piątek, 28 kwietnia 2017

Tańcze tango 3.0 - odcinek siódmy

7. Rodzinka Brainwasherów

Telewizyjny obraz Ameryki jawił się jako nieprzerwany łańcuch przemocy, napaści, strzelaniny, alarmów i innych gwałtownych zdarzeń. Wszystko jednak kończyło się dobrze dzięki niezliczonej armii profesjonalistów wkraczających z determinacją w odpowiednim momencie. Niekończący się zapis czynów kryminalnych uchwyconych przez wszędobylskie kamery telewizyjne były w stanie przerwać jedynie reklamy. Dziarski głos doradzał widzowi: Zapytaj swojego doktora, czy wie, że powinien zapisać ci... walerianę zmieszaną z rosą poranną? Wszyscy mieli bardzo dużo do powiedzenia na temat tego, co pacjent powinien dostać, a jedynym niezorientowanym był lekarz. Wykonywanie zawodu wyuczonego w następstwie decyzji, która przed laty lekkomyślnie wpadła do młodzieńczej głowy Matyldy należało w tym kraju do zajęć przyjemnych. Wystarczyło słuchać co życzył sobie pacjent i wszyscy byli zdrowi, a nawet szczęśliwi. Różnica jaka jawiła się między uprawianiem medycyny w Polsce i Ameryce polegała na tym, że wydanie krajowe wymagało zadowolenia przede wszystkim płatnika usług ubezpieczalnianych.
Usnęła bliska przekonania, że już jest nieźle przeszkolona w najnowszej medycynie amerykańskiej i prawie wcielona do dzielnej armii, która zawsze spieszyła potrzebującym ze świeżą dostawą demokracji.
Śniło się jej, że pracuje w dziale wysyłkowym firmy niejakiego Georgella Brainwashera, który dawał jej lekcje amerykańskiego spojrzenia na życie, będące niekończącym się łańcuchem relacji kupno-sprzedaż. Georgellowi wiodło się różnie, ale nigdy nie narzekał. Nie widział do czego mogłoby przydać się biadolenie. Mimo naprawdę szczerych wysiłków nie mógł zrozumieć takiego podejścia do życia.
– Jeśli czegoś brakuje, to trzeba to zdobyć, chyba jasne. Dlaczego ludzie ciągle jęczą, zamiast brać się do roboty? – rzucił Georgell na porannym spotkaniu załogi.
– A jeśli ludzie tęsknią za czymś, co nie istnieje? – zapytała prowadząca zebranie.
– To trzeba wyprodukować złudzenia i sprzedawać je tak, jak każdą inną rzecz – odpowiedział.
Nie od razu pojęto ideę, ale starego to nie zdziwiło. Prawdziwą pociechę znalazł dopiero w córce, wprawdzie drugorodnej, ale z czasem ulubionej. Na cześć ustroju, który wyniósł go do wysokich godności korporacyjnych i nielichego majątku, nazwał córkę Demokracją. W domu wołano na nią Demi.
Ulubiona latorośl Georgella od najmłodszych lat wyróżniała się spośród rodzeństwa. Brata, pierworodnego syna Brainwasherów, przeskoczyła o głowę już w trzeciej klasie. Nie dość, że rosła szybko, to od najmłodszych lat miała fantastyczny zmysł do robienia interesów. Prowadziła je chytrze, sprawnie i bez najmniejszych skrupułów. Sprzedałaby rodzoną matkę i własnego ojca, byle tylko zdobyć trochę gotówki. Gdy ukończyła stosowne szkoły, została przyjęta na praktykę do tatusiowej firmy.
Wyniki raportów o przebiegu praktyki niezwykle ucieszyły starego. Czarno na białym potwierdziło się, że Demi najlepiej wypada w działach sprzedaży. Co więcej, opracowała kilka istotnych udogodnień technologicznych. Przede wszystkim wystandaryzowała złudzenia, dzięki czemu można je było wytwarzać w dużych ilościach. Pomysł ten fantastycznie podniósł moce przerobowe rodzinnej firmy. Nikt nie tracił czasu na produkcję indywidualnych mrzonek. Wystandaryzowane były o wiele łatwiejsze do pakowania i dystrybucji.
Demi zaproponowała też kilka ciekawych ulepszeń w zakresie nazewnictwa: ZDROWE ZŁUDZENIA, a dla wybrednych ZŁUDZENIA W 100% NATURALNE. To był hit tego pamiętnego sezonu 1993 roku, gdy Demi odbywała praktykę w Europie. Nie do końca ustalono, czy miejsce pobytu Demokracji nazywało się Europą Środkową czy Wschodnią. Wiedziano tylko, że gdzieś w tamtej części świata ubiła świetny interes.
ZDROWE ZŁUDZENIA Z DOSTAWĄ DO DOMU – powtarzał z dumą ojciec. To jest nasz najlepszy produkt! Demokracja dopracowała do perfekcji kilkakrotną dostawę do domu świeżych zestawów każdego dnia. Dostarczała swój eksportowy produkt do milionów gospodarstw na całym świecie w systemie kablowym. Ta prosta infrastruktura miała wprost fantastyczne moce przerobowe.
– Tylko nasze złudzenia! Najlepsze, uniwersalne, dla każdego człowieka, dla każdego narodu – nawoływała bez wytchnienia od rana do wieczora panna Demokracja we wszystkich mediach. Czasami, aby nie zanudzić odbiorców, dopuszczano najmłodszą Siostrę Procedurę, zwaną po domowemu Proce.
Dzięki nowym metodom produkcji firma Brainwasherów rosła w siłę i potęgę z dnia na dzień. Georgell lubił patrzeć na poranne raporty. Słupki każdego miesiąca były coraz wyższe i wyższe. A co będzie jak skończy się skala? – zmartwił się pewnego poranka, gdy sprzedaż tego co nie istniało w rzeczywistości skoczyła do góry o tysiąc procent. – A jak omotamy wszystkich na całym świecie? Chyba nie pójdę na emeryturę! Do cholery! Trzeba wzmóc poszukiwania nowych możliwości w przestrzeni kosmicznej. To jedyna nadzieja na dalszy rozwój biznesu rodzinnego.
Nacisnął pole z napisem „DEMI” na dotykowym ekranie.
– Yes, daddy – ulubiona córeczka zawsze była pod ręką, gdy tatuś rozdawał pieniądze.
– Dorzuć ze sto miliardów dolarów na kosmos. Interesy na ziemi mogą się zbyt szybko skończyć.
– Yes, daddy – Demi wiedziała, komu potakiwać.
– Może jeszcze trochę damy na... hm... tego pułkownika z Huston, wiesz którego? Mój nos mi mówi, że idą w dobrym kierunku, tylko niepotrzebnie się ślimaczą. Jęczą, że są niedofinansowani. Daj im pięćdziesiąt miliardów, jeśli czujesz, że to jest biznes, na którym możemy zarobić.
– Yes, daddy – wyskandowała po raz kolejny Demi.
– Jest z ciebie prawdziwa pociecha, córeńko. Twoja siostra Proce jest dobra, ale ograniczona w działaniach, a ten wasz durnowaty braciszek... he, he, he – zaśmiał się Georgell. – Kto to wymyślił, że on będzie kiedykolwiek Wielki? Jeśli już w ogóle muszę użyć tego przymiotnika, zwyczajowo bratu przypisanego, to jest raczej Wielkie Nieporozumienie, bez jakichkolwiek perspektyw – oznajmił.
– Yes, daddy – Demi wiedziała jak rozmawiać, gdy chodziło o pieniądze i dobre inwestycje.
Matylda zapakowała już tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć jednostek produktu ZDROWE ZŁUDZENIA, zgodnie z technologią opracowana przez Demi, i nie mogła znaleźć opakowania do dwutysięcznego egzemplarza. Ciągle szukała, odczuwając narastające zmęczenie.

Nagle obudziło ją głośne warczenie. Zerwała się w przekonaniu, że zaraz będzie musiała zrobić coś nadzwyczajnego. Po chwili zorientowała się, że alarm jest fałszywy i powstał w wyniku wibrowania komórki na nocnym stoliku po nadejściu esemsesa od Maniuli. Kilka minut później zawyły syreny. Tym razem była pewna, że będzie musiała przynajmniej przywdziać maskę przeciwgazową i nie dalej niż w ciągu najbliższego kwadransa kierować czołgiem. Że też nie ustaliłam w recepcji, gdzie jest podręczne wyposażenie na wypadek alarmu! – pomyślała rozbudzona na dobre. – Ciekawe czy potrafiłabym włożyć taką maskę? A co z okularami? Chyba jednak w okularach, bo nigdzie bym bez nich nie trafiła” – zastanawiała się całkiem poważnie.
Okazało się, że to tylko przejechał samochód na sygnale. Ponownie włączyła telewizję. Trafiła na reportaż o przemocy w szkołach średnich. Na ekranie rosły nastolatek tłukł głową słabszego kolegi o ścianę. W poszukiwaniu spokoju przełączyła się na kanał nadający wiadomości o pogodzie. Informacja, że jutro będzie 74 stopnie w skali Fahrenheita w San Francisco, a aż 96 stopni w Phoenix zakłopotała ją poważnie. Nie pamiętała jak przejść płynnie z Farenheita na Celsjusza. Przed każdą podróżą zwykle starała się opanować szczegóły kursów wymiany walut, a tu nagle w środku nocy potrzebny był przelicznik temperatury.
Zniechęcona niemożnością obliczenia, jaka temperatura będzie w San Francisco powróciła do kanału nadającego wiadomości. Generał brygady opowiadał o operacji pod kryptonimem „Matador”, polegającej na zwalczaniu terrorystów. Przez chwilę pokazano jednego ze złoczyńców. Dziko błyskał białkami oczu, ale nie można się było zorientować, co dodatkowo robił poza demonstrowaniem złowieszczego wyglądu. Pomyślała, że mógłby grać czarny charakter w filmach.
– Akcja „Matador” niesie Irakowi spokój i stabilizację – zawiadomiła spikerka wszystkich tych, którzy samodzielnie nie odgadli celu operacji. Informacja o przechwyceniu dużego transportu kokainy w Arizonie była wyraźnie uspokajająca. Pełny komfort, że wszystko będzie pod kontrolą, poczuła słuchając reportażu o siedemnastoletnim redaktorze gazetki szkolnej, który wcielił się w rolę kandydata na rekruta i dzięki temu zdemaskował niedostatki systemu naboru do wyzwoleńczej armii.
Oficer komentujący wydarzenie wyznał, że czuje się zawstydzony osobiście i zawodowo. Matylda wcześniej nie wiedziała, że są dwa rodzaje wstydu. Podróże kształcą! – pomyślała zadowolona, że potwierdziła się od wieków znana prawda. Podwójnie zawstydzony major zapewniał, że usterka procedury werbowania kandydatów na żołnierzy już jest usunięta. Dalsze ukojenie niosła wiadomość, że rekruci, wprawdzie zwerbowani w systemie nie do końca doskonałym, przechodzą intensywne szkolenie, które z pewnością udoskonali ich w zdolności niesienia demokracji innym narodom, będącym w domniemanej potrzebie.
– Ile trwa szkolenie rekrutów? – dociekał reporter. – Kilka tygodni – odparł oficer. Powiało optymizmem i nadzieją, że pokój Irakowi niosą profesjonalni dostawcy demokracji po kilkutygodniowych kursach. – Rekruci w wyniku szkolenia są zdeterminowani, aby wykonać swoją misję – dodał wojskowy.
Nie można było tkwić w błogostanie i przekonaniu, że wszystkie usterki są w całym kraju usuwane na bieżąco, okazało się bowiem, że w Nowym Jorku nieopodal Central Parku osunęła się ziemia z nasypu prosto na jezdnię, powodując zakłócenia w ruchu samochodów. Była to jedyna wiadomość podana przez długi czas w tonacji niepomyślnej. Ziemia blokowała ruch i nie było żadnej czarodziejskiej różdżki, która mogłaby uprzątnąć teren. Na pasku w dole ekranu sytuację nazywano „nocną marą”.
Nieoczekiwanie na ekranie pojawiła się wesoła blondynka w jaskrawym pistacjowym kostiumie i radziła:
– Powiedz swojemu doktorowi, aby zlecił ci silniejszego zabijacza bólu, właśnie pokazujemy na ekranie jego nazwę. Zapisz ją sobie, żebyś pamiętał co masz mówić na wizycie – zakończyła pistacjowa piękność.
W Polsce lek był zaledwie przeciwbólowy, a przez to nie wiadomo czy skuteczny. Tu leki działały tak świetne, że ból zabijały od razu na śmierć. Nie cackały się, nie patyczkowały. Pif, paf! – i po kłopocie.
Z niewiadomych powodów bezceremonialnie przerwano rozważania o pain- killerach i wyemitowano reklamę tabletek na bezsenność. Taka informacja o 3.24 wyglądała na lekko spóźnioną. A może to precyzyjnie zaplanowana reklama już na następną noc? – pomyślała Matylda z nadzieją, że ktoś jednak czuwa nad przebiegiem emisji.
Oglądany program nazywał się DAY-BREAK, co sugerowało, że w tej części świata noc nie istniała. Mała przerwa w dniu, podczas której było przez parę godzin ciemno. Ależ ta siostra Demokracja chytrutka! To na pewno ona wymyśliła DAY-BREAK, no bo kto poza nią by wpadł na coś takiego? – zachwyciła się Matylda.
O 4.01 ogłoszono, że jest już poranek, a o 4.20 rozpoczęły się reklamy skierowane do pań domu, obudziła się bowiem nowa target-grupa. Matylda jako gospodyni domowa na emigracji postanowiła się zdrzemnąć, bo nie miała w planach wywabiania plam, odkurzania ani urządzania ogródka przed domkiem. Europo, Europo, jaka jesteś piękna! – jęknęła w przypływie nieoczekiwanego patriotyzmu kontynentalnego, o który nigdy wcześniej siebie nie podejrzewała.

Śniadania w hotelu „Super Inn” wydawano w recepcji. Goście odbierali plastikowe kubki z kawą, zapakowane w folię przesłodzone drożdżówki, jogurty o zawartości cukru trzykrotnie większej niż w podobnych polskich produktach i udawali się do swoich pokoi. Spragnieni mogli dodatkowo zaopatrzyć się w sok pomarańczowy, a zgłodniali pochrupać płatki kukurydziane. Matylda po zjedzeniu dwóch gumowatych, intensywnie pachnących cynamonem drożdżówek wypiła gorący napój mało przypominający kawę. Posilona ruszyła poznawać miasto.

Pierwszego dnia postanowiła zwiedzać San Francisco nie korzystając z komunikacji miejskiej, aby swoim zwyczajem wczuć się w lokalną atmosferę eksplorowanego miasta. Bez pośpiechu schodziła w dół Polk Street w stronę centrum, mijając kolejne przecznice. Ulice oznakowano czytelnymi tablicami w miejscach znajdujących się w zasięgu wzroku. Dodatkowo na skrzyżowaniach wyryto w betonowych płytach chodnika nazwy ulic, jeszcze pustych wczesnym porankiem. Skrajem chodników przemykali pojedynczy rowerzyści w nowoczesnych kaskach. W okolicach Civic Center kręciła się grupka bezdomnych.
Po kwadransie doszła do Market Street – głównej arterii komunikacyjnej, handlowej i rozrywkowej miasta. Jak przystało na osobę leworęczną, bez trudu pomyliła strony. Skręciwszy w prawo sądziła, że zmierza do śródmieścia i wybrzeża. Po trzydziestu minutach dotarła do słynnej dzielnicy Castro. Latarnie uliczne zdobiły liczne tęczowe flagi. Na wystawach sklepowych produkty reklamowali przystojni, muskularni młodzieńcy. Plakaty przedstawiające dwóch chłopaków otulonych flagą amerykańską, która skrywała nagość, ukazując jedynie splecione ramiona, można było napotkać tylko w tej dzielnicy.
Radosny festiwal przystojnej męskiej nagości i krzepy zakłócały nalepki na niektórych szybach. Ulotki zachęcały do wykonywania testów na AIDS, a fundacja dobroczynna poszukiwała wolontariuszy do zwalczania nadciągającej epidemii. To już nie była wesoła dzielnica tętniącej rozrywki, opisywana w starszych wydaniach przewodników turystycznych. Nienaturalnie szczupli mężczyzni, siedzący w opustoszałych kawiarniach, bez apetytu zjadali dietetyczne śniadania serwowane na dużych płaskich talerzach.
Zalękniona rezygnacja błąkała się po ulicach dzielnicy Castro. Zewsząd wyzierał smutek, strach i oczekiwanie na nieznaną przyszłość, naznaczoną demonem groźnej choroby.
Otrząsnąwszy się z atmosfery smutku panującej w Castro, wsiadła do tramwaju i pojechała w okolice The Fourth Street, aby odnaleźć hotel, w którym za dwa dni miały zacząć się obrady. Na razie w centrum kongresowym debatowali ortodonci, o czym donosił niewielki plakat, zawieszony wysoko na latarni. W tym mieście działo się naraz tyle spraw, że zjazd kilkuset lekarzy w żadnym razie nie kwalifikował się do wydarzeń pierwszoplanowych.
Po dokonaniu wstępnego rozpoznania terenu obrad skierowała się ku dzielnicy finansowej. Nieskończenie wysokie wieżowce stały obok siebie, skupione po kilka, niczym kumoszki na poufnej pogaduszce. Na każdej ścianie w setkach okien odbijały się promienie słońca. Blask fortuny i szczęśliwego losu rozświetlał dzielnicę finansową. Najwyraźniej radość życia przeniosła się z Castro do Financial District.
Ciekawe czy za każdym oknem siedzi facet przy komputerze i produkuje raporty z tabelami i słupkami wykazującymi niezmiennie wzrost przychodów? – pomyślała, zadzierając głowę ku górze przy biało-czarnym budynku.
Na parterze sąsiedniego wieżowca mieścił się sklep wydawnictwa Rand Mc Nally, specjalizującego się w mapach. Znała ich piękny atlas i postanowiła zatrzymać się na chwilę, aby przejrzeć całość oferty. Na jednym z regałów spostrzegła poradnik dla kobiet przemierzających świat w pojedynkę. Stojące obok dwie panie wesoło komentowały oglądany przewodnik po Italii, co chwila wybuchając radosnym śmiechem. Starsza z nich zagadnęła Matyldę:
– Nie pani sobie wyobrazi, że ona – tu wskazała na swoją towarzyszkę, szczupłą przystojną blondynkę w eleganckim żakiecie – postanowiła wyjść za mąż! – dramatycznie zawiesiła głos.
– W San Francisco może to być prawdziwym wyzwaniem – zauważyła Matylda.
– No właśnie, trafnie to pani określiła, tak tu jest i dlatego moja przyjaciółka wybiera się do Włoch, żeby zrealizować swoje postanowienie.
– Ludzka rzecz chcieć wyjść za mąż, nie dramatyzowałabym – dyplomatycznie odparła Matylda.
– Dobrze pani mówić – stwierdziła starsza z kobiet.
– Życzę powodzenia, cokolwiek by miało ono znaczyć dla obu pań – powiedziała Matylda na pożegnanie.
Około trzeciej po południu dotarła do wybrzeża, okupowanego przez liczne i hałaśliwe wycieczki szkolne. Zmęczona długą wędrówką, wstąpiła do zatłoczonej meksykańskiej restauracji. Młody mężczyzna podchodził do oczekujących w kolejce zgłodniałych turystów i ustalał szczegóły zamówienia. Jak zgadnąć co oznaczają hiszpańskie nazwy potraw? – zastanawiała się nieco zakłopotana, spoglądając na wykaz zawieszony wysoko na ścianie nad bufetem.
– Jakie danie jest najpopularniejsze? – zapytała. Mężczyzna wypowiedział kilka zupełnie niezrozumiałych słów po hiszpańsku.
– Proszę wymienione przez pana danie i soft-drinka.
– Siedem i pół dolara – rzucił kelner, a chwilę potem okazało się, że tajemnicze słowa oznaczały niewielki naleśnik z pikantnym, mięsnym nadzieniem. „Dwadzieścia złotych za takie mikroskopijne danie, no cóż, nauka jak zawsze sporo kosztuje” – pomyślała bez zachwytu, popijając słodki i lepki napój z puszki.
Nieco posilona wsiadła w skrzypiący ze starości tramwaj linii F i dojechała w okolice Union Square. Gdy szła w stronę Civic Center, spacer wymagał coraz większej uwagi. Na większości przecznic stały element krajobrazu stanowiły grupki bezdomnych mieszkańców.
Spoglądając na płyty chodnikowe, w pewnej chwili zauważyła małego miedziaka. Ameryka najwyraźniej dała jej szansę, wprawdzie niewielką i symboliczną, ale to już coś. W tym kraju pieniądze naprawdę leżą na ulicy! Jak duże i gdzie, to już inna bajka – pomyślała. Wystarczyło schylić się po nie i podnieść, co uczyniła i starym zwyczajem chuchnęła na jednocentówkę.

Kongres rozpoczynał się w sobotę o dziewiątej rano. Wiedziała z wcześniejszych doświadczeń, że lepiej zarejestrować się punktualnie. Oszczędni organizatorzy niektórych kongresów potrafili nie dostarczyć kompletu materiałów zjazdowych dla spóźnialskich. Kilka minut przed dziewiątą, pokonawszy kilka zakrętów rozległego foyer, dotarła do właściwej rejestracji, gdzie odebrała teczkę, identyfikator i zestaw okolicznościowych gadżetów. Epidemia oszczędności krążyła po całym globie ziemskim. Zamiast solidnych skórzanych teczek, jakie do tej pory wydawano na amerykańskich kongresach, uczestnicy otrzymywali brezentowy worek wydzielający chemiczny zapach.
Przed wykładami odwiedziła część wystawową. O tej porze uczestnicy obrad byli przedmiotem niezwykle energicznych zalotów ze strony dyżurujących przedstawicieli firm farmaceutycznych, odpytujących z zapałem zbłąkanych lekarzy o samopoczucie.
Wszyscy oczywiście czuli się „great”, „fine”, „good”. Nikt nie znał takich określeń jak „fatalnie”, „źle”, „koszmarnie”, „łeb mi pęka”. Przy jednym ze stoisk promowano wyniki próby klinicznej z lekiem zmniejszającym częstość wylewów. Dyżurująca dziewczyna była ciekawa skąd przyjechała Matylda. Kraj wydawał się rozmówczyni egzotyczny i odległy. Jego przedstawicielka jawiła się niczym postać z pióropuszem na głowie z plemienia niezagrożonego udarami mózgowymi. Postanowiła upewnić się, na ile egzotyka miejsca zamieszkania różniła się od jej ojczyzny.
– A czym tam w... waszym kraju... macie pacjentów z wylewami? – zapytała z wahaniem.
– O tak, tak samo jak tu mamy pacjentów z udarami mózgu, wysokim ciśnieniem i nieprawidłowym cholesterolem. Nasi pacjenci również nie leczą się regularnie. Ale w jednej kwestii nie doganiamy Ameryki – odrzekła Matylda.
– O, to ciekawe! A w jakiej? – dziewczyna z uśmiechem oczekiwała odpowiedzi.
– W epidemii otyłości jesteście najlepsi na świecie...
– Oh, really... – powiedziała dziewczyna w zamyśleniu.
Na sesji plenarnej przedstawiano stare problemy w nowych sosach. Najbardziej kłopotliwe okazało się ustalenie, gdzie człowiek jest jeszcze zdrowy, a od którego punktu zaczyna się choroba. Podano kolejną definicję nadciśnienia, nie bacząc na kilka europejskich i amerykańskich oświadczeń w tej sprawie. Dostawcy nowych definicji i podziałów przypominali użytkowników pomieszczenia, w którym ciągle ktoś przestawia meble.
Na popołudniowych sesjach omawiano ulubiony zjazdowy problem: co jest lepsze w przemyśle farmaceutycznym – oryginał czy podróbka? Dobrze, że gdy chodzi o malarstwo poglądy na ten temat są ustalone i jednoznaczne – pomyślała Matylda, znużona pokrętnymi argumentami obu stron.
Około osiemnastej zdecydowała się na powrót do hotelu. Wybrała kolejną przecznicę, którą można było dojść do Civic Center. Na O’Farewell Street nie było wprawdzie bezdomnych, ale dla odmiany okupowali ją liczni młodzieńcy, dyskutujący w kilkuosobowych grupkach o tym, jak spędzić nadchodzący wieczór.
Niespodziewanie jeden z czarnoskórych podszedł do Matyldy i zaproponował jej nabycie kolorowego pisemka. Zwykle unikała kontaktu wzrokowego z przypadkowymi osobami, zmniejszając szansę na bliższą znajomość, ale tym razem to nie przeszło. Dotknęła więc dłonią ucha i pokręciła głową dając do zrozumienia, że jest osobą niesłyszącą. Starała się zachować kamienny wyraz twarzy, niezdradzający żadnych uczuć. Młodzieniec szybko zrozumiał co chciała mu przekazać nieznajoma turystka. Wyglądał na zaskoczonego. Mówić do głuchego, że coś mu się oferuje, dawało taką samą skuteczność jak pytać niewidomego o kolory. Speszony niemożnością porozumienia się powiedział odruchowo: – I am sorry, I am so sorry – i odszedł do grupy kolegów, podpierających ściany odrapanej kamienicy.
Arystokracją wśród okupujących ulice byli posiadacze poruszających się szybko i bezszelestnie wózków inwalidzkich. Pechowcy nieobdarowani tak hojnie przez opiekę społeczną musieli radzić sobie inaczej. Częstym środkiem transportu był wózek uprowadzony spod supermarketu, na którym bezdomni lokowali swój dziwaczny dobytek.
Na szczyty pomysłowości wspiął się jeden z kręcących się po ulicy osobników. W ruchomym, zaopatrzonym w spore kółka pojemniku na odpadki przewoził kolekcję swoich skarbów, zapewne starannie wybranych z najlepszych śmietników w okolicy. Szedł dumnie przez Market Street, krokiem nie mniej dostojnym, niż siwowłosy dżentelmen zmierzający właśnie do wejścia Four Seasons Hotel. Mężczyzna z nienaturalnym ożywieniem rzucił do gnącego się w ukłonach odźwiernego sakramentalne: How are you? Wyraz jego twarzy ani tempo kroku w żadnym razie nie sugerowały, że oczekuje na odpowiedź. Nie spodziewał się innej reakcji niż usłużne otwarcie wielkich drzwi. Nawet najbardziej entuzjastyczna odpowiedź nie wchodziła w grę. Jej wysłuchiwanie mogłoby zabrać zbyt dużo czasu. W dzielnicy finansowej nikt nie cierpiał strat. Od tego mieli przecież bezdomnych biedaków z okolic Civic Center.
Stali mieszkańcy miasta wspominali, że bezdomni nocą przemieszczają się w okolice Financial District i mogą zbłąkanego biznesmena pozbawić nie tylko posiadanego przy sobie majątku, ale i życia. Nikt rozsądny nie narażał się na takie spotkania.
Powróciwszy do hotelu Matylda zaparzyła dzbanek kawy i zaległa przed telewizorem. Opowiadano o huraganach i wybuchach wulkanów. W grozę żywiołów przyrody wkomponowano znakomitą reklamę. Mąż zabiera żonie plik kart kredytowych, jak można sądzić niezapłaconych, podrzuca do góry, strzela do nich z wiatrówki, a karty rozpadają się na drobne kawałeczki.
– Każdy problem można skutecznie załatwić. Rozpraw się z nim, biorąc u nas kredyt na fantastycznych warunkach – doradzał głos zza kadru.
Ameryka potrafiła zaproponować proste rozwiązania w każdej kwestii, nawet udzielając kredytu na spłacenie kart kredytowych.

Sekwoje intrygowały Matyldę od dawna. Gdy wyjazd do San Francisco nabrał realnych kształtów, trzeba było znaleźć także czas i fundusze na wycieczkę pod sekwoje. Różne oferty przewidywały podziwianie drzew, degustację kalifornijskich win oraz zachwyty nad słonecznymi krajobrazami.
Zdecydowała się na kilkugodzinną wycieczkę autokarową do Muir Wood National Park. Przystępna cena i niedługi czas trwania wyprawy nie kolidowały z budżetem ani z obowiązkami naukowymi. Wiedziała, że zostanie zabrana spod hotelu i przesadzona do innego autokaru. Nie przywiązując się zbytnio do miejsca, zajęła pierwszy wolny fotel tuż za kierowcą. Po uregulowaniu dopłaty do biletu została skierowana do kolejnego z autobusów zmierzających do rezerwatu z sekwojami.
Weszła do pojazdu i nim zdążyła się rozejrzeć, ktoś powiedział po polsku:
– Matyldo, nie poznajesz mnie? – męski głos dochodził spod okna. Spojrzała tam z uwagą, wytężając wzrok i pamięć. Zero skojarzeń. Dwa zera. Przewijała w myśli wszystkie twarze, jakie kiedykolwiek spotkała w życiu. Nic. Pustka całkowita. Kto to jest? Powolny błysk pamięci wstecznej rozświetlił mroki zapomnienia. Czy te wyblakłe oczy mogły być tymi, w których kochało się pół szpitala? To przecież nie może być Hubert! W żadnym razie! Przystojni faceci z naszej młodości zawsze takimi pozostają – stwierdziła z całą stanowczością.
– Oczywiście, że poznaję – odparła dyplomatycznie i usiadła na najdalszym wolnym miejscu z mocnym postanowieniem: Żadnych randek z sentymentami minionej młodości, nawet pod sekwoją. Żadnego rozczulania się. Będę spotykać się tylko z przyszłością. To moja naczelna dewiza od dziś – postanowiła Matylda.
Po niespełna godzinnej podróży sekwoje były na wyciągnięcie ręki. Giganty w majestacie, którego nie były w stanie wzruszyć wichry, ogień ani człowiek, pamiętały więcej niż zbiorowy przekaz całej ludzkości. Nad ich długowiecznością rozmyślała przez całą drogę powrotną.

Następnego dnia wracała do Europy. Przesiadła się w Amsterdamie, gdzie wszystko przebiegało sprawnie. Do odlotu zostało ponad trzy kwadranse. Spojrzała w kierunku bramki przyjmującej podróżujących do Warszawy. Stała przy niej tylko jedna pracownica. Przez moment sylwetka stewardesy wydała się znajoma. Po chwili doszły dwie inne pracownice obsługi. Przez chrypiące głośniki ogłoszono, aby pasażerowie odlatujący do Warszawy zgłosili się do bramki szóstej. Matylda podniosła się z plastikowego fotela w kolorze przybrudzonego bordo i zajęła miejsce w kolejce oczekujących. Posuwała się do przodu małymi krokami. Gdy nadeszła jej kolej, wyciągnęła rękę z kartę pokładową i paszportem, podnosząc wzrok.
Tylko dzięki zimnej krwi, będącej efektem wieloletniej pracy w szpitalu, nie wrzasnęła jak opętana. Tuż przed nią stała uśmiechnięta dobra stara znajoma, Pani Naziemna z dziwnym spojrzeniem.
Chyba halucynuję... jak nic ten kelner w meksykańskiej restauracji podał mi zakazane grzybki w naleśniku i mam teraz majaki, trochę z opóźnieniem, ale to muszą być majaki... uszczypnę się w policzek... zniknie... jak nic musi zniknąć... to z przemęczenia i nadmiaru podróży... – myśli latały jak szalone we wszystkich możliwych kierunkach. – A może to sen? Zaraz się obudzę i okaże się, że jest szósta rano. Pójdę po bułki... Tak, pójdę po bułki – postanowiła. – Taka rutynowa czynność zawsze przywraca spokój i porządek. Żadnych nerwów, żadnych, najmniejszych... Mimo mocnych postanowień zjawa nie znikała, sen nie mijał, przebudzenie nie następowało.
– Witam panią, my chyba już się spotkałyśmy? – zagadała do zjawy, która uśmiechała się w znany, jakże irytujący sposób.
Pani Naziemna Z Dziwnym Spojrzeniem nie odezwała się słówkiem. Co więcej, nawet nie mrugnęła rzęsą. Nadal uśmiechając się badawczo, spoglądała w oczy pasażerki. Ciekawe, czy gdybym kopnęła ją w piszczel, ten dziwny uśmieszek miałaby nadal przyklejony do twarzy? – pomyślała poirytowana niezmiennie świdrującym spojrzeniem stewardesy. – Nie, do licha, głupie myśli mi chodzą po głowie, pewnie ma siostrę bliźniaczkę albo jest z trojaczków! Przecież nie jest niczemu winna, że spotkałam jej siostrę. Teraz ludzie pracują w różnych miejscach Europy, a bliźniaki zawsze robią w życiu to samo. Z trojaczkami musi być identycznie. Niby dlaczego miałoby być inaczej? Pewnie wszystkie pracują jako stewardesy, tak musi być, nic innego nie wchodzi w grę – Matylda miała już całkiem dobrą teorię wyjaśniającą spotkanie. Pani Naziemna po chwili zwróciła dokumenty i wygłosiła sakramentalne zdanie:
– Dziękuję pani, proszę przechodzić dalej.
Matylda weszła do długiego korytarza prowadzącego na pokład samolotu z mocnym postanowieniem zaprzestania, przynajmniej w tym sezonie, ekspedycji naukowych. Odczuwała nadmiar wrażeń lotniskowych. Jeżeli jeszcze raz spotkam tę dziwną kobietę, to chyba zwariuję – pomyślała. Znalazła swoje miejsce przy oknie i zajęła się przeglądaniem prasy pobranej przy wejściu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...