się gwarowymi powiedzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...