piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek piąty

5. Spotkanie z Panią Naziemną

Każda podróż wiązała się z posiadaniem bagażu, a jego wybór był nigdy nierozwiązywalnym dylematem w życiu Matyldy. Żywiąc nieuleczalną słabość do poznawania świata, zdążyła zgromadzić sporą kolekcję toreb, plecaków, walizek i właściwie w dowolnej chwili mogłaby otworzyć sklep z używanymi przyborami turystycznymi. Każdą kolejną walizkę kupowała tłumacząc mężowi, że odkryła właśnie poważne mankamenty w poprzednio użytkowanym egzemplarzu. Ku wielkiemu zaskoczeniu okazywało się, że idealny model nie został jeszcze wyprodukowany. Była już bliska wydania pochopnego orzeczenia w tej sprawie przy okazji nabycia kabinowej, niebieskiej walizeczki, jednak po wypełnieniu jej zaledwie podręcznym kongresowym survival-kit’em okazało się, że waży ponad dziesięć kilogramów. Wrzucić samodzielnie taki ciężar do schowka pod sufitem samolotu, nad głowami pasażerów i własną, a przy tym nie przyprawić nikogo o wstrząs mózgu połączony ze złamaniem podstawy czaszki nie było zadaniem łatwym. Założenie, że samolotami podróżują wyłącznie dżentelmeni skorzy do pomocy na każde skinienie było kompletnie bezpodstawne. Po poważnych analizach na placu boju pozostał klasyczny model Extrabite. W przededniu wylotu pakowała swoje wizytowe stroje, ubolewając nad ich ograniczona przydatnością. Zawsze zastanawiała się, dlaczego producenci damskiej odzieży byli tak bezdennie przekonani, że kieszenie są zbędne i jedynym marzeniem podróżującej kobiety jest utrata dokumentów, kart kredytowych i gotówki w następstwie wyrwania torebki przez zuchwałego złodzieja. Prawdopodobnie producentom damskich strojów nie przychodził do głowy inny wizerunek kobiety niż królowa brytyjska, wizytująca kolejny zakątek swojego niegdysiejszego imperium. A może los poddanych nie ciekawił projektantów mody?

                                                                         ***

Klekocący autobus po półgodzinnej jeździe dotarł na lotnisko Okęcie, pustawe o tej porze roku. Matylda szybko dopełniła formalności lotniskowych i pożegnała się z Frankiem. Kwadrans później siedziała przed bramką dla odlatujących do Frankfurtu, gdzie miała przesiadkę. Czekała ją długa podróż po wielu nowych i nieznanych drogach. Powoli i z namysłem dobierała słowa:

Nadałam wielką walizkę na taśmę,
Aby umknąć z pułapki codzienności,
I horyzont oswajam z zapałem.
Płynnie odrywam się od ziemi
Dzięki boskiemu prawu fizyki,
Że na ciężar ludzkich doświadczeń
Nie działa ziemskie przyciąganie.
Każdą ma podróż pobłogosław, Panie…

Podczas przesiadki we Frankfurcie nie musiała na szczęście wykonywać sprintów przez lotnisko, bo bramka dla podróżujących do São Paulo znajdowała się nieopodal miejsca wylądowania. Trzeba było jednak ponownie poddać się procedurom lotniskowym. Stanęła w krótkiej kolejce podróżnych, którą obsługiwały dwie stewardesy z personelu naziemnego. Miały eleganckie mundurki, żakiety ze stójkami i białe rękawiczki.

Podała swój paszport i kartę pokładową stewardesie stojącej po lewej stronie bramki. Odprawiająca Pani Naziemna z uśmiechem spojrzała na dokumenty, po czym przez dłuższą chwilę wpatrywała się w oczy pasażerki. Tak uważnego i badawczego spojrzenia Matylda nie widziała wcześniej u nikogo. Dziwny wyraz oczu – przemknęło jej przez głowę. – Tyle osób patrzy na lekarza z uwagą, że zdawało mi się, iż już wszystko widziałam, a tu taka niespodzianka.
Spojrzenie Pani Naziemnej nieomal świdrowało oczy podróżnej przez długą chwilę i nagle jak gdyby przestawiło się na inną opcję wglądową. Kosmiczny kształt oprawki, wzornictwo odlotowe niczym w tych naziemnych pojazdach – pomyślała Matylda, zaciekawiona niecodziennym wyglądem okularów Pani Naziemnej.
– Dziękuję pani, proszę przechodzić dalej – mechanicznie wyrecytowała stewardesa i podała Matyldzie kartę pokładową. Prostujące się z wolna przedramię Pani Naziemnej cierpiało na dziwną chorobę.
Czyżby miała wzmożone napięcie mięśni? Może to początki choroby Parkinsona? Nietypowy system nerwowy musi mieć ta dziewczyna... Do licha! wszędzie widzę choroby! Jakiego Parkinsona? Przecież jest za młoda na tak poważną chorobę – strofowała się, zmierzając długim korytarzem do samolotu. Nie miała pod ręką nikogo, z kim mogłaby przeprowadzić tradycyjną dyskusję z zakresu diagnostyki różnicowej i ustalić rozpoznanie końcowe. Stan stawu łokciowego Pani Naziemnej nie został zdiagnozowany w trybie lekarskiego konsylium.
To chyba z nerwów przed długą podróżą. Normalna stewardesa, może trochę sztuczna w zachowaniu. Muszę się wziąć w garść i przestać szukać w każdym człowieku choroby – skarciła się, jednak przez długą chwilę czuła się wytrącona z równowagi niecodziennym zachowaniem Pani Naziemnej. – Pewnie nauczyli ją tych nowomodnych technik wywierania wpływu na ludzi, ale żebym ja, stary doktor, dała się nabrać na takie sztuczki... Coś takiego! Chyba się starzeję...

Po osiągnięciu wysokości przelotowej rozpoczęła się długa procedura naprzemiennego dożywiania i pojenia spragnionych podróżnych. Ceremonię otwierał obrządek obmycia twarzy i dłoni za pomocą sporych gazików polanych gorąca wodą. Po ablucjach rozniesiono cateringowe kanapki i sałatkę będącą mieszanką wszystkiego z wszystkim. Matylda zjadła niewiele, wyznawała bowiem zasadę, że w podróży należy mieć dobrze wypełniony portfel oraz nieco pustawy żołądek. Odwrotne proporcje uważała u doświadczonego globtrotera za niestosowne.
Wczesnym rankiem boeing wylądował punktualnie na lotnisku Guarulhos International w São Paulo. Po krótkim marszu lotniskowymi korytarzami Matylda stanęła w kolejce do odprawy granicznej i już po półgodzinnym oczekiwaniu podeszła do stanowiska federalnej straży granicznej.

Budkę górującą około jednego metra nad petentem ozdabiała olbrzymich rozmiarów gwiazda w otoku. Spoglądając na nią uświadomiła sobie, że był to często spotykany symbol władzy. Wybór nie mógł być dziełem przypadku. Gwiazdy są na niebie, a więc władza pochodzi z niebios, uznała zadzierając głowę do siedzącej na podwyższeniu władzy federalnej. Petent był mały i ziemski, władza zaś wielka, a przede wszystkim usadowiona bliżej miejsca, z którego pochodziła.
Odebrawszy bagaż skierowała się ku kioskowi rekomendowanej przez przewodniki korporacji taksówkowej. Podczas podróży kierowca próbował nie bez sukcesów konwersować z Matyldą po portugalsku. Nie przejmował się zbytnio sugestiami, że pasażerka nie mówi w tym języku. Pomimo tego niebłahego dla konwersacji faktu udało się ustalić, że pasażerka zna wysokość opłaty za przejazd i nie jest Amerykanką. To były ważne stwierdzenia pozwalające na spokojne i w przyjaznej atmosferze pokonywanie czterdziestokilometrowej trasy.
Po drodze mijali favele z ubogimi chatami, ciasno skupionymi przy sobie. Bliżej miasta domy stawały się solidniejsze, nadal były jednak dość stłoczone. Wkrótce pojawiły się kolonie wieżowców, śmiało mknących ku chmurom. Taksówka zjechała z autostrady na ulice trochę mniejszego kalibru, szybko przemierzając raczej pustawe miasto. Na ulicach sporadycznie dostrzegała mężczyzn o wyglądzie zapracowanych mechaników samochodowych lub bywalców barów, niekoniecznie mlecznych. Jedyną kobietą, jaką zauważyła była dostojna siwowłosa matrona z łokciami ułożonymi na okiennym parapecie, kontemplująca senny krajobraz miasta.
To było miasto samochodów, ciężarówek, autobusów, motocykli i wszystkiego, co miało silnik. O prawo obywatelstwa nieśmiało zabiegały chodniki dla pieszych – wąskie i o nierównej powierzchni. Z pustych ulic powiewało filmową atmosferą i przez chwilę miała wrażenie, że zza najbliższego rogu wychyli się przystojny amant z futerałem na gitarę pełnym śmiercionośnych akcesoriów. Taksówka minęła rzekę Pinheiros, przecinającą miasto w jego południowo-zachodniej części. Nieuregulowane brzegi rzeki porośnięte były bujną trawą i krzewami. Równie bujne życie toczyło się w nurcie rzeki, o czym dobitnie świadczyła woń unosząca się nad brzegami. 
Pokonawszy kilka zakrętów i coraz mniejsze uliczki stanęli przed hotelem. Matylda po dopełnieniu formalności w recepcji wjechała windą na dziesiąte piętro, na którym położony był jej apartament.
Bywając na kongresach zdążyła z czasem poznać większość pułapek hotelowych, ale nie spotkała jeszcze pokoju bez niespodzianek nie do rozgryzienia. Niepojęte rozwiązania konstrukcyjne trafiały się najczęściej w łazienkach – zagadki jak spuszcza się wodę, otwiera kran, przełącza strumień na prysznic, włącza suszarkę przyprawiały ją niejeden raz o ból zębów, nie wyłączając tych egzemplarzy, które były dziełem utalentowanych rąk jej dentysty. Obsługa sejfu hotelowego, uruchamianie windy, otwieranie drzwi wymagało nie lada biegłości technicznej i zręczności.
Po krótkim odpoczynku wybrała się na wstępne rozpoznanie okolicy. Odwiedziła pobliski supermarket. Płatki owsiane, jogurty, pieczywo miały wygląd globalny. Jedynie kawa wydzielała zniewalający aromat prawdziwej Brazylii. Poza pospolitymi produktami w supermarkecie był sporych rozmiarów dział ze smyczami dla psów oraz wszelkiego typu uprzężą, mimo iż na ulicach nie zauważyła żadnych zwierząt. Równie rozlegle prezentował się dział odzieży dla służby. Przy gustownych sukniach z fartuszkami i czepkami zapewne o rozpoznawalnych dla miejscowych nabywców symbolach kolorystycznych zatrzymała się dłużej. Może kupię taki granatowy fartuszek i będę podawała obiady Frankowi? – pomyślała uśmiechając się do takiego widoku. Dział z bermudami, klapkami, kostiumami miał rozmiary niespotykane w europejskich krajach. Niektóre kostiumy kąpielowe składały się z równoramiennych trójkącików o bokach nie przekraczających dziesięciu centymetrów. Mnogość klapek wykluczała dokonanie jakiegokolwiek wyboru. Gatunków mięs nawet nie próbowała rozpoznać. Z pobieżnej oceny wynikało, że brazylijskie woły składają się z jednej powtarzalnej części. Opon i innych części zamiennych do samochodów z pewnością starczyłoby zdolnemu majsterkowiczowi do skonstruowania co najmniej kilku w pełni wyposażonych samochodów. Dział z kremami do pielęgnacji ciała po prostu wytrącał z równowagi, a ilość szamponów doprowadziłaby do szału każdego Europejczyka. No, łysych raczej do depresji – pomyślała na widok dziesiątków odmian na różne okazje. – A może gdzieś przyczaił się szampon dla łysych, tylko go przegapiłam? – zastanowiła się. Nawet nie próbowała zorientować się w ofercie dla niemowlaków. Już nie pamiętam jak się obsługuje ten model – usprawiedliwiała sama przed sobą pobieżność eksploracji działu dla najmłodszych. Dzieci zdawały się być niezwykle sympatycznym i stałym fragmentem sklepowego krajobrazu. Maluchy jeździły wewnątrz wózków na zakupy, niekiedy nawet po dwoje, beztrosko depcząc po wrzucanych przez rodziców produktach. Dla mniejszych były inne wózki. Dziecko można było ułożyć niczym w łóżeczku na górnej części wózka, wyłożonej fizeliną. Jeżeli ktoś nie miał ochoty na robienie zakupów z dzieckiem, mógł zostawić malucha w pokoju zabaw. 
Matylda nie zauważyła, aby dzieci płakały. Te, które nie zdecydowały się na jazdę wózkiem wesoło hasały pomiędzy regałami, pogodne i zadowolone. Dawanie wyrazu niezadowoleniu nie było też widoczne wśród dorosłych. Przed kasami cierpliwie czekano w długich kolejkach, a każdy stojący miał wózek wypełniony po brzegi. Matylda była chyba jedyną osobą w całym supermarkecie, która robiła zakupy używając małego koszyka. Po zakupy tak mikroskopijnych rozmiarów nikt w Brazylii nie wychodzi z domu. Kupuje się maxihurtowe ilości butów, T-shirtów, jajek, jogurtów. Matylda wybrała na chybił trafił kilka opakowań jogurtów – te o smaku naturalnym okazały się „chybił”, owocowe były na „trafił”. 
Przy wyjściu z supermarketu w McDonald’s można było skorzystać z café internetowej i Matylda uznała, że nie może przepuścić takiej okazji do nawiązania kontaktu z rodziną pozostawioną w kraju.

Uznała, że szkoda wykupionego czasu na cyzelowanie pisowni maila i niekonwencjonalna korespondencja zza oceanu pomknęła w cyberprzestrzeń. Powróciwszy do hotelu szybko usnęła wyczerpana nadmiarem wrażeń, emocji i zmianą czasu. 


Rano bez trudu znalazła pokój śniadaniowy. Dolna część ścian pomieszczenia była ozdobiona lamperią, górna zaś pomalowana na kolor pomarańczowy, nieco przetykany szarością. Dodatkowy akcent na ścianach stanowiły talerze z ludowym ornamentem. Na półkach stały słoje z bliżej nieznanymi owocami i warzywami w tajemniczych zalewach. Wchodząc do pomieszczenia Matylda odniosła wrażenie, że za chwilę pojawi się nim Chavela Vargas i rzuci w jej stronę: – Cześć, jak leci?
Zamiast niego schodzili się turyści w luźnych T-shirtach i dżinsach za dużych o kilka numerów. Na sali siedzieli wyłącznie mężczyźni – był to niechybny znak, że nadciągała pora karnawału.

Brazylijskie śniadanie hotelowe tylko częściowo było podobne do europejskiego. Przede wszystkim uderzał wszechobecny aromat kawy, herbaty, ciast i wszystkiego, co stało na stole. Smak owoców nie budził wątpliwości, że dojrzewały w promieniach zwrotnikowego słońca. Będąc miłośniczką ananasów, sięgnęła po dwa piękne plastry. Krojąc kolejne kawałki rozkoszowała się ich świeżością. Bliżej środka ananas był trochę twardszy, może nieco włóknisty, ale nadal bardzo smaczny. Pod koniec drugiego plastra uświadomiła sobie, że w znanych jej dotychczas owocach pochodzących z puszki środkowa część była wykrojona. Zjadłam dziurkę! – wydała wewnętrzny okrzyk odkrywcy prawd nieznanych, zdziwiona swoim konsumpcyjnym nieobyciem. Do smaku przypadła jej świeża papaja, której pestki leżące na szerokich kawałkach do złudzenia przypominały ziarenka kawioru. Niespotykanym zapachem wyróżniała się herbata boldo. Wszystkie ciasta były pełne tajemniczych dodatków i korzennego aromatu. Jedynie chleb nie dorównywał polskiemu.
Postanowiła cały dzień przeznaczyć na zwiedzenie historycznego centrum miasta. Uznała, że spróbuje sił w zakresie posługiwania się komunikacją publiczną. Było to nie lada wyzwanie. Z wyprawy wróciła pod wieczór, aby obejrzeć transmisję karnawału. Po drodze odwiedziła pobliskie centrum handlowe, gdzie opisała rodzinie ambitną wyprawę do centrum.


Brazylijczyków Matylda pokochała od pierwszego wejrzenia. Otwarci, serdeczni, rozmowni, chętni do pomocy, budzili jej sympatię. Skupisko wielu narodów, ras, typów ludzkich niejako w naturalny sposób zaakceptowało, że ludzie są różni i nie ma w tym nic dziwnego. Rozmowa w wydaniu brazylijskim charakteryzowała się tym, że nikomu nie przeszkadzała nieznajomość portugalskiego u rozmówczyni. Odzywali się do niej sprzedawcy, kelnerzy, taksówkarze, pokojówki – wyłącznie po portugalsku. Przejściowy efekt nierozumienia co do niej mówią był tylko drobnym i nic nieznaczącym epizodem. W końcu przecież kupowała, co było jej potrzebne, dostawała posiłki i była dowożona tam, gdzie chciała. Liczyły się intencje.

Nagle cale niebo z minuty na minutę zrobiło się ciemnoszare, aby po chwili stać się ciemnogranatowe. Wieżowce widoczne w oddali jakby straciły na ostrości, a z wiszących nad nimi chmur popłynęły niekończące się strugi deszczu. Zdecydowała szybko przebiec do hotelu.
Deszcz był ciepły, dziwnie gęsty i jakoś inaczej mokry niż polski. Matylda zauważyła, że kontakt z brazylijską wodą był przyjemniejszy niż z polską. Z kranów leciała przyjazna woda, w której można było pluskać się bez końca, nie obawiając się wysuszenia skóry, podrażnienia chlorem lub innych dolegliwości. Duża wilgotność powietrza i miękka woda powodowały, że skóra odżywała.


Transmisja z parady karnawałowej koło ósmej wieczorem. Dla Matyldy rozpoznającej dotychczas kilka podstawowych kolorów obejrzenie barwnego korowodu było osobliwą kuracją. Czuła się jak daltonistka, której przywrócono zdolność rozpoznawania barw. Zmasowany atak fantazyjnie zestawionych ze sobą odcieni kolorystycznych był najmocniejszym wrażeniem, jakie wyniosła z wielogodzinnego oglądania parady. Nigdy wcześniej nie była świadoma, że istnieje tyle odcieni koloru złotego – zwykły złoty, płomienny złoty, kolor starego złota, żółtozłoty i wiele, wiele innych. Podobnie nie znała odpowiednich określeń dla koloru różowego w niekończących się jego odcieniach. Zielony mienił się tysiącem odmian, a fioletowy po prostu olśniewał.
Migawki z karnawału pokazywane w polskiej telewizji sugerowały, że jest to festiwal damskiej nagości. Tymczasem nagość była jego bardzo małym wycinkiem, w żadnym razie nie dominującym. Pokazywanie ciała takim jakie ono jest Brazylijczycy praktykowali nie tylko podczas karnawału, ale każdego dnia. Obszerne dekolty, odsłonięte ramiona, brzuchy ozdobione biżuterią – to była normalność. Niektóre z tancerek hojnie pokazywały swe wdzięki, wśród których nie zabrakło brzucha ciężarnej czy nawet damy dojrzałej w latach.
Poszczególne szkoły samby wystawiały pokaźne grupy tancerzy oraz olbrzymich rozmiarów platformy, które bogactwem kolorów, form i tętniącego życia przywodziły na myśl mieniącą się puszczę amazońską. Na platformach jechały kolejno żółwie, olbrzymie delfiny, konie wyskakujące z ognistych czeluści, krokodyle groźnie klapiące szczękami, złoty orzeł realistycznie poruszający głową i dziobem, lokomotywa ze złoconymi obrzeżami kominów. Zdawało się, że prezentowanym na platformach dziwom nie ma końca.
Kostiumy tancerzy zdobiły pióra, rozległe suknie rozpięte na fiszbinach wirowały szeroko, frywolne gorsety i zbrojne naramienniki przyciągały uwagę publiczności. Fantazyjne żakiety miały niebywale szerokie rękawy, spod których wystawały kłębiące się w kilku warstwach ozdobne falbany z muślinu. Niektóre kostiumy mimo skromności materii jaką zużyto do ich produkcji prezentowały niespotykane fantazje kolorystyczne.
Tancerze z uśmiechniętymi i rozbawionymi twarzami odsłaniali piękne, białe, zadbane zęby, niekiedy z aparaturą korygującą zgryz. Wszyscy tańczyli w zapamiętaniu, jakby zmęczenie było im zupełnie obce, mimo iż nadchodził poranek. Płynęli w oceanie rytmów i kolorów falami, które nie miały końca.
Około siódmej rano trybuny samobodromu powoli pustoszały. Zaczynał się nowy dzień. Kamera pokazała z góry szerszy widok okolicy – na obrzeżach sambodromu mknęły samochody z ponurymi, bez cienia naturalnego uśmiechu biznesmenami w szaroburych garniturach skrojonych i uszytych na jedną modę. Wszyscy wyznawali tego samego boga i jechali zabiegać o jego względy. Bóg szaroburej umundurowanej armii facetów siedzących na tylnych siedzeniach limuzyn na imię miał Zysk.



Olbrzymie cielsko boeinga Continental Airlines obsługującego lot numer 92 na trasie z São Paulo do Houston powoli wypełniało się podróżnymi upychającymi swoje kabinowe bagaże, sprawdzającymi przyciski i upewniającymi się, gdzie można wetknąć słuchawki. Wszyscy mościli sobie prywatną przestrzeń na najbliższe dziesięć godzin. Niebawem rozpoczęło się roznoszenie plastikowej żywności, przesolonych przekąsek, a wszystko poprzedzono obowiązkowym dostarczeniem gazików polanych wrzątkiem, do odświeżenia dłoni przed posiłkiem. Temperatura wody, którą używano do zwilżenia tkaniny musiała być określona precyzyjnymi wytycznymi, których każda linia lotnicza przestrzegała z zadziwiającą skrupulatnością.
Podróżni kończyli właśnie obiad, gdy w słuchawkach rozległ się miły męski głos:
– Witam państwa, mówi kapitan. Minęliśmy… zbliżamy się do… Potem polecimy w kierunku... dalej wzdłuż… kierując się do... – szumy i trzaski przerywały komunikat w najważniejszych miejscach
– CHOLERA JASNA! JAK NIC SIEDZĘ W SAMOLOCIE DO NOWEGO JORKU!!! Na monitorach pokazywano właśnie trasę, którą przebył do tej pory samolot. Matylda z nerwów widziała na ekranie tylko napis Nowy Jork. Spokojnie... spokojnie... muszę się zastanowić... chyba by mnie nie wpuścili do innego samolotu... tyle osób mnie kontrolowało… Po co ja się tak denerwuję? I tak nie wysiądę na najbliższym przystanku...
Na wcześniejsze wyjście nie było najmniejszych szans. Monitory pokazywały, że na zewnątrz jest minus siedemdziesiąt trzy stopnie Celsjusza. Nie ma co się niepokoić, i tak muszę siedzieć do końca lotu – stwierdziła. Z nadmiaru wrażeń usnęła. Po krótkiej drzemce ponownie spojrzała na monitor.
Po dalszych dwóch godzinach okazało się, że jednak samolot zmierza do Houston, tyle że trasą wytyczoną przez kanały powietrzne, a nie przez wyobraźnię Matyldy. Pod koniec podróży stewardesy rozdały druczki deklaracji granicznych. Pasażerowie powyjmowali paszporty i pracowicie wpisywali wymagane dane.
DEMOK-RAJ chciał wiedzieć pod jakim adresem zatrzyma się podróżny, kim jest z zawodu, czy był w ciągu ostatniego miesiąca na wsi lub w lesie i głaskał dzikie zwierzęta, czy przewozi w gotówce więcej niż dziesięć tysięcy dolarów. Udzielenie fałszywej odpowiedzi zagrożone było karą pieniężną i surowym zakazem ponownego wstępu. Pocieszająca była informacja, że kto posiada niezadeklarowaną gotówkę w większej ilości, ten będzie mógł zapłacić karę od ręki.
Matylda z trudem pohamowała chęć wpisania informacji, że w lewym obcasie przewozi dwadzieścia tysięcy dolarów w gotówce, od urodzenia mieszka na wsi i wzorem jej ulubionego bohatera literackiego codziennie prowadzi długie rozmowy z lisem. Zwierzę mówiące ludzkim głosem na pewno nie jest normalne, a skoro tak, to może być chore. Na co? Na wściekliznę oczywiście!
Bez najmniejszego trudu źle wypełniła rubrykę dotyczącą daty urodzenia. Nigdy nie ukrywała szczegółów swego przyjścia na świat, ale umieściła je w rubryce przeznaczonej na nazwisko. Kłopotliwą dla niektórych pań kwestię wieku lubiła najwyżej owiać mgiełką tajemniczości.
– Ile ty masz właściwie lat? – dopytywały się nowo poznane koleżanki.
– Hmm... muszę sobie przypomnieć. Rozwiązywałam niedawno test określający wiek mózgu – wyszło mi, że mam trzydzieści osiem, ale stać mnie na więcej.
– Czyli ile w końcu masz lat?
– Nie będę się przechwalać, jedynie podtrzymuję, że stać mnie na więcej.
Po dziesięciu godzinach lotu byli w Houston. Kierując się wyznawaną przez siebie na każdym lotnisku zasadą „rób to co wszyscy”, szła długimi korytarzami. Po dziesięciu minutach marszu znalazła się w olbrzymiej sali, którą wypełniał długi rząd stanowisk obrońców granic DEMOK-RAJU. Wolna przestrzeń przed budkami była poprzedzielana taśmami ułatwiającymi uporządkowane sformowanie kolejki. Do oczekujących pasażerów podchodziły umundurowane kobiety i żółtymi markerami zaznaczały na druczkach miejsca wymagające uzupełnienia lub poprawienia. W deklaracji Matyldy zalecono rozszerzenie lakonicznego stwierdzenia „transit” do wyznania pełnej prawdy o celu podróży. Urzędowo poprawną wersją okazało się „transit to Mexico”.
Pogranicznik już na początku chciał wiedzieć, u kogo zatrudniona jest Matylda. Podróżna jednak nie bardzo rozumiała intencję jego zapytania.
– Pytam, dla kogo pani pracuje? – powtórzył.
– Docelowo jadę na kongres medyczny, a przed kongresem zwiedzam kilka miast, jestem lekarzem – powiedziała z uśmiechem, patrząc władzy prosto w oczy.
Wyjaśnienie było wystarczające. Skoro poczyniono to ważne ustalenie, bez którego system ochrony granic byłby niechybnie w poważnym stopniu zagrożony, rozpoczęto elektroniczne utrwalanie cielesnych szczegółów pasażerki.
– Proszę potrzeć palcem wskazującym prawej ręki skórę na czole, a następnie przyłożyć go do palącego się na czerwono czujnika – władza osobiście zademonstrowała jak należy wykonać czynność uzdatniania części ciała wybranej przez demokrację do elektronicznego przetworzenia w gustowny plik komputerowy. Matylda będąc osobą leworęczną odruchowo przyłożyła do czujnika palec dłoni dominującej.
– Przyłożyła pani lewą rękę – odkrył szybko pogranicznik.
– Przepraszam, to odruchowo. Już pocieram czoło właściwym palcem i przykładam go do tej wspaniałej maszyny skanującej.
– Teraz dobrze pani to zrobiła. Proszę zdjąć okulary i patrzeć prosto do kamery. Dziękuję, proszę przejść do kontroli bezpieczeństwa bagażu.
Na lotnisku każdy był podejrzany. Nad obejrzeniem, prześwietleniem, odciśnięciem stosownej części ciała każdego podróżnego na tym tylko odcinku trasy pracowało kilkanaście osób. Zbiorowym wysiłkiem służb lotniskowych uchylano status zbiorowo podejrzanych podróżnych.
Znalezienie numeru bramki lotu do Cancun wymagało zapytania co najmniej trzech różnych osób w mundurach, z których dopiero ostania wiedziała, że to bramka F jak freedom. Z nadmiaru wrażeń postanowiła zadzwonić do domu.
– Cześć, córeńko! Jestem już na lotnisku w Houston. Wszystko poszło dobrze.
– Ojciec! dzwoni Mima. Jak się czujesz?
– Jak ryba w mętnej wodzie.
– Co to znaczy? Mów dokładnie, a nie przenośniami – zażądała Maniula.
– Opowiem po powrocie. Daj mi ojca do telefonu.
– Matyldo, to ty?
– Tak, to ja na amerykańskiej ziemi.
– Trzymaj się i nie daj demokracji wykiwać – zalecił żonie.
– Właśnie usiłuję to robić.
Zanim doszła do miejsca odprawy, z głośników popłynęła wiadomość, że zmieniono bramkę odlotową z F jak freedom na E jak ewenement.


Krótki lot do Cancun wypełniło kompletowanie wyznań, tym razem na formularzu meksykańskim. Przydała się nauka pobrana na przykładzie amerykańskiego systemu granicznego. Matylda nie tylko wiedziała gdzie należy wpisać datę urodzenia, ale i inne wyznania poczyniła zgodnie z oczekiwaniami następnego systemu ochrony granic, nie popełniając przy tym najmniejszej pomyłki.
Lotnisko w Cancun, w jego przylotowej części, nie wyróżniało się niczym szczególnym. Gdyby nie krzątający się po płycie lotniska mężczyźni o wyraźnie latynoskiej urodzie, można by sądzić, że samolot wylądował w dowolnej miejscowości wypoczynkowej. Wszystko działało dość sprawnie. Bagaże przyjechały szybko, pogranicznicy nie byli dociekliwi, a celnicy wyglądali przyjaźnie. Szczegółowej kontroli podlegali tylko ci pechowcy, którym podczas przekraczania komory celnej zapaliła się czerwona lampka.
Krajobraz mijany w drodze z lotniska z wypaloną roślinnością i fruwającymi na poboczach śmieciami do złudzenia przypominał wakacyjne kurorty. Reklamy zachęcające podróżnych do wydawania pieniędzy na najróżniejszego rodzaju dobra doczesne wskazywały, że przemysł turystyczny na półwyspie Jukatan ma wiele do zaoferowania.
Po półgodzinnej podróży dojechali do hotelu Batab, położonego przy Avenue Chichen Itza. Budynek prezentował się jako przyzwoite lokum dla turystów niskobudżetowych. Kierowca taksówki pomógł zmęczonej turystce przenieść bagaż do recepcji.
Obficie wybrylantynowany młodzieniec po odebraniu voucheru, nie wgłębiając się zbytnio w dane personalne turystki, podał klucz i wskazał windę, która kołysząc się na boki i co chwilę zmieniając prędkość, z mozołem zawiozła Matyldę na trzecie piętro. Pokój trzysta trzy był na końcu korytarza.
Matylda otworzyła drzwi pomieszczenia, które przez najbliższe dni miało zastąpić jej domowe pielesze. Rozejrzała się wokół. Przy wejściu po lewej stronie przymocowany był blat z dwiema szufladami, a nad nim zawieszono prostokątne lustro sporych rozmiarów w ramie z drewna orzechowego. Mebel mógł służyć za biurko lub toaletkę do pielęgnowania urody.
Po prawej stronie stały dwa obszerne, wysokie, typowo hotelowe łóżka przykryte kapami w szaroburych kolorach z rozmazanym wzorem. Na ścianie umocowano lampki z białym kloszem otwartym ku górze na wzór kwiatowego kielicha. Z punktu zawieszenia oświetlenia ku dołowi miękko spływała metalowa ozdoba w kształcie węża, nawiązująca znaczeniowo do nazwy miasta.
Drzwi na prawo prowadziły do łazienki. Owalną umywalkę otaczała beżowa wykładzina, przetarta w wielu miejscach. Prysznic od reszty pomieszczenia oddzielała plastikowa kotara. Na talerzyku przy kranach położono dwa małe mydełka reklamowe i mikroskopijne buteleczki z szamponem. Turystyczna kategoria zakwaterowania na ogół wyklucza nowomodne niespodzianki w dziedzinie uruchamiania prysznica, otwierania drzwi, rozmieszczenia gniazdek elektrycznych, obsługi kranów i lokalizowania sejfów na dokumenty. Zawsze pewną zagadką było włączenie telewizora. Rozejrzała się za pilotem, ale go nie znalazła. Nacisnęła klawisz główny z nadzieją, że uda się rozszyfrować także zasady zmiany kanałów.
Dostępny program nadawał jedynie amerykańskie sitkomy z hiszpańskimi napisami. Początkowo sądziła, że to dobra okazja do ćwiczeń z angielskiego, ale dobiegające co chwilę salwy donośnego śmiechu wykluczały dłuższe oglądanie.
Z wcześniejszych podróży wiedziała, że kultura obrazkowa wyparła radioodbiorniki z wyposażenia hotelowych pokoi i zawsze woziła ze sobą małe turystyczne radio. Odnalazła na nim lokalną niekomercyjną stację i od tej pory Radio Turqueza stale jej towarzyszyło podczas długich wieczorów. Usnęła przy dźwiękach gitar i śpiewie Mariachi.

Obudziło ją pianie koguta o czwartej nad ranem. Ponieważ hotel oferował pobyt bez śniadań, trzeba było rozejrzeć się za czymś do jedzenia. Około ósmej wyszła w poszukiwaniu sklepu spożywczego. W pobliżu czynne były punkty zaspokajania potrzeb samochodów w zakresie części zamiennych i stacje benzynowe. Gdybym chciała zjeść na śniadanie śrubkę, rurę wydechową i popić etyliną, mogłabym zrobić zakupy od ręki – pomyślała mijając kolejną przecznicę. W ciągu paru minut napotkała jeszcze co najmniej cztery sklepy dla mężczyzn i ich zabawek. Zgłodniała podróżniczka musiała odbyć piętnastominutowy spacer, aż do Avenue Uxmal, zanim znalazła cokolwiek do jedzenia.
Półki szczęśliwie odnalezionego sklepu wypełniały setki batonów, czekolad, chipsów i innych produktów starannie zapakowanych w folię aluminiową. W olbrzymich lodówkach stały rzędy butelek coca-coli wyziębionych do tego stopnia, że temperatura napojów gwarantowała konsumentowi zapalenie gardła ze skutkiem natychmiastowym. Znalezienie niegazowanej czystej wody o temperaturze pokojowej wymagało dłuższych poszukiwań i dociekań gdzie też upchnięto ten prosty produkt, obcy amerykańskiej kulturze pijania lodu z dodatkiem soft-drinków. Niewyziębiona i pozbawiona towarzystwa kostek lodu woda stała przycupnięta na najniższej półce pomiędzy solą i innymi niechodliwymi produktami. Choć poszczególne towary nie były drogie, łączny rachunek za zakupy wyniósł prawie sześćdziesiąt pesos. Próbowała przeliczyć tę sumę przez kurs dolara na złotówki, ale przy trzeciej pomyłce zrezygnowała.
Pogryzając bez entuzjazmu bezsmakowe śniadanie składające się z watowatego chleba, przesłodzonych jogurtów i wody, doszła do wniosku, że zakaz przywożenia jedzenia musiał niechybnie być wymuszony przez miejscowych producentów żywności. Gdyby tutejsi mieszkańcy dowiedzieli się, że na świecie istnieje prawdziwy chleb i normalne słodycze, wytwórcy żywieniowych koszmarów ponieśliby największe w dziejach współczesnych bankructwo bez jakichkolwiek szans na podźwignięcie się.
Przewodnim zamysłem wyjazdu do Meksyku było wtopienie się w lokalny klimat – zaplanowała więc na początek eksplorację terenu pieszo. Upewniwszy się jak można dotrzeć do centrum, szła powoli, sycąc oczy odmiennością krajobrazu. Po wyprawie do São Paulo nie dziwiła się już parterowej zabudowie ani chmarom samochodów typu pick-up.
U zbiegu Avenue Chichen Itza i Tulum minęła remizę strażaków, zwanych tu bomberos, których siedziba w następnych dniach stanowiła punkt orientacyjny podczas powrotów do hotelu. Przed budynkiem parkowało kilka czerwonych, lśniących nowością wozów strażackich. Przy każdym z nich stała grupka mężczyzn ubranych w eleganckie granatowe mundury polowe, podkreślające ich wysportowane sylwetki.
Avenue Tulum pośrodku wysadzana była drzewami. Z pnia nie wyższego niż kilkadziesiąt centymetrów, pobielonego wapnem, krzaczasto rozrastały się liczne gałęzie, fantazyjnie powyginane w różnych kierunkach. Sporo drzew było uschniętych. Na tych, którym udało się przetrwać klimatyczne przeciwności losu, pyszniły się intensywną barwą kwiaty skupione w kiściach nie większych niż dorodne jabłko. Różowe skupiska płatków zdawały się wprost zasypywać gałęzie swą obfitością.

Przeszła kilkaset metrów, wypatrując przejścia na drugą stronę alei. Mieszkańcy przechodzili przez jezdnię w dowolnych miejscach, zręcznie umykając przed pędzącymi samochodami. Trawnik pomiędzy drzewami był w równej mierze wypalony przez słońce, co wydeptany przez licznych przechodniów. W promieniu kilkuset metrów nie było widać żadnych pasów na jezdni, które ułatwiłyby przejście. Wolała więc nie ryzykować i szła dalej po tej samej stronie alei. W większości parterowych budynków położonych po obu stronach mieściły się sklepy zaspokajające najróżniejsze potrzeby turystów.
Pamiątki w postaci ozdób ściennych imitujących rzeźby Majów, stosy bawełnianych koszulek z okolicznościowymi napisami i śmiesznymi rysunkami, torby plażowe, klapki, szorty wypełniały pomieszczenia sięgając aż pod niewysokie sufity, na których zamontowano wirujące leniwie wiatraki, przynoszące odrobinę chłodu w upalne południe.
Mijała kolejne budynki, poszukując księgarni z zamiarem kupienia „Małego Księcia” do kolekcji. Dopiero w okolicach supermarketu Tiendas Chedraui udało się znaleźć sklep z książkami.
– Buonas dias seňora! – zawołał niespodziewanie mężczyzna stojący w otwartych drzwiach biura turystycznego sąsiadującego z księgarnią. – W czym mogę pani pomóc? Jestem pewien, że będę mógł pani zaoferować... – kontynuował ochoczo.
– Doprawdy? – zapytała z uśmiechem.
– Głęboko w to wierzę, seňora...
– Ha! w takim razie zobaczymy, czy pańskie zapewnienia są prawdziwe – odpowiedziała zachęcona nietypowym nawiązaniem rozmowy. Weszła do biura i usiadła na niewysokim fotelu, aby wysłuchać wycieczkowej oferty. Można było wybrać jedno- lub dwudniowe wyprawy do słynnych na półwyspie Jukatan miejscowości z zabytkami architektonicznymi.
Zdecydowała się na wycieczkę do Chichen Itzy. Ledwie zrobiła kilka kroków po opuszczeniu firmy don Arturo, a uśmiechnięty kelner stojący na schodach restauracji szerokim gestem zapraszał do środka. Właściwie zbliżała się pora obiadu i posiłek wydał się całkiem miłą perspektywą.
Restauracja mieściła się na zadaszonym tarasie wspieranym przez kilka potężnych słupów, pomalowanych na morelowo. Poprzedni kolor, intensywnie czerwony, wyłaził w wielu miejscach, co wywoływało nieoczekiwane efekty wizualne. Kelner zręcznie przemykając między słupami co chwilę pojawiał się przy stoliku. Z niesłabnącym zapałem doradzał, obsługiwał, podsuwał i donosił nowe potrawy. Po zjedzeniu parząco-piekącej sałatki uznała, że dobrym akcentem na zakończenie obiadu będzie cappuccino. Na stół wjechał nieomal półlitrowy kubek kawy z obfitą pianką.
Małymi łykami smakowała waniliowy aromat, rozglądając się wokół. Przy sąsiednim stoliku dwóch mężczyzn grało w szachy, które przynieśli ze sobą. W przerwach między ruchami figur nabierali małymi kawałkami chrupkiej tortilli niewielkie porcje sałatki warzywnej i zjadali z apetytem. O cholera! znowu wyszłam na ciemną europejską masę, jedząc sałatkę łyżką i zagryzając tortillą. Ciągle człowiek się uczy, nawet w tak prostej sprawie jak jedzenie.
W drodze powrotnej dała się namówić kobietom w tradycyjnych meksykańskich strojach na zakup kilku drobiazgów miejscowego wyrobu. Piękna bransoletka utkana z gęsto nawleczonych, drobniutkich granatowych koralików, poprzedzielanych rzędami zielonych i ciemnozłotych wstawek kosztowała dwa dolary. Dla odmiany pasek zrobiony z nici w różnych odcieniach granatu i niebieskiego kosztował zaledwie dolara. ­Co za intensywność barw i kontrastowość połączeń – pomyślała.
Meksyk mienił się kolorami tęczy, kwiatów i ludzkiej fantazji. Nie było takich kolorów, których by mieszkańcy tego kraju nie próbowali zestawić z sobą. Różowa ściana szczytowa domu i zielona fasada były tu nieomal normą kolorystyczną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...