piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek ósmy

8.Raport Tamary

Tamara Halson pracowała po kilkanaście godzin dziennie, wracając do domu praktycznie tylko po to, aby wyspać się i przebrać. Jedyny luksus, na który sobie pozwalała, to kilka chwil spędzonych w towarzystwie Julio. Był jej słabością.
Po wielokroć analizowała wyniki wszystkich obserwacji i powoli zaczynało narastać w niej gruntowne przekonanie, że sprawy zbliżają się do końca. Miała zwyczaj w długoterminowych i trudnych zadaniach określać dokładną datę ich zakończenia. Lubiła też wyznaczyć sobie prywatną nagrodę.
Postanowiła, że końcowy raport prześle Jeffowi nie później niż piętnastego i jeszcze tego dnia wyjedzie do Cancun na kilkudniowy odpoczynek. Chciała być tylko w towarzystwie słońca, morza i piasku, jeśli nie brać pod uwagę własnych myśli. Wyjęła z drukarki ostateczną wersję pierwszej części raportu zatytułowanego „Biometric Product Testing”. Przejrzała jeszcze raz tekst, który za godzinę miał się znaleźć na biurku szefa Departamentu Rozwiązań Specjalnych. Uznała, że może wyjechać do Cancun, mimo iż od początku maja trwała na półwyspie Jukatan pora deszczowa.
Do Meksyku było Tamarze zawsze po drodze i niezależnie od tego, co mówiły prognozy pogody, w sercu i duszy zawsze świeciło słońce. Chciała odpocząć, a ponadto w ciszy i skupieniu, bez telefonów przemyśleć założenia drugiej części raportu.
Pierwsza część raportu obejmowała porównanie wartości poszczególnych metod biometrycznych. Badacze poruszali się w obrębie znanych technik. Druga mogła być zapowiedzią prawdziwego przełomu i trzeba było bardzo spokojnie zastanowić się nad jej zredagowaniem.
Zadzwoniła do Yordy, aby powiadomić ją, że pojedzie na lotnisko bezpośrednio z pracy. Prosiła, aby zaopiekowała się kotem. Wyczerpana pracą nad końcową wersją raportu nie miała siły na pokonywanie skomplikowanych procedur podróży ze swoim ulubionym zwierzęciem.
Julio dość obojętnie odnosił się do tego, że wszyscy mu nadskakiwali i zabiegali o jego względy. Jedyne co w rewanżu robił, to mościł się na kolanach swojej pani, gdy ta zmęczona wracała wieczorem do domu. Cicho mrucząc pozwalał się głaskać i delikatnie łaskotać za uszami. Gdyby organizowano dla kotów zawody w niezwracaniu uwagi na umizgi innych osób, Julio byłby złotym medalistą.
– Tak, Tamaro, oczywiście zaopiekuję się kotem – zapewniła po raz trzeci Yordy. – Tak, oczywiście, Julio. Kto by pomyślał o nim inaczej niż o członku rodziny? Dobrze pamiętam, kto wchodzi w skład rodziny. Oczywiście, że rozumie gdy wieczorami rozmawiacie ze sobą po hiszpańsku. Tak mi się tylko wymknęło, że to kot. Zgadzam się z tobą, że ma duszę. To jasne, że Julio zna te same języki co ty. Tak, bądź spokojna, dopilnuję wszystkiego. Ależ oczywiście możesz jechać, jeśli uważasz, że Emily będzie ci przyjaciółką, a nie wrogiem. Aha, czy wiesz, że huragan gna z Jamajki i Haiti prosto na półwysep Jukatan? Niepokoję się o ciebie, bądź ostrożna! – prosiła Yordy.
– Bądź spokojna, moja droga, wszystko jest zapisane w gwiazdach. Czuję, że nic mi nie grozi. Najwyżej poznam się i przywitam z Emily, zawsze to może być ciekawa nowa znajomość – odpowiedziała Tamara.
– Uważaj na siebie, całuję cię i szczęśliwej drogi – odrzekła Yordy.

Mimo iż tonacja komunikatów była coraz groźniejsza, Tamara w piątek po południu prosto z biura pojechała na lotnisko. Wsiadła do samolotu Continental Airlines i po półtoragodzinnym w miarę spokojnym locie wyszła przed budynek lotniska w Cancun. Wierzyła w swoją dobrą gwiazdę. Fernandez czekał oparty o maskę samochodu, który wysyłano po stałych gości hotelowych. Lubiła te stałe pogawędki, jakie dzięki znakomitej znajomości języka hiszpańskiego mogła swobodnie prowadzić nie tylko z Fernandezem, ale i wszystkimi mieszkańcami Meksyku.
Jechali drogą prowadzącą z lotniska do downtown, pustawą o tej porze dnia. Minęli kilka ulic w centrum i skierowali się w stronę zona hotelera. Kilka ostrych zakrętów i wjechali na Bulwar Kukulkan. Wiatr hulał pomiędzy długimi palmowymi gałęziami. Po godzinie podjechali pod Grand Melia Hotel. Tamara zawsze rezerwowała pokój z widokiem na morze.
Lubiła budzić się wśród szumu fal i orzeźwiającego chłodu poranka. Nie było nic przyjemniejszego nad te pierwsze chwile po obudzeniu, kiedy jeszcze nie było wiadomo, jakie niespodzianki przyniesie rozpoczynający się nowy dzień. Dziś z pewnością była nią niespotykana siła wiatru. Gałęzie pojedynczych palm w hotelowym ogrodzie od strony morza gięły się pod naporem żywiołu. Fale groźnie szumiały i z niezmordowaną energią tłukły o brzeg. Od czasu do czasu napotykały wystające ponad poziom wody brązowosine, pojedyncze występy skalne, jedyne struktury stawiające skuteczny opór.
Na maszcie powiewała czerwona flaga. Kąpiących się nie było, ale kilkoro miłośników spacerów wędrowało brzegiem morza. Zgięte sylwetki z ręką na głowie, przytrzymującą czapkę lub kapelusz, z trudem pokonując wiatr, kolejno znikały z pola widzenia. Koło dziesiątej siła wiatru się wzmogła. Morze wydawało coraz groźniejsze pomruki, niekiedy wręcz dzikie i niesamowite. Tamara patrzyła z zaciekawieniem na śmiałków podążających plażą, jednak sama nie zamierzała do nich dołączyć. Po zakończeniu porannej toalety zeszła na śniadanie, które serwowano w restauracji hotelowej na parterze.
– Witam, seňora Tamara! – oznajmił szef sali, dobrze pamiętający wszystkich stałych klientów hotelu. – Czy poinformowano panią, że brana jest pod uwagę ewakuacja turystów, gdyby siła wiatru i trasa huraganu Emily groziły miastu? Będziemy z naszymi gośćmi w stałym kontakcie, oczywiście – dodał chcąc złagodzić przekazywaną informację.
Przez następne dwa dni największą popularnością wśród gości hotelowych cieszyła się stacja telewizyjna The Weather Channel, podająca na bieżąco szczegółowe informacje meteorologiczne. Analizy ciągle potwierdzały, że trasa huraganu niezmiennie prowadzi ku największym skupiskom turystów. Huragan Emily zagrażał Cancun, Playa Del Carmen i Tulum.
Władze prowincji Quintana Roo po długich naradach zdecydowały się na początek zarządzić ewakuację okolic najbardziej zagrożonych niszczącymi skutkami huraganu. W Cancun objęły one zona hotelera oraz Isla Mujeres. Turyści Grand Melia Hotel powiadomieni przez personel pospiesznie pakowali bagaże i ustawiali się przed hotelem, oczekując na transport do downtown i city.
Tamara spakowała walizkę i jeszcze na chwilę zwróciła wzrok ku turkusowym wodom Morza Karaibskiego. Tak ciemnych i groźnych fal nigdy nie widziała. Jedynie piasek na wąskiej plaży pozostawał biały jak zawsze. Spojrzała na trzepoczące, grube brzegi poszycia plażowego parasola, zrobionego na miejscową modłę ze słomy. Wyglądały niczym grube skrzydła motyla szamocącego się w dziwnie mocnych szponach wiatru, ciągle przybierającego na sile.
Zamknęła drzwi i powoli zjechała windą na parter. Do przestronnego holu, wypełnionym olbrzymim ogrodem tropikalnym, siły natury zdawały się nie mieć dostępu. Wielkie drzewa pięły się jak zawsze ku sufitowi ulokowanemu gdzieś na wysokości trzeciego piętra, gałęzie palm zwisały spokojnie nad wygodnymi fotelami, woda szumiała w sztucznych jeziorkach, po których pływały kolorowe ryby. Nawet nie przeczuwały jak groźne demony szalały w środowisku ich krewniaczek, którym przyszło żyć w oceanie.

Turystów rozwożono autokarami w różne miejsca i lokowano w salach gimnastycznych z posłaniami z materaców rozłożonych na podłodze. Każdemu z ewakuowanych przydzielono po dwie butelki wody do picia. Odcięci od elektryczności, telefonów i wszelkich innych nowoczesnych urządzeń nagle i niespodziewanie znaleźli się w zupełnie innym świecie, z którego nie było ucieczki. Port lotniczy w Cancun był zamknięty do odwołania.
Nadeszła noc, wiatr pędził z prędkością ponad dwustu kilometrów na godzinę. Matki tuliły popłakujące dzieci, dorośli z zamyślonymi twarzami przyglądali się pracującym ekipom ratowników. Roznoszono wodę i koce, choć najbardziej potrzebne były zapewnienia, że tej nocy nie stanie się nic złego.
W centrum obserwacyjnym meteorolodzy zajęli stanowiska przy wszystkich monitorach i aparatach pomiarowych. Emily atakowała półwysep Jukatan z niespotykaną siłą. Na podstawie pomiarów przydzielono jej czwartą kategorię z pięciostopniowej skali Saffira-Simpsona, określającej moc huraganów. Upływały kolejne godziny, na szczęście bez groźnych następstw dla mieszkańców Cancun i okolic. Po dwóch dniach osłabione do trzech punktów wichry pognały na północno-wschodnie rejony Meksyku. Wznowiono pracę portu lotniczego w Cancun, turyści powrócili do zona hotelera.

Wnioski płynące z pierwszej części raportu przekonały Jeffa, że pogłębienie tematyki o nowe technologie było w pełni uzasadnione. Analiza pierwszej części objęła porównania biometryczne u dwustu osób, w różnych grupach wiekowych, które badano przez okres trzech miesięcy. Zasadniczym celem było porównanie przydatności pomiarów biometrycznych twarzy, kształtu dłoni, przebiegu linii papilarnych, brzmienia głosu oraz obrazu tęczówki. Najważniejsze oczywiście było określenie swoistości i niezawodności poszczególnych pomiarów.
We wszystkich konkurencjach bezapelacyjnie wygrywała technika skanowania tęczówki. Inne metody, choć znane w procedurach identyfikacyjnych od dawna, nie zrobiły tak oszałamiającej kariery. Możliwość pomyłki w wypadku skanowania twarzy określono w końcowym raporcie jak jeden na sto pomiarów. Lepiej przedstawiała się sprawa z geometrią dłoni, gdzie możliwość złej diagnozy oceniono jak jeden na dziesięć tysięcy badań. Odciski palców, choć groziły tylko jedną pomyłką na sto tysięcy, miały swoje ograniczenia. Przede wszystkim niemiło kojarzyły się z kryminalistyką.
Natomiast skanowanie tęczówki dawało wprost fantastyczne wyniki. Niepowodzenie diagnostyczne mogło zdarzyć się w jednym przypadku na milion dwieście tysięcy przeprowadzonych badań.
Wiedział ten Daugman co robił, że formalnie zastrzegł sposób identyfikacji ludzi za pomocą analizy tęczówki. Taki pomysł! To po prostu rewelacja... A mimo to przeleżał się dziesięć lat na półkach amerykańskiego urzędu patentowego... – pułkownik Quarry nie mógł się nadziwić.
Spojrzał na zegarek, dochodziła pierwsza w nocy. Trzeba było lekturę zakończyć, bo następnego dnia czekała go konferencja prasowa. Wprawdzie spotkanie miała prowadzić Yolanda, ale Jeff również miał być dostępny dla dziennikarzy.
Zdecydowano się na zorganizowanie konferencji prasowej, ponieważ trudności lotnictwa pasażerskiego zdawały się narastać bez końca. Wszyscy ludzie z branży wiedzieli, że potrzebne są działania na wielu frontach. W związku z odrzuceniem propozycji trzydolarowej opłaty na procedury bezpieczeństwa, kongres zaproponował obcięcie budżetu przeznaczanego na lotnicze procedury sprawdzające o trzynaście procent. Przekładało się to na nieprzyjemne konkrety. Z czterdziestopięciotysięcznej armii „security screenerów” aż sześć tysięcy byłoby zagrożonych zwolnieniem z pracy.
Konferencję prasową dla dziennikarzy zajmujących się tematyką lotniczą zwołano na godzinę jedenastą. Yolanda Clark z Country Security powitała dość licznie przybyłych komentatorów. W zaproszeniach zapowiadano ogłoszenie nowych istotnych regulacji. Wszyscy dziennikarze spodziewali się raczej dalszych udziwnień i utrudnień w odprawie pasażerów, niż jakichkolwiek uproszczeń.
– Drodzy państwo, pragnę poinformować, że port lotniczy w Houston zawiesza zakaz opuszczania miejsca w samolocie w ciągu pierwszych i ostatnich trzydziestu minut lotu. Dysponujemy obecnie nowymi metodami poprawiającymi bezpieczeństwo podróżnych i ta regulacja wprowadzona po 11 września może być obecnie anulowana. Czy są pytania? – zakończyła swe wystąpienie Yolanda. Michael Chertoff, siedzący w pierwszym rzędzie, wyskoczył jak zawsze z drobną złośliwością:
– Yolando, powiedz nam, na jak długo zawieszacie ten przepis? Na jeden tydzień czy może aż na dwa?
– Drogi Michelu, na zawsze, mam nadzieję, że na zawsze – odrzekła Yolanda z uśmiechem. – Intensywnie pracujemy nad bezpieczeństwem w lotnictwie. Dokonaliśmy dorocznej korekty w rozmieszczeniu pracowników obsługujących security line w ponad czterystu portach. Będzie ona najbardziej korzystna dla Mc Carran International Airport w Las Vegas, gdzie przybędzie 247 nowych funkcjonariuszy. Jak wiecie, moi drodzy, najwięcej, bo aż 2037 screenerów posiadamy w Los Angeles International Airport. Zespół ten zostanie zwiększony do 2157 pracowników. JFK International Airport jest rozbudowywany, dzięki czemu do dyspozycji podróżnych będzie sto stanowisk odprawy biletowej, trzydzieści sześć bramek, a pracownicy systemu bezpieczeństwa będą mogli odprawiać aż tysiąc osiemset osób na godzinę. Niektóre porty, zwłaszcza mniejsze, mają oczywiście ustabilizowaną sytuację kadrową. Wierzę, że w niedługim czasie będziemy mogli państwu przybliżyć nową generację urządzeń zapewniających bezpieczeństwo w lotnictwie.
– Co masz na myśli używając określenia nowa generacja urządzeń?
– Michelu, dokładnie to, co powiedziałam! Jeśli nie ma pytań, zapraszamy na lunch do sali obok – zakończyła Yolanda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...