piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek szósty

6. Wyprawa do zona hotelera

Następny dzień przeznaczyła na dokładne rozpoznanie systemu komunikacji publicznej. W recepcji upewniła się co do ceny biletu autobusowego i numeru linii dojeżdżającej do strefy hotelowej. Sześć pesos autobusem w porównaniu wydatkiem stu pesos na taksówkę było warte trudu samodzielnej podróży. Odnalazła przystanek autobusowy linii R-1 i trafnie wytypowała, która z oczekujących osób mówi po angielsku. Młoda dziewczyna potwierdziła kierunek jazdy do strefy hotelowej.
Po chwili nadjechał autobus przypominający wyglądem i stanem technicznym osiągnięcia polskiej myśli konstruktorskiej z wczesnych lat sześćdziesiątych. Przeciskając się pośród pasażerów dobrnęła do ostatniego wolnego miejsca w końcowej części klekocącego pojazdu. Przy rajdowym prowadzeniu autobusu tylko miejsce siedzące mogło ochronić życie i zdrowie. Zdecydowała się wysiąść przy Grand Melia Hotel, który górował na innymi budynkami w okolicy.
Budynek oglądany z zewnątrz przypominał kształtem niedokończoną wielką piramidę z dwiema mniejszymi przybudówkami po bokach. Otaczał go szeroki pas wypielęgnowanych pól golfowych, po których przechadzali się pojedynczy gracze. Na skraju dwóch pracowników przycinało żywopłot.
Już wygląd atrium potwierdzał, że wart jest wszystkich gwiazdek, jakie hotelowi przydzielono. Kilkupiętrowy ogród z bujną, egzotyczną roślinnością wypełniał centralną część holu. Gdy podeszła bliżej, stwierdziła że jest to raczej wspaniała, elektronicznie sterowana i nawadniana puszcza tropikalna. Obeszła pomieszczenie dookoła, rozglądając się za widokiem na Morze Karaibskie, o którego wygląd dopytywała Maniula. Przeszła kilkanaście metrów wzdłuż lewego łuku atrium. Za wielkim oknem rozpościerał się widok, jakiego do tej pory nigdy jeszcze nie spotkała. Aż znieruchomiała pod wrażeniem niezwykłego piękna rozciągającego się przed jej oczami.
Linia horyzontu ostro odgraniczała bladoniebieskie niebo, tego dnia prawie bezchmurne, jeśli nie liczyć pojedynczych, delikatnych niczym mgiełka cumulusów. Tuż przy brzegu fale rozbijały się o pojedyncze niewysokie skały. Woda fantazyjnie rozpryskiwała się we wszystkich kierunkach po napotkaniu niespodziewanej przeszkody. Turkusowa toń intensywna na horyzoncie, dopiero na pół metra od brzegu rozjaśniała się, przechodząc w jasnobeżowy odcień piasku.
Morze Karaibskie miało tak niespotykaną urodę, że wprost magnetycznie przyciągało wzrok. Podobną potrzebę wpatrywania się wywoływało palące się ognisko. Dwa żywioły – woda i ogień wabiły człowieka od wieków niezmiennie.
Cancun przyciągało turystów nie tylko widokiem wspaniałych plaż. Wielkie centra handlowe, restauracje, kawiarnie po obu stronach Bulwaru Kukulkan ciągnęły się przez blisko dwadzieścia kilometrów. Spoglądając na grupkę turystów siedzących na ławce nieopodal, wybuchających salwami głośnego śmiechu, zrozumiała, że tworzyli żywy sitkom. Dotychczas była przekonana, że ów gatunek filmowy jest produktem skrajnie sztucznym, wymyślonym dla zabawiania niewybrednej publiczności. Niespodziewanie okazało się, że jest najwierniejszą repliką realnego zjawiska. Obszernymi pasażami sunęli potężni turyści, a u ich boków przetaczały się żony o wielorybich kształtach. Poczuła się przy nich niedożywiona.
Wnętrza centrów handlowych ozdabiały wielkich rozmiarów plastikowe palmy, krokodyle, krasnale, muchomory, węże i żyrafy. Wyczerpana oglądaniem plastikowej rzeczywistości, postanowiła zjeść obiad na tarasie pobliskiej restauracji. Do konsumpcji zapraszała wesoła kelnerka, ubrana w pięknie haftowaną, białą spódnicę i kolorową bluzkę. Szeroki na co najmniej dwadzieścia centymetrów turkusowy kołnierz wijący się wokół szyi wyglądał niczym zbłąkana fala z Morza Karaibskiego.
Przejrzała wielką kartę dań, oprawioną w drewniane okładki. Zdecydowała się na zupę o równie egzotycznej, co nic niemówiącej nazwie, za którą kryły się pływające w esencjonalnym rosole kawałki kurczaka, ryż i warzywa doprawione palącymi przyprawami. Na deser tradycyjnie zamówiła cappuccino.
Pożywiając się, spoglądała na ulicę, którą co i raz przemykały sylwetki turystów z przyczepionymi do ramienia urządzeniami nadzorującymi przebieg ćwiczeń fizycznych. Człowiek nie mógł już biec radośnie przed siebie bez elektronicznej kontroli. Pomykający chodnikiem miłośnicy joggingu wyglądali jak gdyby poddawali się z determinacją nakazanym torturom. Twarze biegnących spocone i wykrzywione z wysiłku, kontrastowały z obliczami zadowolonych z życia grubasów, niosących dumnie swoje wielgachne brzuchy niczym ciężarne oczekujące przyjścia na świat długo i z utęsknieniem wypatrywanego pierworodnego. Jedni i drudzy byli spoceni, różniła ich droga dojścia do tego stanu.

Wycieczka autokarowa do Chichen Itza, obowiązkowy punkt programu każdego porządnego turysty podróżującego po półwyspie Jukatan, rozpoczynała się wczesnym rankiem. Na początek zbierano pasażerów z hoteli rozrzuconych po całym mieście i zwożono do centrum informacji turystycznej. Po godzinnym objeździe wszyscy uczestnicy ekspedycji byli skompletowani. Matyldzie przypadło miejsce obok posiadaczki wyplatanego kapelusza, w rzadko spotykanym wśród słomkowych nakryć głowy fioletowym kolorze. Gdy przyszła, większość miejsc w autokarze była już zajęta, a na jednym z ostatnich wolnych foteli spoczywał ów kapelusz.
– Czy to miejsce jest wolne? – zapytała.
– Tak, proszę – odrzekła właścicielka fioletowego nakrycia głowy, układając je na kolanach. Matylda, nie czując się zaproszoną do rozmowy, kontemplowała mijane krajobrazy i przysłuchiwała się objaśnieniom przewodnika. Jimmy mówił naprzemiennie po angielsku i hiszpańsku, co raczej utrudniało zrozumiały przekaz.
– Pierwsza sprawa to właściwa wymowa nazwy miejscowości, do której jedziemy. Wymawiamy „cziczenica”, a nie „czikenpizza”. Autobus roześmiał się w dwu językach. Podróż do piramid, trwająca ponad dwie godziny, powoli rozwiązywała ludziom języki. Matylda naruszyła zadumę sąsiadki standardowym pytaniem o kraj zamieszkania, którym okazały się Stany Zjednoczone.

Tamara Halson była w nieidentyfikowalnym wieku, osiąganym przez kobiety po przekroczeniu pięćdziesiątki, które w rozsądny sposób dbają o siebie. Ubrana w koszulkę polo w drobne paski oraz dżinsy, wyglądała na osobę gustującą w kolorze niebieskim. Dobrze harmonizowały z nim jasnoniebieskie oczy, których stanowcze spojrzenie łagodniało po analitycznym zaakceptowaniu nowych faktów. Szyję ozdabiał pojedynczy sznur niewielkich koralików. Sąsiadka co chwilę odgarniała z czoła lekko falujące półdługie ciemnorude włosy. Przy tym geście widać było zadbane paznokcie pokryte różowym perłowym lakierem.
Stopniowo rozmowa ożywiała się i wzbogacała o kolejne informacje. Okazało się, że towarzyszka podróży mieszka nieopodal Houston. Wyglądało na to, że nic co wiąże się z lotnictwem nie może obyć się bez Houston.
Gdy Matylda opowiadała o szczegółach ubiegania się o wizę amerykańską, Tamara co chwilę powtarzała:
– Nieprawdopodobne! Nieprawdopodobne!
– Jeżeli chcesz, mogę ci pokazać wizę wjazdową do twojego kraju.
– Możesz mi pokazać? Naprawdę? To takie ciekawe! – żywiołowo okazywała zainteresowanie. – Nie wierzę, że musicie przez wysoko płatny telefon umawiać termin wizyty w konsulacie! Niemożliwe, że płacicie aż sto dolarów, nie wiedząc czy wiza będzie wydana!
– Tamaro – Matylda uniosła w górę dwa palce – przysięgam, że wszystko co ci opowiadam to prawda!
– I ja muszę coś oświadczyć – powiedziała Tamara uroczystym tonem.
– Tak, słucham cię...
– Moja droga, bardzo cię przepraszam w imieniu narodu amerykańskiego i naszego rządu – potwierdziła to poważną miną.
– Ależ nie musisz mnie przepraszać! Poddałam się wszystkim procedurom i poniosłam koszty dobrowolnie, na własne życzenie. A poza tym nie wymyśliłaś tego, więc nie musisz się czuć nie w porządku.
Po opowieściach o zdobywaniu wizy Matylda opisała szczegóły przekraczania granicy amerykańskiej.
– Tamaro, powiedz mi, czy już do końca świata wszyscy będziemy na bosaka wjeżdżać do twojego kraju?
– Moja droga, już raz cię przeprosiłam, ale jestem tak zawstydzona, że muszę powiedzieć ci coś jeszcze: uwierz mi, że jest to rozwiązani przejściowe. Uwierz mi! – zawołała z iście amerykańską emfazą.
– W Polsce mówi się, że najtrwalsze są prowizorki. Ale niech ci będzie. Zmieńmy temat.
– Dobrze. Dla kogo pracujesz?
– Dla prywatnej firmy medycznej. A ty, dla kogo pracujesz?
– Dla rządu – dziwnie krótko odpowiedziała Tamara.
– Oh, jak to amerykańsko brzmi. W co drugim filmie słyszę, że ktoś pracuje dla waszego rządu. Czym zajmujesz się w pracy?
– Jestem zatrudniona w branży elektronicznej.
– O, to ciekawe! Jestem fanką nowoczesnej elektroniki. A co robi twoja kompania?
– Rozwiązuje trudne problemy – odpowiedziała Tamara z kontrolowaną powściągliwością.
– Tego bym nie zgadła – odrzekła ze śmiechem Matylda – ale co konkretnie?
– Już ci powiedziałam.
– Ale jesteś tajemnicza! Pewnie pracujesz dla FBI?
– Ależ, moja droga, masz niezłą wyobraźnię, że w każdym obywatelu naszego kraju widzisz tajemniczego agenta... no, no... Niezależnie od tego co robię, gdybyś kiedyś była w Houston, koniecznie musimy się spotkać.
– Wcześniej przyślę ci maila, a co do spotkania – chyba nie nastąpi tak szybko. Nieźle dajecie w kość przyjezdnym na granicy. Przeżycia zostają na długo w pamięci.
– To się zmieni, zapewniam cię – oznajmiła Tamara. – Zaufaj mi! – powtórzyła z nieczęsto spotykaną wiarą i mocą.

Dopiero koło południa dojechali do Chichen Itza. Aleja prowadząca do głównej piramidy była wysadzana drzewami, pod którymi rozłożyli swe kramiki sprzedawcy okolicznościowych pamiątek. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zacienioną konarami aleją oczom zwiedzających ukazała się największa budowla. Budziła respekt nie tylko wyglądem, ale i precyzją architektoniczną oraz zamysłem konstrukcyjnym. Zwiedzający słuchali słów przewodnika przepełnieni autentycznym uznaniem dla wielkiego narodu żyjącego w odległej przeszłości, który świetnie znał astronomię, matematykę, architekturę. Co więcej, ogromną wiedzę posiadł bez udziału komputerów.

Kolejny dzień łagodził objawy jet-lagu. Matyldzie udało się po raz pierwszy nie zbudzić w środku nocy z umysłem rześkim i jasnym. W drodze na przystanek autobusowy zauważyła, że w pobliżu jest spore targowisko. Z głośników umieszczonych pod dachem budki stojącej na skraju placu płynęła tak urokliwa meksykańska muzyka, że trudno było nie zatrzymać się choćby na chwilę. Stojący nieopodal młody Meksykanin wtórował śpiewającym zespołom pięknym tenorem. Na widok Matyldy zawołał wesoło:
– Buonas dias, seňora! Piękna muzyka, nieprawdaż?
– Buonas dias, seňor, faktycznie wspaniała. Właśnie chciałam kupić płytę na pamiątkę, ale w supermarkecie trzeba wybierać na chybił trafił, nie można przesłuchać.
– Jeśli chce pani kupić płyty z takimi melodiami, chętnie wskażę drogę. Jestem José.
– Jeśli miejsce sprzedaży nie jest daleko, przejdę się z panem.
– To całkiem blisko, zapraszam – oświadczył José i szarmancko podał jej ramię. Minęli po drodze kilka kiosków. Jednak przewodnik nie zatrzymał się przy żadnym z nich.
O, kurczę! Gdzie my idziemy? Chyba nie walnie mnie w łeb w celu ograbienia z gotówki? Dobrze, że jestem wysoko ubezpieczona od nieszczęśliwych wypadków – pomyślała. Po chwili doszli do kiosku z płytami. José przekazał sprzedawczyni prośbę Matyldy. Kobieta prezentowała nagrania, a José przyśpiewywał. Przy kolejnej skocznej melodii zaczął rytmicznie przytupywać nogą, po czym niespodziewanie porwał Matyldę do tańca.
– Młody człowieku, co pan robi? Mogłabym być pańską babką – odezwała się karcącym tonem, wirując z szalonym tancerzem na środku targowiska.
Zaraz wychyli się wspólnik zza rogu i walnie mnie cegłą w głowę. Jak nic tak będzie. Tańcząc salsę w objęciach przystojnego Meksykanina trafię do nieba. Wszystkie koleżanki będą mi zazdrościły awanturniczego zejścia z tego świata. Umrzeć w łóżku potrafi każda kobieta, ale w rytm salsy na odległym kontynencie tylko wybrańcy niebios, którzy w tak romantyczny sposób są powoływani przed oblicze Pana.
– Seňor, zmęczyłam się, z pewnością pańska babcia już by padła nieżywa!
– Moja babcia? Nigdy! Ja z nią tańczę codziennie i jest bardzo wytrenowana – wyznał z szelmowskim uśmiechem José. Trudno było nie polubić tego młodzieńca, jednak rozsądniej będzie skończyć na dziś z hasaniem. Uwolniła się z objęć szalonego tancerza i poprosiła o wskazanie drogi do wyjścia, dołączając jednodolarowe podziękowanie za usługi przewodnika. Napiwek został przyjęty z zadowoleniem, a droga powrotna odbyła się na szczęście bez tańców karaibskich.



Dyrektor Tamara Halson nigdy nie brała urlopu dłuższego niż tydzień. Z wypadu do Cancun wróciła już w niedzielę popołudniowym lotem. Odebrała bagaż z taśmy i skierowała się ku podziemnemu parkingowi. Wrzuciła walizkę do bagażnika i wsiadła do samochodu. Było to jej pierwsze auto w kolorze innym niż czerwony, od czasu gdy w siedemnastym roku życia zrobiła prawo jazdy. W ubiegłym roku uznała, że pora dokonać paru życiowych zmian i zaczęła od koloru karoserii.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła w labirynt kilkupiętrowego parkingu. Po chwili wyjechała na powierzchnię i powoli mijała drogi wyjazdowe z lotniska.
Dlaczego one zawsze są tak dziwnie pokręcone? – pomyślała. Szybko dojechała do pięćdziesiątej dziewiątej drogi stanowej i omijając szerokim łukiem centrum wielkiego Huston, skierowała się na wschód. Po czterdziestu minutach była w Meadows Place. Skręciła w Kirkwood Road, minęła budynek straży pożarnej i zatrzymała się na krótkiej uliczce Scottsdale, gdzie mieszkała. Wyjęła ze schowka pilota i otworzyła drzwi garażu, przylegającego do jednopiętrowego domu.
Była w swoim nieskazitelnym królestwie. Długo pracowała nad ostatecznym urządzeniem rezydencji i dopiero po kilku latach uznała, że wszystko jest na swoim miejscu. Wchodzący do domu gość nieomal wpadał na stół kuchenny, okrągły, niezbyt duży z ozdobną kompozycją z suszonych liści i kwiatów. Ze środka układanki wyrastały trzy świece, nigdy nie zapalane. Światła dostarczała lampa z kloszem w kształcie kwiatowych liści, których poszczególne turkusowe płatki mogły przypominać Morze Karaibskie. Już poza obrysem stołu, wysoko u sufitu zawieszono olbrzymią donicę z pojedynczymi, zwisającymi ku dołowi, pokręconymi łodygami.
Na prawo od drzwi wejściowych prowadzących bezpośrednio do kuchni znajdował się podręczny kredens z kilkoma półkami. Na samym dole stało kilka pojemników z płatkami śniadaniowymi o różnych smakach, a powyżej dwie patery z owocami, które od tyłu ochraniał metalowy talerz w kolorze starego złota.
W głębi kuchni, wzdłuż ścian zgrupowano sprzęty użytkowe – lodówkę, blat do przygotowywania posiłków i mikrofalówkę, z której Tamara chętnie korzystała, nawet do gotowania wody na herbatę. Tradycyjne posiłki podawała jedynie na Thanksgiving Day, serwując dania na porcelanie. Szczyciła się tym, że zastawę, będącą w rodzinie od trzech pokoleń, każdego roku po zakończeniu uroczystego posiłku zmywała ręcznie. Obiady sobotnie lub niedzielne, w gronie nieczęsto zapraszanych przyjaciół, wydawała w pokoju jadalnym, będącym przedłużeniem kuchni. Stół w jadalni miał kształt ośmiokąta, za którego bokami ustawiła cztery ciężkie krzesła o wysokich oparciach. Środek blatu zdobiła następna kompozycja z suszonych liści. Nad stołem zwisał stary, sporych rozmiarów kryształowy żyrandol.
Po posiłku goście przechodzili do living roomu, sadowiąc się na kanapie bądź kilku fotelach rozstawionych przy niej. Ponad kanapą, obitą solidną beżowozieloną tkaniną, zawiesiła duży obraz olejny z widokiem morza. Po falach sunął okazały żaglowiec, a obok niego na wodzie unosiły się dwie niewielkie łódeczki.
Przed kanapą stały dwa małe stoliki, na których teoretycznie można było oprzeć nogi wyciągnięte po amerykańsku. Na jednym z nich umieściła rzeźbę z brązu przedstawiającą splecionych kochanków. Co jej przypominali? Któż to mógł wiedzieć. Chyba tylko ona sama i mityczny kochanek, do którego prawdopodobnie nie tęskniła. Oceniała ludzi wcześniej niż zdążyła się nimi zachwycić. Tak szybka klasyfikacja powodowała, że niełatwo jej było rzucić się w ramiona mężczyzny. Z tego właśnie powodu żaden mężczyzna nie kładł swych buciorów na estetycznych blatach stolików. Na dole drugiego stolika w szklanym słoju umieściła kilka białych minerałów, skupiających pozytywną energię. Do krótszego boku kanapy przylegał trzeci stolik z fotografiami najbliższych, przy których czuwał anioł z porcelany.
Na wprost kanapy, pod przeciwległą ścianą ustawiła komodę w gustownym orzechowym kolorze, a na niej dwie rzeźby. Kobieca drewniana sylwetka bez głowy, dłoni i stóp. Cóż symbolizowała? Czy kobietę, która utraciła zdolność myślenia, dążenia do przodu i wyciągania dłoni do innych osób, tkwiąc jedynie zatopiona we własnym wnętrzu? Druga rzeźba miała abstrakcyjny kształt.
Ponad komodą sześć obrazów tworzyło eklektyczną kompozycję. Nadmorski krajobraz okolony szerokimi ramami w kolorze przyćmionego złota intrygował zielenią nieba. Obok morskiego pejzażu zawieszono obraz przedstawiający niewielki wazon z pięcioma czerwonymi makami. Z kwiatów opadło kilka płatków. Gdyby nie białe ramy kolejnego obrazu, płatki wirując mogłyby spaść na most wiszący poniżej. Widok nadmorskiego bulwaru z łódkami na falach, domami w czerwonej poświacie zachodzącego słońca nawiązywał tematycznie do innych marynistycznych akcentów prezentowanych pejzaży. Lubiła widok morza, różne jego odmiany. Nic dziwnego, że pod oknem z dala od komody znalazł swe zacisze pejzaż z białą żaglówką i pobielonym wapnem domem na nadbrzeżu. Jedynie nad wiklinowym koszem z kilkoma zielonymi roślinami o długich, wąskich liściach zawisł wizerunek trzech czarnoskórych kobiet. Ubrane w jaskrawe suknie, obejmując się w pasie, szeptały sobie na ucho tylko im znane tajemnice.

W salonie były miejsca siedzące dla nie więcej niż siedmiu osób. Nigdy też więcej się nie zapraszało. Trzy osoby mogły usiąść na kanapie i trzy na fotelach. Z siadania wyłączone było krzesło z niewielką poduszeczką i wyhaftowaną sentencją:
MEN, COFFEE, CHOCOLATE – THE RICHER – THE BETTER.
Najbliżsi przyjaciele znając jej zamiłowanie do czekolady o dużej zawartości kakao przed laty przynieśli w urodzinowym podarunku tę poduszeczkę. Gdy goście omówili bieżące tematy, mogli przejść do show roomu wyposażonego w telewizor i zestaw hi-fi. Ten pokój łączył living room z kuchnią. W pokoju telewizyjnym miękka kanapa zachęcała do ułożenia się w mniej formalnej pozycji. W chłodniejsze dni można było dodatkowo przykryć się pomarańczową wełnianą chustą z dużymi oczkami. Na metalowym kufrze stojącym przed kanapą leżał program telewizyjny i kilka książek o charakterze przewodników biznesowych i psychologicznych.
Obrazy w tej części domu przedstawiały portrety chłopca, młodej dziewczyny oraz cztery tajemnicze głowy ułożone blisko siebie. Na ścianie odgradzającej kuchnię powiesiła dziecięcy obrazek z podpisami „Daddy” i „Mommy” narysowany na grubym kartonie, który przykleiła do deski pokrytej bezbarwnym lakierem.
Otoczona kwiatami, widokami morza, żaglówkami, kryształami, minerałami emanującymi dobrą energię, ludziom wyznaczała niewiele miejsca w swoim domu.
Rozpakowała się, przejrzała korespondencję, wypiła herbatę z ulubionego kubka z małą literą „t” i poszła spać. Żałowała, że nie może przywitać się z Julio, który tradycyjnie był u Yordy.

W poniedziałek już od siódmej rano była w laboratorium. Temat, nad którym pracował jej zespół był zbyt poważny, aby nawet najzdolniejszych ludzi można było zostawić dłużej bez nadzoru. W końcu to ona osobiście odpowiadała przed szefem Departamentu Rozwiązań Specjalnych, pułkownikiem Jeffem Quarry’m.
Prace posuwały się w dobrym tempie, jednak co i raz pojawiały się nieprzewidziane trudności. Kilka kwestii trzeba było dopracować, zwłaszcza biokompatybilność. Za ich rozwiązanie bezpośrednio odpowiadali najzdolniejsi współpracownicy. Zaprosiła ich do gabinetu na krótką naradę.
Pierwsza nadeszła Yordy, lubiła tę dziewczynę jak córkę. Gdy dowiedziała się, że obchodzi urodziny tego samego dnia co matka Yordy, uznała ten fakt za przyzwolenie niebios na otoczenie młodej asystentki opieką i wsparciem. Po chwili dołączył Andrew.
– Moi drodzy, czytnik fal gamma źle je kwalifikuje i zbyt często powstają fałszywe alarmy – podzieliła się spostrzeżeniem zrodzonym po przejrzeniu wyników ostatnich badań.
– Myślisz, Tamaro, że to wina czytnika? – zapytała Yordy.
– Może trzeba dopracować charakterystykę filtru dla innych fal, nie mają one dla nas właściwie żadnego znaczenia, możemy też obciąć niższe częstotliwości w obrębie fal gamma. Jeżeli zawęzimy pasmo odczytu, powinny zniknąć fałszywe alarmy – głośno zastanawiał się Andrew. – A jak tam twój urlop w Meksyku, Tamaro?
– Jestem bardzo naenergetyzowana, bardzo. Piramidy to sprawiły – odpowiedziała.
– Jeżeli ty jesteś naenergetyzowana, to chyba nie warto w ogóle wychodzić z laboratorium?
– Nie będzie tak źle. Zmykajcie do roboty!
Ledwie Tamara zdążyła się zapoznać z tym, co działo się podczas jej kilkudniowego meksykańskiego urlopu oraz poczynić ustalenia co do kierunku dalszych badań, a już dzwonił Jeff Quarry z Departamentu Rozwiązań Specjalnych:
– Jak pewnie wiesz, straciliśmy kolejny samolot.
– Tak, słyszałam o tym wypadku.
– Kiedy zakończycie prace? – zapytał Jeff.
– Musimy zainstalować jeszcze trzy prototypy w mniej ruchliwych punktach.
– Czy wyniki z pięciu punktów wystarczą do napisania raportu końcowego? – upewniał się.
– Myślę, że tak. Punkty były bardzo obciążone, dzięki czemu mamy dane z różnych sytuacji.
– Wracaj więc do laboratorium i pracuj ze swoimi ludźmi intensywnie. Bez przesady mogę powiedzieć, że świat czeka na wyniki waszej pracy.

Wieczorem w przeddzień wyjazdu Matylda spakowała walizkę, starannie przeglądając kieszenie i wszystkie zakamarki garderoby w celu upewnienia się, że nie zadomowili się w nich nielegalni emigranci w postaci mrówek lub karaluchów. Każda sztuka ubrania trafiała do walizki po energicznym wytrząśnięciu. Wyniki inspekcji wypadły pomyślnie. Prawdopodobnie stworzenia zmieniły miejsce zakwaterowania. Przypuszczała, że nie odpowiadał im zapach farby drukarskiej, który zaczął się unosić w pomieszczeniu w miarę powiększania się sterty gazet w języku hiszpańskim.
Pakowanie trwało kilka godzin i zostało zakończone tradycyjnym siłowym domykaniem dwóch połówek walizki, jak zawsze nieskłonnych do połączenia się w jedną całość. Po zmianie ułożenia niektórych przedmiotów obie części zamka wreszcie zaskoczyły.
Utartym zwyczajem Matylda nie korzystała z windy w dniu odjazdu na lotnisko, niezależnie od tego, czy była to winda domowa czy hotelowa. Zbyt silnie na jej wyobraźnię działała wizja przymusowego postoju między piętrami, uciekającego samolotu i paru jeszcze innych niemiłych zdarzeń. Jednak tym razem ponaddwudziestokilogramowa walizka i ciężki plecak wykluczały schodzenie po schodach przez trzy piętra. W podręcznym plecaku jak zawsze miała upominki dla Maniuli i Franka. Nigdy nie powierzała opiece przewoźników prezentów przeznaczonych dla rodziny. Myśl, że po powitaniu nie mogłaby wręczyć najcenniejszych upominków była nie do przyjęcia.
Nie mając wyboru wsiadła do windy i zjechała na parter oznaczony literami PB. Kabina zatrzymała się nieco niżej, niż powinna. Matylda bezskutecznie usiłowała podźwignąć bagaż. Śniadanie w postaci jabłka i wody mineralnej to za mało, aby podołać wyciąganiu walizki z pułapki.
Recepcjonista, wyczuwając szansę na napiwek, podskoczył do szamocącej się Matyldy i pomógł uporać się z bagażem. Po sprawdzeniu stanu rachunków oddała klucz od pokoju i wymeldowała się z hotelu. Chłopak przywołał taksówkę i z zapałem umieścił walizkę w bagażniku. Został nagrodzony banknotem, który rozjaśnił jego jeszcze przed chwilą senne oblicze. Napiwek dwadzieścia pesos otrzymany wczesnym rankiem zapowiadał całkiem dobry dzień, nawet gdyby w następnych godzinach już nic szczególnego się nie zdarzyło.
Porannym samolotem z Cancun do Houston podróżowało nie więcej niż trzydzieści osób. Lot przebiegał tak spokojnie, że nawet deklaracje graniczne udało się Matyldzie wypełnić bez pomyłek. Po wylądowaniu kolejka chętnych do spotkania z władzą graniczną posuwała się dość szybko. Tu również rozstawieni co kilkanaście metrów pomocnicy strażników granic sprawdzali poprawność wypełnienia kwestionariuszy.
Pogawędziwszy z władzą graniczną pognała po walizkę, która kręciła się już jako jedna z ostatnich na taśmie. Zdenerwowana, nie zdejmując z ramion plecaka, złapała walizkę i zgrabnym ruchem upuściła na swoją prawą stopę. Zacisnęła zęby i powiedziała sobie: Mogę iść, więc idę dalej.
Celnik odbierający druczek dociekał, czy Matylda nie przewozi niedozwolonych przedmiotów i żywych stworzeń wymienionych w deklaracji. Właściwie nie była pewna. Może wiozę jakąś mrówkę, nielegalną emigrantkę, ale czy mrówka to insekt? Na pewno nie mam przy sobie żywego węża wymienionego w druczku. Nawet chyba nie mam węża w kieszeni, ale co do mrówki, to pod przysięgą bym nie zeznała. Skoro jednak nie kazano przysięgać, to można było zaryzykować:
– Niczego niedozwolonego nie przewożę – oświadczyła bez zbędnych wahań z pryncypialną szczerością.
– Proszę przechodzić dalej – zadecydował celnik. – Może pani tu przekazać swój bagaż – dodał, wskazując na sporych rozmiarów skrzynię, która połykała walizki stawiane na przesuwającej się taśmie. Matylda chętnie pozbyła się ciężaru i pobiegła dalej długimi korytarzami, które zdawały się nie mieć końca. Wkrótce okazało się, że czeka ją zmiana terminalu i pobranie nowej karty pokładowej do San Francisco.
Sprawnie pokonała tor przeszkód ze zdejmowaniem butów, oddawaniem bagażu podręcznego, odpinaniem zegarka, odszukiwaniem komórki uwięźniętej w zakamarkach kieszeni, niezmiennie uśmiechając się do umundurowanych urzędników rozstawionych na kolejnych punktach kontrolnych. Niespodziewanie piąta z kolei osoba powiedziała:
– Proszę uważać, tu zaczynają się schody.
– To widzę, ale co mam pani pokazać? Paszport? Bilet? Kartę pokładową?
– Nie, nic – odparła kobieta z uśmiechem.
– Niemożliwe... na pewno coś muszę pani pokazać albo z czegoś się rozebrać... – dociekała Matylda. – Naprawdę mogę iść dalej w butach i skarpetkach, że o majtkach nie wspomnę?
– Nie musi pani niczego zdejmować. Moja praca polega właśnie na tym, że wskazuję podróżnym, że tu zaczynają się schody ruchome prowadzące na górny poziom terminalu.
– Jest pani najmilszą osobą na tym lotnisku, która nic od mnie nie chce i jeszcze coś samorzutnie ułatwia. Rewelacja niespotkana do tej pory w całym porcie lotniczym Houston International – podsumowała Matylda.
Wjechała na górę i odszukała bramkę, z której przyjmowano podróżnych do San Francisco. Na fotelach siedziała już spora grupa oczekujących. Niektórzy czytali gazety, inni popijali kawę w pobliskim barze albo przyglądali się współtowarzyszom podróży.
Co chwilę z głośników nadawano komunikaty o zasadach bezpieczeństwa. Ostrzegano przed nieznajomymi osobami, zalecano rozglądanie się wokół oraz natychmiastowe meldowanie odpowiednim służbom, gdyby coś wydało się podejrzane. Według informacji podawanych przez głośnik należało zwracać szczególną uwagę nie tylko na osoby proszące o popilnowanie paczki czy bagażu, co wydawało się dość oczywiste, ale także opowiadające głupie dowcipy.
Cztery godziny lotu z Houston do San Francisco upłynęło pasażerom lotu 307 Continental Airlines bez większych niespodzianek. Wylądowali o 8.24 p.m. Matylda Szybko odnalazła zamówioną taksówkę i po półgodzinie była przed hotelem Super Inn.
Budynek, mimo iż parterowy, zapewniał przyzwoity standard. Pokój był umeblowany porządnie, a łazienka jawiła się jako tradycyjny zbiór pułapek i zagadek z zakresu hydrauliki i mechaniki w wydaniu amerykańskim, nieco różniący się od zagadek europejskich, już przez Matyldę w dużym stopniu rozwiązanych.
Uruchamianie wypływu wody odbywało się za pomocą dwóch kolistych tarcz, które w zależności od wzajemnego ustawienia regulowały przepływ przez kran lub przez prysznic. Początkowo wskutek nieznajomości działania tej nietypowej konstrukcji Matylda polewała stopy wrzątkiem lecącym z kranu, a plecy lodowatą wodą z prysznica. Hydroterapia w stylu amerykańskim zapewniła jej pobieżne odświeżenie się po podróży i znaczne ożywienie umysłowe. Po wyjściu z kąpieli zaparzyła duży dzbanek kawy dla utrzymania sprawności intelektualnej na odpowiednim poziomie i ułożyła się przed telewizorem ustawionym na regale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Pocałunek uzależnienia - odcinek piętnasty

Rozdział 15. Niespodziewana awaria doskonałej machiny   [Algieria 2013/4248] Kreatorzy medialnego wizerunku dr Odrana – Zatrosk...