piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek pierwszy



1.Ach!....
Ach, co to był za oddział! – po wielokroć myślała Matylda, wspominając swoje pierwsze miejsce pracy. Próżno by szukać drugiego takiego w Wielki Mieście, w powiecie, a przez długie latach zdawało się, że nawet we wszechświecie. Czas płynął, a przekonanie o niepowtarzalności macierzystego oddziału tkwiło w Matyldzie w tym samym miejscu. Czasami miała wrażenie, że przybrało postać ości lub zgoła jej maleńkiego fragmentu, który zdawał się mieć jedną cechę – był nie do usunięcia.
A przecież wystarczyło spełnić tylko jeden warunek: pożegnać się z przeszłością. Każdy wędrowiec wie, że nigdy nie powinno się ruszać w daleką drogę bez pożegnania. Nie wiedziała, nie przypuszczała – bo niby skąd miała się dowiedzieć, że droga z malutkiej sadzawki na szerokie wody oceanów jest otwarta dla każdego, kto nie rezygnuje.

Ulokowałam jeden dzień
Na mapie zapomnienia,
Będę wspominać go bez słów
I tylko od niechcenia.

Ulokowałam drugi dzień
Na mapie zapomnienia,
Będę wspominać go bez słów
I tak to nic nie zmienia.

Najczulsza niegdyś myśl
Nie sprowokuje nigdy złości,
Zmartwienie, smutek ani gniew
W spokojnym sercu nie zagości.

Wymażę chwile, słowa, łzy,
Zabliźnię wszystkie swoje rany
Zapomnę każdy zbędny gest
W odruchu przywołany.

Prąd wspomnień porwał wiele dni,
Wprost nie do policzenia,
Przeszłości, mówię ci: bądź zdrowa,
Do widzenia!

Matylda od rana siedziała nad przezroczami na zbliżający się wykład. W tle jakiś mutant przedwojennego chóru śpiewał uwodzicielsko Co nam zostało z tych lat... Niechętnie oderwała się od komputera.
– Matyldo – głos Franka był jakiś dziwnie potulny – coś mi się stało...
– Taak, a co takiego? – rzuciła, myśląc jeszcze o slajdach.
– Co mówisz? Nic nie słyszę, ogłuchłem na prawe ucho! Czy już zawsze tak będzie? – zawodził Franek.
– Zawsze nic nie słyszysz, gdy cię proszę, abyś uporządkował książki, które krążą po całym domu niczym wielkie stado mrówek. Są jakieś inne objawy? Jeszcze czegoś nie słyszysz?
– Niczego nie słyszę. Jestem starym, głuchym dziadkiem... wezmę sobie laseczkę i będę chodził na spacery do parku w środku dnia. Może jakaś telewizja mnie sfilmuje jak siedzę sobie na ławce, w promieniach słońca i zapyta, czy pamiętam epokę Sarmalandzkiej Reubliki Ludowej – rozmarzył się niespodziewanie Franek.
– Nie fantazjuj. Pójdziemy do przychodni.
– Jeżeli mi każesz iść pomiędzy tych staruszków, to już wolę posiedzieć w parku. Może dosiadłaby się studentka ucząca się do egzaminu... wytłumaczyłbym jej jakieś trudniejsze funkcje – jeszcze bardziej się rozmarzył.
– Kochany, jeszcze nie ma sesji egzaminacyjnej – Matylda sprowadziła męża szybko na ziemię.
– To co zrobimy z uchem, pójdziemy wydłużyć kolejkę staruszków w ubezpieczalni? A może już do końca roku nie ma przyjęć? Nawet nie usłyszę kiedy w sylwestra zegar wybije godzinę dwunastą – jęczał.
– Franek, to nagły przypadek. Pójdziemy prywatnie ­– zdecydowała Matylda.
Znalezienie laryngologa dostępnego od ręki w godzinach przedpołudniowych nie było takie proste.
– Czy to jest Warszawa, czy jakaś Pipidówka? – jęczał Franek. To chyba duże miasto i jakiś laryngolog powinien się znaleźć – zawodził.
– To z pewnością duże miasto i zaraz coś znajdziemy.
– Naprawdę duże? – rzucił z ironią. – Mam wrażenie, że mieszkam w jakimś zapadłym powiecie.
– Mój drogi, to jest nawet wielkie miasto. Bądź spokojny, znajdę.
– Wielkie miasto, wielkie miasto – mruczał Franek. – Też mi Wielkie Miasto, a nie ma kto zajrzeć do małej dziurki w uchu głuchego człowieka.
Po kolejnych po paru telefonach Matylda zlokalizowała lecznicę, w której laryngolog miał być dostępny za godzinę.
– Dopiero za godzinę – jęczał Franek. – I to wszystko dzieje się w takim Wielkim Mieście!
– Pójdę z tobą, na wszelki wypadek gdyby przytkało ci się drugie ucho i potrzebny był tłumacz – oznajmiła w odruchu litości.
– Jesteś boska, Matyldo, że nie zostawiasz starego, na wpół głuchego męża na pastwę losu.
– Nie kokietuj, lepiej zabierz trochę gotówki. 
Na miejscu okazało się, że któryś z pacjentów nie przyszedł i Franek mógł być przyjęty od ręki.
– No widzisz, nie ma to jak leczyć się w... Wielki Mieście – zauważyła Matylda i takie nazewnictwo pozostało w ich domu, w odróżnieniu od Rodzinnego Miasteczka, jak zwykła mawiać Matylda o miejscu swego urodzenia na wschodzi Sarmalandii.
– Pani doktór, czy żona może być ze mną w gabinecie? Na wypadek gdybym zasłabł albo coś podobnego, chodzi o to, żeby miał mnie kto zabrać do domu – nieśmiało objaśnił Franek.
– Dobrze, proszę pana z małżonką – odpowiedziała laryngolog. – Co panu dolega?
– Ogłuchłem dziś rano, pani doktór – wyznał nieco zawstydzony. – Chyba jeszcze za wcześnie na starczą głuchotę? – dodał nieco kokieteryjnym tonem i łypnął na lekarkę uwodzicielsko.
Ty durny samcu – pomyślała Matylda – na głuchotę ją podrywasz? Głuchych to ona pewnie zaliczyła setki na każdym dyżurze. Amant ogłuszony!
Pani laryngolog posadziła Franka na krześle bokiem do siebie. Dobrze, że bokiem. Z profilu jest brzydszy – ucieszyła się Matylda. ­– Nie będzie ględził tych swoich durnych komplementów. Jak się zapłaci, to i posadzą człowieka, znaczy męża, jak należy.
Gdy lekarka zajrzała Frankowi do ucha, lekko drgnął i poszukał wzrokiem żony. W oczach miał pytanie: Nie opuścisz mnie, Matyldo, prawda?
– Ma pan korek woszczynowy w uchu – oświadczyła lekarka.
– Czy to groźne? Da się usunąć ten korek? – prawie szeptem zapytał Franek.
– Tak, zaraz go wypłuczę.
– Wypłucze mi pani doktor? – wyszeptał nieśmiało. – A czym? Wodą z węglem? Czy będę miał czarne dziurki jak górnik? – Najwyraźniej Frankowi powracał humor na wiadomość, że schorzenie jest usuwalne.
– Do płukania będzie użyta zwykła woda, pomylił pan płukanie ucha z płukaniem żołądka – pani laryngolog już lubiła Franka. Wzięła olbrzymią strzykawkę i naciągnęła do niej wody.
– To wszystko do mojego ucha? Nie było tu wcześniej weterynarza, który przepłukiwał ucho słonia? – zapytał.
– Zaraz będzie po wszystkim. Proszę siedzieć spokojnie i nie zmieniać pozycji w czasie zabiegu – uprzedziła lekarka.
Przez twarz Franka przeleciał grymas niepokoju, ale bohatersko trwał na swoim miejscu niczym głaz przedpotopowy. Żadna woda, nawet wielka, nie była w stanie poruszyć go z miejsca. Prawdziwy głaz.
– Mamy go! – zawołała ucieszona lekarka. W „nerce” przystawionej do szyi pływał woszczynowy twór, przypominający nieżywą osę, która wleciała do ucha i tam dokonała żywota. – Niech pan zobaczy – zachęciła Franka.
Dlaczego zabiegowcy mają ten dziwny obyczaj pokazywania wyłowionych, wydobytych, wyciętych fragmentów pacjentom? – zastanowiła się Matylda. – A może to ich podopieczni ciekawią się tym, co w nich siedzi?
Franek jedynie powierzchownie zapoznał się z odłączoną od ucha materią.
– Dziękuję, pani doktor, bardzo dziękuję! Świetnie słyszę! Uratowała mnie pani od siedzenia wśród głuchych staruszków na parkowej ławeczce – entuzjazmował się. Cały rozradowany złapał lekarkę za dłoń i ucałował z atencją, dodając swój stały dodatek – powłóczyste spojrzenie roześmianych oczu. Znieczulona powłóczystością pani laryngolog zaproponowała:
– Może przepłuczę panu drugie?
Obróciła fotel, na którym siedział pacjent i już majstrowała przy drugim uchu. Po chwili druga osopodobna struktura pływała w naczyniu.
– No nie dziwię się, że pan nic nie słyszał – stwierdziła.
– Skoro masz wszystko przepłukane, to my już pani doktor dziękujemy – zarządziła Matylda. ­– Nie będziemy pani doktor więcej zabierać czasu – dodała i aby nikt nie miał wątpliwości po czyjej stronie są prawa właścicielskie, pociągnęła Franka za kurtkę i ruszyła ku drzwiom. Nie stawiał oporu.
Matylda spojrzała przy śniadaniu na prawą dłoń. Nie wyglądała powabnie. Robiła wrażenie jakiejś rozlazłej, co gorsza, lewa była podobna do prawej, jeśli pominąć ten szczegół, że znajdowała się po drugiej stronie ciała. Jeżeli obie wyglądają tak samo, to znaczy, że jestem stara, a nie chora – stwierdziła bez entuzjazmu. Mimo przystrzyżonych skórek, krótko obciętych paznokci, równomiernej karnacji skóry, bez przebarwień, zniekształceń czy zgrubień, dłoń nie prezentowała się szykownie. To nie była dłoń damy. Sporadycznie zakładana biżuteria, raczej zwyczajna i spokojna, niczego specjalnie nie zmieniała w wyglądzie. To była zwykła dłoń kobiety, która prała, zmywała, szorowała, nie oszczędzała się. A może powinnam? – pomyślała Matylda. – Dziś to wiem, ale po co mi ta wiedza? Przedramię też jej się nie podobało. Mimo że zaciskając zęby każdego ranka, gimnastykowała się przez pół godziny, przedramię, ramiona i inne rozległe obszary ciała utrzymywały stabilny poziom sflaczenia. Obwód w talii powiększał się w tempie jednego centymetra na rok małżeństwa. Na szczęście opadanie podbródka dawało się mierzyć w milimetrolatach. Choć miara jednostkowa nie brzmiała groźnie, sumaryczne efekty nie były ciekawe.
Od paru lat zaniechała kupowania i oglądania kolorowych czasopism. Zamieszczane tam fotografie pań sugerowały, że czas nie działa na ich talie, podbródki, ramiona. Dziwnym zrządzeniem losu czas działa tylko na Matyldę. Może jeszcze na kogoś upływ czasu wywiera wpływ, tylko akurat nie pokazują tych osób w kolorowych magazynach? – pomyślała z nadzieją.
Spojrzała w lustro. Jedynie szpakowate włosy akceptowała w swym zmieniającym się wyglądzie. Zmarszczki specjalnie jej się nie imały, choć ostatnio odkryła opadanie powiek. Wyraz oczu, może przez te opadające powieki, nie był porywający ani uwodzicielski. Nogi prezentowały się w miarę przyzwoicie. Nic im nie przybyło ani nie ubyło. Dla odmiany pośladki były fatalnie przypłaszczone. Po cholerę tyle siedziałam nad książkami? – pomyślała zła na uprawiane za młodu marnotrawstwo urody. Zapotrzebowanie na wiedzę nabytą przed laty przeminęło, a przypłaszczenie pośladków zostało. Ostrość widzenia defektów urody z biegiem lat u Matyldy nasilała się, jakkolwiek efekt netto był do przyjęcia.

                                                                              ***

Dla poprawienia nastroju nadszarpniętego rozpatrywaniem zmienności szczegółów anatomicznych na przestrzeni lat, zerknęła na ślubną fotografię. Podobała się sobie na tym zdjęciu. Uśmiechnięta, szczupła, wesołe oczy. Wtedy miała podobno czarne włosy. Długie lata żyła w przeświadczeniu, że jest szatynką. Po raz pierwszy dowiedziała się, że jest brunetką, od Franka, jakieś dwadzieścia lat po ślubie.
– Co ty opowiadasz? Jestem szatynką.
– Matyldo, jesteś brunetką – głos męża był łagodny, ale dziwnie pewny.
– Chyba wiem lepiej od ciebie, czy jestem szatynką czy brunetką – odparła dla podtrzymania dyskusji.
– Nie wiesz lepiej – Franek był jak głaz.
– Jak to możliwe? – nie mogła zrozumieć.
– Nigdy nie ożeniłbym się z szatynką. Jeśli jesteś moją żoną, a jesteś, to jest w stu procentach pewne, że ożeniłem się z brunetką.
– I nie zauważyłam tego, że byłam brunetką? – Matyldzie nie mieściło się w głowie takie przeoczenie.
– Najwyraźniej nie zauważyłaś – dla Franka wszystko było proste. Jak żona, to brunetka.
Miała jedynie wyraźnie skrystalizowane poglądy kolorystyczne w kwestii wyboru ubrań – nie cierpiała beżu ani jaskrawości. Zwykle wybierała stroje w kolorze granatowym lub niebieskim, dobrze komponujące się z jej szpakowatą fryzurą. Franek dla odmiany był cały zielony, od czasu gdy Matylda zabroniła mu noszenia czerwonych koszul. Nie dlatego, żeby miała jakąś nerwicę ideologiczną związaną z czerwonym, ale po prostu uważała, że żonaty mężczyzna tak się nie ubiera. Jej ojciec zawsze nosił koszule białe lub w dyskretne paski. Gdy spoglądała na facetów wystrojonych na różowo, nie kwalifikowała ich do grona mężczyzn poważnych. Teraz na głowie Franka zielenił się kapelusz, szyję otulał taki sam szal, a bohaterska pierś ubrana była w bluzę polarową ulubionego koloru. Plecak i wojskowa kurtka nie odbiegały tonacją od reszty.
Kolory były tylko drobnym fragmentem całej rzeczywistości, wobec której Matylda była zdystansowana. Pieniądze nie trzymały się jej nazbyt silnie, a może po prostu nie spotykała ich na swoje drodze? Może nawet gdzieś szły naprzeciw lub obok niej, a ona skręciła w boczną uliczkę? Obsługa bankomatu przez długi czas była zadaniem ponad jej siły, a już żadnego modelu pralki nigdy, przenigdy nie umiała ani włączyć, ani wyłączyć. Nikomu nie przyznawała się do swojej pralniczej tępoty, bo kto by uwierzył w takie opowieści? Franek był więc szopem praczem, a Matylda dyplomowaną prasowaczką. Nawet lubiła prasowanie koszul męża z licznymi zakładkami, pagonami, kieszeniami, klapkami. Wywijała nimi na wszystkie strony, posługując się niekiedy specjalnym przyrządem dla wyprasowania trudniejszych fragmentów.
Partie polityczne odróżniała słabo, nie umiała dokonywać dokładnej oceny ich programów. Na wybory chodziła raczej jako zwolenniczka legalizmu, niż znawczyni ofert politycznych. Franek zwykle musiał jej podpowiadać, na kogo powinna oddać głos. Potem do końca dnia gryzła się, czy nie naruszyła ordynacji wyborczej, korzystając z sugestii męża.
– Matyldo, czy nie masz poważniejszych zmartwień? – jęczał Franek.
– To jest bardzo poważna sprawa i nie wiem, dlaczego podchodzisz do niej ironicznie, a może nawet szyderczo.
– Postaw sobie taką hipotezę, że skoro mamy małżeńską wspólnotę majątkową, to możemy mieć również wspólnotę poglądów. Zresztą na ogół tak jest. Poglądy męża i żony to tzw. średnia małżeńska. Tak samo jak średnia arytmetyczna i odchylenie standardowe. Pojęcia nowe, ale w sumie dobrze charakteryzują dany zbiór.
– Mój drogi, czy dla ciebie wszystko i zawsze można wyrazić liczbami? – zapytała niczego nie przeczuwającego męża.
– Oczywiście – Franek nie po to był matematykiem, żeby odwoływać się do innych symboli niż liczby.
– Jeśli tak, to mam dla ciebie małe zadanie do rozwiązania – powiedziała Matylda podejrzanie słodziutkim tonem.
– Czy to będzie skomplikowane zadanie i mam wziąć coś do pisania? – ironia jakoś nie opuszczała Franka.
– Zadanie jest takie: skoro wszystko można wyrazić liczbami, to jak wyrazisz za ich pomocą płeć ludzi?
– To proste, można w systemie zero-jedynkowym – nonszalancko rzucił Franek.
– Ale ani zero, ani jedynka nie jest charakterystyczna dla danej płci wyjściowo – Matylda była dziwnie wojownicza. – Zrób seminarium w swoim instytucie. Temat: „Matematyka i płeć. Czy liczby mogą nam pomóc?”
– Dobrze brzmi – Franek nie wiedział, że ściąga na swoją głowę burzę z piorunami.
– Mój drogi, różnica płci jest punktem wyjściowym dla całego świata. Na twoim miejscu nie śmiałabym się z badań genderowych. Wyobraź sobie świat złożony tylko z mężczyzn.
– Koszmar, nawet nie każ mi w nim tkwić dłużej niż chwilę.
– Trzeba więc dobrze opisać i ustalić różnice.
– Ja te różnice po prostu czuję, co tu jest do opisywania?
– Franek, jesteś okazem prymitywnego samca z przodomózgowiem dryfującym w stronę matematyki – zawyrokowała Matylda. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...