piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek dziewiąty

9. Wyprawa do Nowej Anglii

Romans Matyldy z internetem znacząco poprawił jej znajomość angielskiego, jednak ulubione medium na razie nie chciało rozmawiać z nią w tym języku. Z praktyczną edukacją językową ciągle było coś nie tak. Brakowało naprzemiennie czasu, pieniędzy lub odpowiedniego miejsca do nauki. Przede wszystkim nie była zainteresowana zgłębianiem tajników konstrukcji zdań angielskich w towarzystwie nastolatków.
Długo poszukiwała oferty dla prawdziwie dorosłych studentów, jednak z tajemniczych powodów była ona prawie w zaniku na całym globie ziemskim. Czy nikt nie domyślał się, że osoba zdecydowanie dorosła chce nauczyć się czegoś nowego? – zapytywała sama siebie po wielokroć. Nie dając łatwo za wygraną, ciągle szukała.
Sierpniowy piątek miał się ku wieczorowi, gdy wrzuciła w Google jeszcze jedną kombinację słów związaną z nauką angielskiego dla dorosłych. Wyskoczyła strona szkoły Briana, oferującej edukację w języku angielskim dla studentów dorosłych, nieprezentującej elementów age’istowskich, a wręcz chwalącej się studentami ponadsześćdziesięcioletnimi. Intensywna wymiana korespondencji z Brianem doprowadziła do tego, że po trzech dniach Matylda była zarejestrowaną studentką na nadchodzące dwa tygodnie.
– Po co tam jedziesz? – dopytywały się koleżanki.
– Po to, aby w moim angielskim było więcej angielskiego – odpowiadała z kamiennym wyrazem twarzy.
W piątkowe sierpniowe popołudnie na lotnisku ścierały się dwie grupy podróżnych. W liczebnej przewadze byli turyści zorganizowani, tego lata tłumnie pielgrzymujący na wyspy i wybrzeże greckie. Podróżni rejsowi zdawali się przytłoczeni. Nie bez wysiłku umieszczali swoje bagaże na taśmach rozpoczynających bieg przy stanowiskach odprawy podróżnych. Nie zdejmowali przy tym z ramion sporych bagaży podręcznych. Dość sprawnie podnosili w pewnym momencie około trzydziestu kilogramów. O dziwo nikt się nie przewracał pod naporem ciężarów z wypadającym dyskiem. Osławiona w kolorowych pismach adrenalina utrzymywała wszystko na swoim miejscu.
Formalności trwały krótko i Matylda pożegnawszy Franka przeszła w pobliże bramki przyjmującej podróżnych do Paryża. Pokład samolotu był zapełniony zaledwie w jednej trzeciej. Przyszło jej siedzieć w jednym rzędzie z Rochem Panin-Patkiewiczem, wybierającym się na studia politologiczne do Nowego Jorku. Wiedział czego chce, potrafił wyrazić swoje myśli w poprawnej angielszczyźnie, przygotować przemówienie lidera do nowego społeczeństwa, nosił się elegancko, niczym model z katalogów. Zęby miał ozdobione biżuteryjnym urządzeniem do korygowania zgryzu. Zgrabny, drobnej budowy, z twarzą o chłopięcych rysach podobał się dziewczętom i dojrzałym kobietom. Szara bluza opinała młodzieńczą sylwetkę, a ramiona otulał zawiązany na nich sweter. Spodnie miały odpowiednią liczbę kieszeni i niezbędne w tym sezonie liczne suwaki. Gdy Roch zdecydował się obejrzeć niebo za oknem, starannym gestem założył okulary, uprzednio wypolerowawszy je irchową ściereczką wyjętą ze specjalnego futerału. Przedstawił się Matyldzie, dołączając gustowną wizytówkę. Pomyślała, że za siedemnaście lat mógłby ubiegać się o urząd prezydenta.

Matylda mając dziewiętnaście lat była studentką drugiego roku medycyny, potrafiła wymienić po łacinie dwieście pięćdziesiąt odgałęzień nerwu trójdzielnego, w głowie miała chaos wręcz doskonały na temat tego, co chciałaby robić w przyszłości. Nieopanowane przez chaos obszary mózgu wypełniały mrzonkowate myśli, kłębiące się w głowie każdego studenta medycyny, o wynalezieniu skutecznego leku na raka. Okulary wycierała w cokolwiek co było pod ręką. Nikt w jej otoczeniu nie używał wizytówek, jeśli nie liczyć tego, co zostało z przedwojennych bilecików wizytowych matki. Wszyscy studenci nosili na szyi szaliki, a na torsach gryzące swetry z owczej wełny; zagraniczny sweterek typu bliźniak miała tylko jedna dziewczyna z całego rocznika medyków. Społeczeństwem rządziła dyktatura proletariatu, ortodoncja stawiała pierwsze kroki. W siedemnaście lat później była na urzędzie matki Polki. Urzędu prezydenckiego nie było. Polityka zresztą nigdy jej nie pociągała.

Przesiadka w Paryżu dostarczyła tradycyjnych przeżyć związanych z poszukiwaniem innej bramki niż ta, którą wymieniono na karcie pokładowej i mało owocnymi próbami rozmowy w języku angielskim z personelem naziemnym portu Charles de Gaulle. Przeniesienie odprawy tylko o cztery bramki dalej nawet nie wywołało dużego zamieszania i obsłudze lotniska w Paryżu udało się nie zgubić większości pasażerów przesiadających się do Bostonu. Przynajmniej w rejsie w stronę Ameryki.
Zarówno na lotnisku, jak i na pokładzie Air France obsługa pasażerów była nie lada wyzwaniem dla personelu. Obie strony wymęczone koniecznością wzajemnego obcowania z wielką ulgą po blisko ośmiu godzinach lotu powitały wybrzeże Nowej Anglii.
Pokonywanie procedur granicznych w Bostonie postępowało sprawnie. Doświadczenia zdobyte w Houston i San Francisco procentowały. Tradycyjne pytanie „dla kogo pani pracuje?” już nie było zaskakujące. Większe znaczenie miała płynność odpowiedzi niż ich szczegółowość. Przed dworcem lotniczym Logan International Airport parkowało wiele autobusów rozwożących pasażerów w różne strony. Po raz pierwszy trudno było znaleźć taksówkę; pojazdy o takim przeznaczeniu były pochowane niczym komunikacja miejska w San Francisco. Młody Portorykańczyk zgodził się za piętnaście dolarów dowieźć Matyldę na Berkeley Street.
Rozjazdy i ulice były opustoszałe przed weekendem. Proste krawężniki czystych ulic, solidne i stare budynki przypominały Szwajcarię. Budynek The Berkeley Residency, na zewnątrz dość okazały, prowadzony przez bostoński oddział YWCA, wyglądem przypominał socjalistyczne akademiki. Choć nie oferował luksusów, doba kosztowała sześćdziesiąt dolarów i była to jedna z tańszych możliwości hotelowych w Bostonie.
W recepcji poproszono o zapamiętanie numeru swojego pokoju, bo klucze dla bezpieczeństwa miały inne numery. Tego sposobu poprawienia bezpieczeństwa Matylda jeszcze nie znała. Wjechała na piąte piętro i otworzyła drzwi do pokoju 523 kluczem oznaczonym przez przebiegłą recepcję numerem 17B. Postawiła walizkę koło szafy, siadła na łóżku i zaciekawiona spojrzała na kilka czarnych drobinek na podłodze. Niespodziewanie jedna z nich sprężystym ruchem skoczyła w kierunku nogi Matyldy. Na szczęście staranna inspekcja otoczenia nie wykazała innych współlokatorów. Postanowiła się odświeżyć po długiej podróży. Wspólna łazienka była po drugiej stronie korytarza.
Boston nie bez powodu leżał w części Stanów Zjednoczonych zwanej Nową Anglią. Choć osadnicy przybywający z Wysp Brytyjskich szukali nowych miejsc, to wieźli ze sobą stare przyzwyczajenia do tajemniczych systemów regulowania wypływu wody.
Matylda wykonała kilka prób właściwego ustawienia systemu pokręteł, ale nie uzyskała pożądanych rezultatów i pozostało do wyboru jedynie poparzenie się wrzątkiem lub polewanie lodowatym strumieniem. Chłodne kąpiele orzeźwiały i hartowały, postanowiła więc zostać bostońskim morsem.
Po korytarzach bezszelestnie przesuwały się kobiety w sportowych strojach. Łudziła się nadzieją, że noc upłynie cicho i spokojnie. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że całodobowy sklep położony po drugiej stronie ulicy przyciągnie licznych czarnoskórych młodzieńców, którzy urządzili sobie „street party”. Głośna muzyka i pokrzykiwania rozlegały się przez całą noc. Uczestnicy party ubrani w białe T-shirty oraz dżinsy za duże co najmniej o pięć numerów tańczyli i śpiewali z energią, jaką dawała młodość i nieprzerwany sen w ciągu dnia. Ruchy mieli płynne i rozluźnione. Ich wyobraźni nie zakłócała najmniejsza myśl o tym, że komukolwiek przeszkadzają. Wyglądali na zajętych sobą i nawet przechodząca koło czwartej nad ranem młoda kobieta nie wzbudziła ich specjalnego zainteresowania. Matylda z powodu jet-lagu nie mogła usnąć i co jakiś czas obserwowała przez okno przebieg imprezy. Nigdy nie złorzeczyła na nocnych balangowiczów, jeżeli nie fałszowali muzyki. Kilka minut przed piątą młodzieńcy po wesoło spędzonym street party zamknęli radioodbiornik i powłócząc nogami rozeszli się do domów, aby nabrać sił przed następną imprezą.
Śniadania w dni świąteczne w YWCA The Berkeley Residency serwowano od ósmej. Stołówka była żywym wspomnieniem zakładu zbiorowego żywienia studentów medycyny w latach sześćdziesiątych. Goście hotelowi zamawiali obfite zestawy śniadaniowe składające się z kiełbasek, fasoli i jajek nakładanych na jeden talerz przez czarnoskórego kucharza. Niekiedy do wcześniej wybranych produktów mięsnych pracownik dorzucał kwadratowy omlet, pochodzący ze zautomatyzowanej produkcji i polewał go obficie syropem klonowym.
Smaki mieszały się, tworząc prawdziwie niepowtarzalną bostońską ofertę kulinarną. Kwadratowe naleśniki nazywane przez kucharza „french toast” były rekordowo przesłodzone i otłuszczone. Na końcu ciągu śniadaniowego znajdowała się seria automatów z napojami zimnymi i gorącymi. Matyldzie nie udało się rozgryźć jak działa automat do nalewania kawy, ale szybko opanowała zasady nalewania soku grapefruitowego, który był dobrym przeciwstawieniem dla naleśnikowej ohydy.
Siedząca obok starsza kobieta co chwilę dosypywała tajemniczego proszku do kawy, za każdym razem starannie mieszając zawartość kubka.
Jedną z ciekawszych ofert, jakie dawała Ameryka wszystkim przybywającym, a także osiadłym mieszkańcom, była możliwość bycia takimi, jakimi ludzie chcieli być.
Matylda przeszła pięć kroków po Berkeley Street w kierunku Columbus Avenue, popatrzyła na John Hancock Tower pojawiającą się i znikającą w przepływających mglistych chmurach i zakochała się w Bostonie bez pamięci. Uświadomiła sobie, że uczucie zachwytu miało naturę iluminacyjną, coś pstrykało w mózgu i pojawiał się zupełnie inny stan skupienia czy raczej oświetlenia umysłu. Spoglądając co parę minut na wieżę kierowała się ku downtown, mijając kolejno Stuart i Kneeland Street. W okolicach Schubert Theatre wskoczyła na pokład turystycznego autobusu obsługiwanego przez kierowcę będącego jednocześnie przewodnikiem. Mężczyzna z dumą rozwodził się o J.F. Kennedym, jakby był co najmniej jednym z wielkiego klanu.
Duma zdawała się typowo amerykańską specjalnością, a jej nowe odmiany chętnie wymyślano. Duma z bycia gejem była tematem całego numeru pisma „Metro”. Gejowskie ślady w Bostonie były widoczne, ale nie tak wszechobecne jak w San Francisco. Nie występowały tu całe dzielnice naznaczone seksualnymi wyborami. Choć nie brakowało na ulicach przystojnych, wypielęgnowanych mężczyzn, to nie stanowili oni znaku firmowego Bostonu.
Przy Boston City Hall zrezygnowała z dalszego podróżowania autobusem turystycznym na rzecz swobodnego spaceru ulicami. Odnalazła księgarnie Barnes & Nobles, aby poszukać książek dla Maniuli. Wnętrze dwupiętrowej księgarni przy Washington Street wpędzało w kompleksy każdego, kto miał ambicję napisania czegokolwiek więcej niż własne imię i nazwisko. Wygląd tego przybytku wiedzy nakazywał weryfikację pojęcia popularności publicznej. O zajęcie jakiegokolwiek miejsca w umysłach i wyobraźni czytelników tego kraju konkurowały setki tysięcy autorów znanych, nieznanych, dążących dopiero do sławy, a także takich, którzy byli pozbawieni szansy już na starcie. Każdy z nich mógł zdobyć zainteresowanie pewnej grupy osób, ale nigdy wielkich rzesz czytelników. Odbiór przez dziesięć tysięcy lub sto tysięcy czytelników nie czynił właściwie żadnej różnicy. Kropla duża i mała były tylko dwiema drobinami wielkiego oceanu. Wszystkie tematy świata opisano, sfotografowano, wydano, a następnie umieszczono na półkach Barnes & Nobles.
W Bostonie czuło się, jak nigdzie indziej na świecie, potęgę Umysłu i Oceanu.
Po wyjściu z księgarni powoli skierowała się w okolice South Station, z którego odjeżdżała następnego dnia. Dworzec był nieskazitelnie czysty, dobrze zorganizowany i przyjazny podróżnemu. Mężczyzna w stoisku informacyjnym na krótkie pytanie o autobusy do Portland odpowiedział jasno i zrozumiale, bez wnikania w talenty lingwistyczne podróżnej.
Jet-lag zaczynał dawać się we znaki. Wróciła więc do hotelu i zasnęła bez trudności. Około trzeciej nad ranem znów obudziły ją dźwięki street-party urządzonego przez czarnoskórych wyrostków. Zaczynała hodować w sobie uczucie narastającego rasizmu. Z im większym natężeniem decybeli młodzieńcy wyrzucali z siebie złość, gniew i frustrację, z tym większą prędkością narastały w Matyldzie niepoprawne emocje. Około piątej była zdeklarowaną rasistką.
Kilka minut przed szóstą w całym The Berkeley Residency rozległ się intensywny sygnał. Przerywaną sekwencję, będącą kombinacją dźwięków wysokiej i niskiej częstotliwości musiały wymyślić tęgie głowy. Dźwięki świdrowały uszy, rozlewały się po całej głowie i w żadnym wypadku nie pozwalały na zignorowanie ich. Uporczywe utrzymywanie się sygnału wymagało bliższego zapoznania się z przyczyną, a nie odnotowania jedynie, że coś wyje. Żadnym zmysłem ani wewnętrznym instynktem nie czuła zagrożenia. Otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz. Z pokoju naprzeciwko wychyliła się starsza kobieta o azjatyckich rysach ubrana w beżową piżamę. Na pytanie Matyldy odpowiedziała spokojnym głosem: – Fire! We must go down!
Z sąsiednich pokojów wychodziły inne kobiety, na ogół w piżamach, niektóre miały ze sobą torebki lub małe plecaki. Matylda zdecydowała się nie testować uczciwości otoczenia, szybko spakowała podręczny bagaż i skierowała się ku schodom przeciwpożarowym. Klatka schodowa była zaopatrzona w pragmatyczne informacje, że schodząc w dół dla bezpieczeństwa i ochrony przed upadkiem, a co gorsza doznaniem złamania wymagającego wypłaty odszkodowania, należy trzymać się poręczy. Wraz z innymi mieszkankami schodziła w dół. Nikt nie krzyczał, nie wołał pomocy, nie czuło się dymu, nie było widać ognia. W powietrzu unosił się dyskretny zapach lipy.
Zatrzymała się na obszernej antresoli, położonej ponad lobby, służącej jednocześnie za bibliotekę i klub towarzyski. Na parterze siedziała większa grupa ewakuowanych mieszkanek. Strażak w mundurze i bojowym hełmie spokojnie rozmawiał z recepcjonistą. Młody mężczyzna fotografował błyskające sygnałami świetlnymi dwa wozy bojowe stojące na Berkeley Street. Odbywała się jeszcze jedna próba generalna. Nikt z poddanych ćwiczeniom przeciwpożarowym aktorów nie złorzeczył, nie przeklinał. Wszyscy spokojnie robili to, co do nich należało. Matylda zadzwoniła do Maniuli z informacją o przebiegu zdarzeń.
– To próbny alarm przeciwpożarowy. Mieliśmy coś takiego w Anglii – pochwaliła się Maniula.

Pochmurny niedzielny poranek zachęcał do wcześniejszego ruszenia w drogę do Thomaston. Autobus linii Concord Trainways wyruszający z South Station odjechał punktualnie. Mijane drogi miały nawierzchnie równe, a pobocza uprzątnięte. Uporządkowane oblicze Nowej Anglii podobało się Matyldzie. Po dwóch godzinach dojechali do Portland. Miała godzinę do przyjazdu Briana. Wnętrze dworca i w tym mieście przyjazne podróżnym z bezpłatną kawą dla klientów linii i gazetami ułatwiało oczekiwanie na spotkanie. Przeważały rodziny z małymi dziećmi, które wesoło hasały po pomieszczeniu, od czasu do czasu wykonując efektowne skoki na szyje matek. Ojcowie rośli i mocni, ubrani byli na sportowo. Stroje cechował praktycyzm o nasileniu niespotykanym w innych częściach świata. Długie nogawki u spodni przeszkadzały podczas któregoś ciepłego lata, więc je obcięto na wysokości kolan i rozpowszechniono modę na bermudy.
Gdy do poczekalni wkroczył szpakowaty, krótko ostrzyżony mężczyzna w sportowym ubraniu, Matylda była pewna, że to właśnie Brian. Przywitali się i po wymianie grzecznościowych zwrotów na temat dotychczasowej podróży ruszyli w drogę do Thomaston, trwającą około półtorej godziny. Konwersacja toczyła się z wykorzystaniem tych części mózgu, o istnieniu których Matylda dotychczas nie miała pojęcia.
– Przecież masz to wszystko w mózgu, tylko dobrze poszukaj – zwykła mawiać Maniula.
Potykała się na podawaniu dat. Amerykański sposób zapisywania daty zaczynającej się od miesiąca, a dopiero na drugim miejscu dnia, długo nie kojarzył się Matyldzie z datą, lecz z ułamkami. Czy u nich Sylwester to 12/31 a Boże Narodzenie 12/25? – zastanawiała się nad dziwnymi ułamkami.
Około trzeciej po południu dojechali do domu przy Dunn Street, nieopodal St. George River. Była to obszerna wiejska rezydencja z początków dziewiętnastego wieku, wybudowana przez kapitana Johna Willy’ego. Podróżni pokonawszy drzwi, nieco wypaczone i zacinające się z powodu nasilonej wilgotności, weszli do pokoju, gdzie oczekiwali gospodarze zaciekawieni nietypową studentką z dalekiej Europy.
Opowieść o okolicznościach i motywacji do pogłębienia nauki angielskiego przypadły do gustu Steve’owi i Ursuli. W miarę upływu czasu okazywało się, że mają sobie naprawdę sporo do opowiedzenia. Towarzystwo przeniosło się do obszernej jadalni. Katarzyna zerkając dyskretnie na liczne obrazy, statuetki, kominek, puszyste dywany w pewnym momencie miała wrażenie, że jest żywym fragmentem okładki pisma „Wytworny Dom i Olśniewające Wnętrze”. Ciekawie prezentowały się kolory ścian poszczególnych pomieszczeń rezydencji.
Nazewnictwo kolorów w amerykańskim angielskim chętnie używało plastycznych porównań do pożywienia. Ściany pokoju jadalnego były w kolorze pomarańczowej marmolady, salonu w bananowej żółci, a pokoju bibliotecznego w czerwonym pomidorowym. Na obu ścianach zamontowano szerokie regały, które wypełniała imponująca biblioteka. Gdyby chcieć zdefiniować jej charakter, jedynym trafnym określeniem byłoby „pasjonujący eklektyzm intelektualny”. Obok dzieł Tołstoja stały zbiory myśli Kahlil Gbrama, libańskiego myśliciela i pisarza, rozważania Henry Millera o książkach, rozprawa o winach kalifornijskich, poradnik o nabywaniu nieruchomości, proza Sołżenicyna. Lista lektur i zbiorów bibliotecznych host family była przeogromna.
– Co ja tu robię? Jak to się dzieje, że wyzwolona ubezpieczalniana wyrobnica gawędzi ze śmietanką towarzyską zachodniego wybrzeża? – zapytywała samą siebie. Druga półkula notowała przebieg konwersacji. Ręce pracowały nad obiadem. Podano smażonego na maśle tuńczyka, sałatkę z ziemniaków i fasolki szparagowej oraz chińskie bułeczki na gorąco.
Przeskakiwano z tematu na temat aby wylądować przy, jak okazało się już po kilku spotkaniach, żelaznym temacie w rozmowach obcokrajowców i Amerykanów. Był nim atak na wieże WTC 11 września 2001 r.
Matylda dyskutując po raz kolejny o ataku dochodziła stopniowo do przekonania, że jeżeli ze spotkanym Amerykaninem nie poruszono tego tematu, oznaczało to, że ktoś z uczestników dyskusji spieszył się na pociąg donikąd lub ogłoszono właśnie alarm przeciwpożarowy i zebrani muszą zejść do schronu, gdzie obowiązuje zakaz rozmowy.
Wszyscy spostrzegali problem jednakowo. Agresor zadał narodowi amerykańskiemu ból dotychczas nieznany, który szybko przerodził się w ból fantomowy. Nikt ze spotkanych dyskutantów nie uczestniczył bezpośrednio w wydarzeniach jedenastego września, ale cierpiał jak pacjent, którego bolała amputowana noga. Wszyscy mówili o zdarzeniu nieistniejącym współcześnie, lecz w przeszłości, nieomal identycznymi słowami.
– Dlaczego nas to spotkało? Dlaczego oni nie respektują naszych wartości? Poddamy się wszelkim kontrolom, bo one uchronią nas od kolejnej napaści.
Wielki znak zapytania i słowo „dlaczego” wisiało w powietrzu przy każdorazowej dyskusji. Trzeba było wprowadzić inne znaki zapytania, aby jakakolwiek głębsza refleksja była możliwa.
– Dlaczego patrzycie wyłącznie w ten fragment przeszłości? Historia świata ma tysiące podobnie dramatycznych zdarzeń. Czy wiecie, że podczas Powstania Warszawskiego przez sześćdziesiąt trzy kolejne dni naziści zabijali codziennie tyle samo mieszkańców Warszawy ile zginęło w Nowym Jorku podczas ataku na wieże?
– Really? Coś takiego zdarzyło się w waszej historii? Muszę poczytać w internecie, sama nie wiem jak to się stało, że tak mało wiem o Powstaniu Warszawskim – wyznała z zakłopotaniem Ursula, absolwentka Harvardu.
Rano, kilka minut po piątej, rozlegało się skrzypienie schodów prowadzących do kuchni, a chwilę potem po domu rozszedł się aromat parzonej przez Steve’a kawy. Śniadanie połączone z poranną pogawędką trwało około godziny.
– Może odprowadzę cię do szkoły? – zaproponował pan domu pierwszego poranka.
– Chętnie skorzystam z twojego towarzystwa, nie do końca zapamiętałam drogę – wyznała z ulgą Matylda.
Szli cichą, właściwie wiejską uliczką, po której obu stronach stały białe, drewniane domy. Przed niektórymi powiewały flagi narodowe. Bardziej patriotycznie nastawieni obywatele dodatkowo umieszczali flagi na balustradach ganków.
– Czuję się tak jakbym odprowadzał córkę pierwszego dnia do szkoły – zwierzył się Steve, gdy dotarli do placówki prowadzonej przez Briana.
– Nie ukrywam, że jestem trochę stremowana – odparła Matylda.
Każdego wieczoru mieszkańcy, przyjaciele domu i egzotyczna studentka z Europy spotykali się na obiedzie. Talent kulinarny Steve’a, gościnność domu i spokojny rytm życia sprzyjały spotkaniom i rozmowom. Konsumpcja była właściwie dodatkiem. Uczestnicy dinnerów robili wrażenie, że głód mają zaspokojony.

Zebranie reprezentantów pięciu największych aliansów lotniczych wyznaczono na 11 września w sali konferencyjnej PACAO. Prowadzący zebranie powitał gości, przedstawił Tamarę i poprosił ją o zreferowanie wyników programu IRIS.
Tamara wzięła głębszy wdech i lekko stremowanym głosem zaczęła prezentację:
– Oferujemy państwu opracowany w naszych laboratoriach elektroniczny model stewardesy naziemnej, która skanuje za pomocą mikrokamery tęczówkę pasażera. Identyfikacja osoby za pomocą skanowania tęczówki jest bardzo dokładna. Nie ma dwóch osób o takiej samej tęczówce, nawet bliźnięta mają różne. Obrazy, które uzyskujemy gwarantują precyzyjne zidentyfikowanie osoby. Uzyskiwana ilość danych pozwala na wykluczenie pomyłek, ale identyfikacja podróżnego to tylko jeden z problemów na lotniskach. Co myśli pasażer, jakie ma zamiary jest nie mniej ważne niż identyfikacja.
Od zarania dziejów ludzi kusiło zobaczenie i dotknięcie tego, co jest niewidzialne. Dlaczego myśli jednego człowieka są niewidoczne dla drugiego? Czy jest to niezwykle mądrze urządzone przez naturę, czy raczej niebezpiecznie? – kontynuowała Tamara. – Proszę państwa, mózg ludzki wytwarza kilka rodzajów fal elektrycznych. Przez wiele lat sądzono, iż znamy już wszystkie typy tych fal, ale zupełnie przypadkowo okazało się, że podczas silnych emocji powstają nowe, dotychczas nieznane fale. Im bardziej niebezpieczne były pomysły badanego, tym wyższa była częstotliwość fal. Złe zamiary można więc było wykryć, zanim zostały zrealizowane. Długo głowiliśmy się nad tym jak zarejestrować niebezpieczne fale z kory mózgowej pasażera, ale udało się rozwiązać i ten skomplikowany problem.
Fale z kory mózgowej odbiera specjalna antena umieszczona w oprawce okularów naziemnej stewardessy. Gdy dostawaliśmy sygnał, że pasażer generuje niebezpieczne myśli, służby lotniskowe natychmiast podejmowały odpowiednie działania.
Proszę państwa, na podstawie dotychczasowych tradycyjnych baz danych wiadomo, co ludzie zrobili. Dzięki naszym rejestratorom możemy wiedzieć, co ludzie zamierzają zrobić. Wciąż rozszerzamy naszą ofertę. Mamy pierwsze wyniki badań na temat specyficznych fal poprzedzających podjęcie decyzji. Rozpoczynamy rozmowy z kilkoma rządami i korporacjami handlowymi. Proszę państwa, otwierają się przed nami naprawdę nowe możliwości.
– Belo horizonte – szepnął ktoś w zachwycie.
Na monitorach w centrali PACAO odnotowano dwadzieścia osiem rejestrów fal poprzedzających podjęcie decyzji zakupu. Nikt nie musiał niczego deklarować, i tak było wiadomo co zrobi w najbliższym czasie.

Świat, który Matylda poznała, gruntownie zmienił jej system wartości, hierarchię spraw zawodowych i intelektualnych. Niekończące się poczucie zobowiązania wobec całej ludzkości rozlazło się, rozproszyło i w żaden sposób nie dawało się zlepić.

Matylda nie niepokojona przez nikogo surfowała po internecie, pisała artykuły, rozmyślała nad podróżami. Od czasu do czasu telefonował ktoś z pacjentów. W pochmurne przedpołudnie rozległ się właśnie jeden z takich nielicznych dzwonków. Bez entuzjazmu podeszła do aparatu.
– Tak, słucham.
– Dzień dobry, tu Jan Bączek, panin krajan zza Buga. Dzwoniłem do przychodni, ale powiedzieli, że pani tam nie przyjmuje.
– Tak, to prawda.
– A gdzie pani przyjmuje?
– Jak by to panu powiedzieć, panie Jasiu...
– To ja przyjadę do domu. Muszę koniecznie się z panią zobaczyć – kontynuował nie zrażony pan Jasio.
– Panie Jasiu, nie prowadzę praktyki prywatnej, a poza tym spodziewam się rodziny.
– Której rodziny? Z naszech stron? To przyjedziem razem – ucieszył się.
– Nie, to rodzina ze strony męża.
– Aaa, to nie jest żadna rodzina. Pani doktór już zapomniała jak w naszych stronach mówią?
– Nie pamiętam.
Kaszanka nie wędlina, synowa nie rodzina. Tak czy inaczej, muszę się z panią skontaktować absolutnie. Mnie wzięli w zeszłem tygodniu do szpitala i sztucznie spuszczali ciśnienie. Ordynator powiedział, że był przedzawał i przykurcz naczyń mózgowych. No i teraz obowiązkowo muszę zrezygnować z tego ciśnienia. A do tego wdała mi się dezynfekcja.
– Chyba infekcja, panie Jasiu?
– A co za różnica, opad mam i tak ponad sześćdziesiąt. Pani słucha dalej – mnie jest w dodatku ciasno pod paznokciami i cukier mam chwiejący. Nie powiem, lubię zjeść coś słodkiego, ale zaraz popijam ziołami na cukrzycę.
– Panie Jasiu, ale dlaczego ja właśnie mam leczyć te wszystkie choroby?
– Bo pani jest jak maść tygrysia!
– Nie rozumiem.
– No, przecie mówię wyraźnie i po polsku, pani jest jak maść tygrysia, co na wszystko pomaga – oświadczył stanowczo pan Jasio.
– To może pan posmaruje się taką maścią – odpowiedziała Matylda nieświadoma inwencji medycznej pana Jasia.
– Smarowałem się cały tydzień. Nic nie pomogło. Została już tylko pani.
– Czyli nie mam wyboru?
– Chyba nie.
Od niepamiętnych czasów zawsze pochylała się nad czyimś zdrowiem, kłopotem, niepokojem. Odpowiadała na dramatyczne pytania: jak to, kontrola za trzy miesiące, ale czy ja dożyję do tego czasu? Ależ tak, oczywiście, że pan dożyje – zapewniała. Czy służenie zdrowiu innych ludzi było bezterminowe, nie miało kresu ani końca? Nie znając dobrej odpowiedzi na te pytanie ciągle odsuwała termin jej udzielenia. Wybujałe poczucie własności cudzych problemów oraz odpowiedzialności za dorosłe osoby malało, kurczyło się i marszczyło. Przypominało losy kolorowego balonika, który odlatywał coraz dalej, tracąc z upływem czasu swoje rozdmuchane rozmiary, by któregoś dnia zniknąć na bezkresnym niebie. Bezpowrotnie zniknąć?


CDN...Modne Diagnozy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pocałunek uzależnienia - odcinek piętnasty

Rozdział 15. Niespodziewana awaria doskonałej machiny   [Algieria 2013/4248] Kreatorzy medialnego wizerunku dr Odrana – Zatrosk...