piątek, 28 kwietnia 2017

Tańczę tango 3.0 - odcinek trzeci

3.Rodzinne Miasteczko Matyldy

Rodzinne Miasteczko położone było na niewielkim wzniesieniu, będącym największą trwałą pamiątką zostawioną przez polodowcowe zamieszanie. Nie można było do trwałych pozostałości zaliczyć drobnych otoczaków, używanych w powojennych latach do budowy podmurówek nielicznie stawianych domów. Kamienie, nie dość że wszystkie były podobne do siebie, to jeszcze często zmieniały miejsce pobytu i przez to słabo rzucały się w oczy. Miasteczko ze wszystkich stron aż po horyzont okalały gęste, sosnowe lasy. Przez środek wiła się wyboista droga prowadząca na północ. Podobno dochodziła do jakieś wsi, ale w świadomości wszystkich goździkowskich dzieciaków właściwie nie miała końca. Nikt nie jeździł na północ, bo za wsią rozciągały się tylko długie łany żyta, owsa i pszenicy, czyli nic ciekawego.
 W Rodzinnym Miasteczku każdy miał swoje własne pole, dobrze znane od dziecka, obrabiane każdego roku i nie interesował się cudzym.
Naprawdę ciekawa to była wyprawa na odpust do parafii, hucznie obchodzony na świętych Piotra i Pawła, gdzie można było zobaczyć wspaniałe, niecodzienne rzeczy. W górnej części straganów rozstawianych przed kościołem łopotały na wietrze różnokolorowe flagi i baloniki, w dolnej części wisiały piłeczki jo-jo na gumce, a na wysokości oczu znajdowały się słodycze. Sprzedawcy chyba od zawsze wiedzieli, co przyciąga spojrzenia dzieciaków. Matylda najbardziej lubiła lizaki, białe z pasemkami różowego… z czego właściwie było to różowe? Do dziś nie wiadomo, ale smakowało niebiańsko.
Jeszcze fajniej niż wybrać się na odpust było pojechać do Ameryki. Co słodkiego miała w sobie Ameryka? Na sto procent coś musiała mieć. Nie śpiewano by bez powodu na spotkaniach towarzyskich, do muzyki granej przez orkiestrę:
To jest Ameryka, to słynne USA,
Wspaniały kraj, na ziemi raj…
Na pewno nie słyszało się takich wywrotowych pieśni o Ameryce w toczkach, które zaraz po wojnie zainstalowano wszystkim mieszkańcom Rodzinnego Miasteczka w ramach elektryfikacji i radiofonizacji. Ciekawe, że takie „Podmoskiewskie wieczory”, często nadawane w soboty, nie wywoływały u słuchaczy myśli o podróży na wschód. Tak samo Rozkwitały jabłonie i grusze, choć melodyjne i rzewne, nikogo nie zachęcały do migracji.
Pewnie przez tę piosenkę o Ameryce, będącą przebojem każdego towarzyskiego spotkania, wszyscy w Rodzinnym Miasteczku wiedzieli, że jest tam raj. Szczególnie podatni na wiarę o raju w Ameryce byli mieszkańcy Goździk, peryferyjnej dzielnicy Miasteczka. Do tego potem, ale to już naprawdę dużo później ludziska dowiedzieli się, że nie tylko raj, ale i demokracja jest w tej całej Ameryce. Podobno smaczne nadzwyczajnie było połączenie amerykańskiego raju i demokracji. Smak miało taki… taki… no, do niczego krajowego niepodobny.


Matylda przypuszczała w skrytości ducha, że raj i do tego jeszcze demokracja, połączenie niespotykane nigdzie indziej na świecie, niepowtarzalne w swoim rodzaju dwa w jednym, kombinacja trudna do wyobrażenia zwyczajnym umysłem, musiała nazywać się DEMOK - RAJ. A może DEMO - KRAJ? zastanawiała się nieraz, ale na Goździkach nie było pod ręką nikogo, kto pomógłby rozwikłać ten skomplikowany dylemat lingwistyczny.
Na Amerykę w Rodzinnym Miasteczku zachorować musiał każdy, jak na świnkę albo odrę. Jeden wcześniej, drugi później, bez wyjątku. Przypadki, które nie uodporniły się w dzieciństwie były więc teoretycznie nadal zagrożone infekcją. A że szczepionki na tę przypadłość nie znano, to i złapanie bakcyla było tylko kwestią czasu.
W Rodzinnym Miasteczku wszyscy liczący się mieszkańcy mieli kogoś za wielką wodą, a co obrotniejsi rezydowali tam od co najmniej dwóch pokoleń. Fajtłapy, inteligenci pracujący i niespieszni myśliciele właśnie sposobili się do podejścia po wizę amerykańską. Wieczorami siadali przy ciepłych jeszcze kaflowych piecach i wiedli spokojne rozmowy taktyczne. Najważniejsze pytanie brzmiało: jak ustawić się w kolejce pod ambasadą, żeby nie trafić do tej mądrali, co siedziała w ostatnim okienku? Odrzuca prawie co drugiego kandydata na turystę.
Barco mi psikro, ale pan nie jest turista – stwierdzała, z zapałem obcując z językiem polskim. Te porażające słowa pani konsul okraszała szerokim uśmiechem odsłaniającym zęby, a sztuczny blask materiałów stomatologicznych dobrze kontrastował z jej śniadą cerą. Znana ze swych stanowczych decyzji, nie była w stanie zrozumieć, że turystyka to coś innego niż uporczywe oglądanie zachodzącego słońca na nadmorskich bulwarach i powrót do domu z pustymi kieszeniami. Taką wycieczkę każdy głupi potrafi zaliczyć.
Nieprzyjaźnie potraktowani przez przedstawicielkę amerykańskiej administracji, zdesperowani mieszkańcy Rodzinnego Miasteczka kupowali bilet lotniczy do Mexico City, skąd drogą lądową udawali się do przejścia granicznego Naco w stanie Arizona. Z ust do ust podawano sobie nazwę skromnego hoteliku, w którym należało się zatrzymać po meksykańskiej stronie i wynająć pokój numer siedem.
Gości proszących o pokój numer siedem recepcjonista powiadamiał mocno łamaną polszczyzną, że w ciągu kilku godzin przyjdzie osoba, z którą są umówieni na spotkanie. Zwykle pod wieczór rozlegało się ciche stukanie do drzwi, pospiesznie otwieranych przez oczekującego. W progu stała wiekowa Meksykanka o pomarszczonej twarzy.
Starucha wymagała dwóch rzeczy: opłaty z góry za wskazanie drogi do słynnej dziury w ogrodzeniu granicznym i przejścia przez nią bez paszportu, który meksykańskie dzieciaki donosiły pół godziny po pomyślnym przekroczeniu granicy. Niejeden siedząc na krawężniku w oczekiwaniu na paszport zadawał sobie słynne pytanie: Na co mnie było przyjeżdżać do Naco?
Na szczęście Meksykanka prowadziła solidną firmę, której byt oparty był na referencjach przekazywanych z ust do ust i po półgodzinie pojawiał się kurier z paszportem. Całą operację zaczynano zwykle około drugiej w nocy i kończono nad ranem. W umówionym miejscu na przeprowadzonego czekał krajan i zapewniał transport do Jackowa. Zanim ruszyli w drogę, spoglądali na solidne kraty w oknach jednopiętrowego białego budynku straży granicznej w Naco, szczęśliwi, że nie muszą podziwiać walorów metalowej konstrukcji od wewnątrz.
Próbować dostać się do Ameryki przez meksykańską granicę, wpaść w ręce straży granicznej, przejść drugi raz na amerykańską stronę, mając do odpracowania pięć tysięcy dolarów kaucji za wypuszczenie z aresztu potrafili tylko nieliczni obywatele Rodzinnego Miasteczka.
– Coś sąsiada długo nie widział… W Ameryce był czy chorował? – zagadywali znajomi.
– Korzonki dokuczali, siedział ja w domu całą zimę przy piecu i krzyż wygrzewał, ale na wiosnę może i pojadę do Ameryki – odpowiadał kandydat na turystę.
– A słyszał sąsiad, że Stasiek Julków przywiózł trzydzieści tysięcy i plac już kupił pod budowę domu?
– A tam, zaraz trzydzieści... też opowiada. Ledwie dwadzieścia siedem będzie wszystkiego majątku, a przechwala się jakby worek dolarów przywiózł albo i dwa. U Julków wszystkie takie chwalipięty, nie wie tego, czy nietutejszy?
Nie było większej obelgi niż powiedzieć komuś, że jest „nietutejszy” albo nazywać flancowanym mieszkańcem Rodzinnego Miasteczka.
– Na mnie czas – stwierdzał sąsiad i dla uprawdopodobnienia przyczyny pośpiechu rzucał od niechcenia: – Kurom trzeba ziarna podsypać.
Miłośnicy turystyki mieli swoje ugruntowane tradycją zainteresowania dyscyplinami w kraju nieuprawianymi. Mężczyzn fascynowała technologia wyburzania amerykańskiego azbestu. Kobiety dla odmiany niebywale ciekawiło, w jakim czasie można sprzątnąć łazienkę, używając szczoteczki do zębów wręczonej przez wredną chlebodawczynię.
Nigdzie indziej jak kraj długi i szeroki nie obserwowano większego zamiłowania do łączenia pracy z podróżami. Istniały poważne poszlaki, że słynny program „Work & Travel” opracował ktoś pochodzący z Rodzinnego Miasteczka. Bywalcy twierdzili, że samolot do Ameryki nigdy nie wystartuje z Okęcia, jeżeli na pokładzie nie siedzi przynajmniej jedna osoba z Goździk. Wolne miejsce oznaczało, że podróżni nie są jeszcze w komplecie i trzeba spokojnie czekać, bo może Ziutek zatrzasnął się w łazience i bez pośpiechu, którego wprost nie cierpi, zastanawia się jak by tu się wydostać z pułapki.

                                                                          ***

Poważne przesłanki wskazywały na to, że Matylda zbyt krótko mieszkała w Rodzinnym Miasteczku, aby zarazić się we właściwym czasie i przechorować przypadłość w sposób typowy dla lokalnej ludności. Ameryka jawiła się jej równie abstrakcyjnie jak Mars, Księżyc albo odległa epoka historyczna. Nawet przez długi czas poważnie podejrzewała, że nie ma takiego kraju na świecie. Gdyby naprawdę istniał, z pewnością już by dawno zadziałał na podróżniczą wyobraźnię Matyldy. Na to, jak dalece amerykańska żądza nie zaprzątała jej umysłu wskazywał tak poważny dowód, jak brak wizy w kolejnych paszportach. Prawie każdy z Rodzinnego Miasteczka miał wizę wklejoną na odpowiedniej stronie i mógłby napisać grubą książkę o przygodach związanych z wyprawami do konsulatu, ale nie Matylda.
Poza ozdobną wizą Księstwa Lichtenstein, pozyskaną za kilka franków w urzędzie pocztowym w Vaduz, o zdobywaniu takich dokumentów nie wiedziała prawie nic. Dokładniej – tylko tyle, ile można było wyłowić z opowieści krajan o ich przygodach. Odbierała sąsiadów z lotniska, odprowadzała, gościła i pocieszała. Nabywała wiadomości wyłącznie z drugiej ręki. Niekiedy służyła wiedzą medyczną.
– Popatrz tak fachowym okiem... co on taki chudy? – pytała koleżanka, pokazując fotografię męża.
– Jaki tam chudy? Normalny – odpowiadała zwykle.
– Ale popatrz uważnie, okiem doktora! Nie widzisz żeby był rakowaty albo coś podobnego? – upewniała się słomiana wdowa.
– Nie, na rakowatego nie wygląda – zapewniała z całą powagą. – Oświadczam to jako doktór.
– To dzięki Bogu Najwyższemu. A już myślałam, że się coś do Wieśka przyczepiło. Dużo chudszy na twarzy niż przed wyjazdem, nie sądzisz?
– Trochę szczuplejszy, ale to pewnie przez nerwy, no i klimat – uspokajała.
– Pisze, że brak mu naszego jedzenia, wiesz? Może codziennie jeść co chce, a tęskni za polskim chlebem – dziwiła się pozostawiona w Rodzinnym Miasteczku żona.
– Ludzie za granicą mają różne zachcianki. Jedno pewne, że twój Wiesiek nie jest w ciąży – tłumaczyła Matylda kulinarne chętki w sposób przystępny dla każdej kobiety.

Kolejni podróżni lądowali w jej domu na herbatce, opowiadali o tęsknocie za Rodzinnym Miasteczkiem, która dopadała ich za wielką wodą i snuli marzenia o domu z salą bilardową na parterze. Dom będzie wybudowany na wiosnę, gdy tylko fundament obsiądzie. Najdalej przy trzecim kielichu przywoływali Maniulę i dyskretnie wręczali zielony banknot.
Ciekawe ile dostała? – zastanawiała się Matylda przy pierwszej darowiźnie. Dopiero po pewnym czasie dowiedziała się, że istniał zwyczajowy taryfikator. Na samym szczycie finansowej hierarchii była ofiara za szczęśliwy powrót, którą obowiązkowo należało położyć na tacę. Ofiarę składano na sumie w pierwszą niedzielę po powrocie. Szczęście, które towarzyszyło powrotowi do domu wartowało sto dolarów. Nie żeby proboszcz co sugerował, broń Boże! Każdy wiedział od małego, że bez bożej pomocy nic by się nie powiodło, a z panem Bogiem przecież nikt targował się nie będzie. Dzieciakom z najbliższej rodziny należało się na cukierki po dwadzieścia dolarów. Za dostarczenie listu stęsknionej rodzinie kurier dostawał piątaka. Krawcowa, która szyła specjalne woreczki na gotówkę przewożoną pod ubraniem inkasowała dziesiątkę. Wszystko miało swoją cenę i dzięki temu był porządek.

Gdzieś przed dwoma laty zupełnie niespodziewanie okazało się, że w kwestiach dotyczących podróżowania nie ma uniwersalnych odpowiedzi na całe życie. Wszystko oczywiście przez ten cholerny internet. Wpadła w sieć jak przystało na osobę z Rodzinnego Miasteczka. Łaziła po najróżniejszych stronach całymi godzinami. Każdego dnia odbywała szalone e-podróże. Lubiła wchodzić na strony z rozkładami jazdy pociągów i sprawdzać połączenia między odległymi miastami. Zafascynowana studiowała warianty możliwych połączeń między Warszawą a na przykład Lizboną, liczbę przesiadek oraz czas podróży.
„Gdybym wsiadła o 23.30 w Warszawie, to już na 7.50 mogłabym być w Berlinie, stamtąd nie czekając zbyt długo – bo zaledwie do 8.56 – mogłabym ruszyć w dalszą drogę do Kolonii. Ani bym się obejrzała, a już o 13.29 byłabym na miejscu. Tam tylko 43 minuty przerwy i o 14.12 ruszyłabym do Paryża, gdzie dotarłabym na 18.05. Tylko po półtorej godziny czekania jechałbym do Madrytu, który zobaczyłabym o 22.45 i trochę zdrzemnąwszy się po drodze, na 8.15 dojechałabym do Lizbony. Pięćdziesiąt siedem godzin i trzy kwadranse podróży, a ile emocji po drodze! Czy zdążę na czas? Który peron? Ile osób będzie siedziało w przedziale? – rozmyślała całymi godzinami.
Nie była najcięższym przypadkiem uzależnienia, ale dwa dni bez dostępu do sieci wprawiały ją w zły humor, rozdrażnienie i nadmiernie częste sprawdzanie, czy usterka została już usunięta.

Zupełnie nie wiadomo po co weszła na internetową stronę kongresu w San Francisco, miasta słynnego z podobno niebywałej urody wzgórz, fantazyjnych domów i uliczek, po których w wielu filmach mknęły samochody z niezwykle przystojnymi facetami. Autom też nie brakowało urody.
– A może by się tam wybrać? – przemknęła przez głowę myśl zwiewna, niczym poranna mgła nad Narwią. Ile mogła utrzymywać się taka mgła? Godzinę, góra dwie, ale nie miało najmniejszego znaczenia, że była krótkotrwała. Ważniejsze było to, że uporczywie powracała, jeśli tylko nadarzyła się okazja. Po dwóch latach rozmyślań uznała, że nie ma co się ociągać, bo chętka sama nie minie. Coś trudnego do określenia ciągnęło ją do San Francisco. Niezdefiniowany stan pomiędzy ciekawością a tęsknotą.
– Krótko mieszkałaś w Rodzinnym Miasteczku, to i później Ameryka cię dopadła – orzekł Franek.
– To nie ma nic wspólnego z moim miejscem zamieszkania w dzieciństwie. Po prostu ciekawa tematyka i to wszystko. Już dawno myślałam, żeby pojechać na ten kongres.
– Myśl co chcesz, ale to zachcianka osoby nad Narwią urodzonej i uzależnionej od internetu.
– Gadki, szmatki – mruknęła bez przekonania.
– Słyszałaś, że podobno Karolowa trzy dni rodzinie nic jeść nie dawała, gdy do domów na Goździkach doprowadzili stałe łącze internetowe? – zapytał mąż.
– Ta dzielnica zawsze była w miejscowej awangardzie, więc zupełnie normalne i oczywiste, że ludziom internet się spodobał.
Nie wiadomo do czego doprowadziłaby dalsza dyskusja, gdyby u drzwi nie rozległ się długi staromodny dzwonek.
– Dobry wieczór, pani doktor! Przepraszam, że niepokoję – zaczęła niepewnym głosem sąsiadka z naprzeciwka. Matylda czuła, że w powietrzu zaczyna unosić się dyskretny zapach medycyny.
– Witam, czy coś się stało? – zapytała.
– Właściwie to nie wiem czy powinnam panią doktor niepokoić, ale gdy przed chwilą wchodziłam do naszej klatki, widziałam na rabacie pod oknem dwa ciała...
– Ciała, powiada pani? Znaczy nieżywi ludzie? – dociekała Matylda.
– No, nie wiem czy... – sąsiadka zbladła i dla pewności oparła się o ścianę. – O Boże! Zupełnie nie przyszło mi do głowy, że ciała mogły być martwe! O Boże, to naprawdę mogły być... – z wrażenia zaniemówiła w połowie zdania.
– Co się stało? Z kim rozmawiasz? – zawołał mąż z głębi salonu.
– Wyobraź sobie, że sąsiadka zauważyła na rabatce pod oknami dwa leżące ciała.
– Splecione czy rozrzucone? – zapytał z kamienną twarzą Franek, wchodząc do przedpokoju, w którym toczył się sąsiedzki dyskurs.
– Tobie to tylko jedno w głowie! – skarciła męża.
– Jak splecione, to znaczy, że żyją. A jak rozrzucone, to nie wiadomo... – Franek Przekora był mistrzem dramatycznych zawieszeń.
– Muszę zejść i zobaczyć – stwierdziła. – Tylko poszukam jednorazowych rękawiczek, na wypadek gdybym musiała wejść w bezpośredni kontakt z leżącymi.
Po chwili wszyscy zjechali na parter, ale poza lekko przygniecionymi gałęziami ozdobnych krzaczków nie znaleźli niczego godnego uwagi.
– Najwyraźniej wcielili w życie hasło: porzucamy rabatę, idziemy na herbatę! Zapewne rozgrzewającą góralską herbatkę. Nie będziemy rozsyłać listów za zaginionymi użytkownikami naszego przydomowego terenu zielonego – zrządziła Matylda.
– Musieli być żywi – pocieszała się sąsiadka. – Teraz sobie przypominam, że jednej osobie brzuch się ruszał.
– Oddychanie typu przeponowego wskazuje na mężczyznę. Żywego, oczywiście – podsumowała zdarzenie Matylda.

                                               ***

Pomysł wyjazdu na kongres do San Francisco na dobre zadomowił się w głowie Matyldy i nie było co udawać, że nic się nie dzieje. Mroźnego zimowego poranka ruszyła na zwiad w sprawach wizowych. Mimo minus dziesięciu stopni i nieprzyjemnego wiatru przed budynkiem ambasady uformowała się spora grupka interesantów. Wszyscy mieli wyznaczone terminy lub odbierali dokumenty wyjazdowe. Początkujących kandydatów nie było. Po przeczytaniu zawartości gablot informacyjnych długo namyślała się, czy iść na rozmowę. Musiałaby się pogodzić z pośrednictwem mikrofonu i głośnika umieszczonego w ramie okienka. Możliwości rozmowy bez świadków i elektronicznych urządzeń nie przewidywano. Interesant zadawał pytanie, a informator oddzielony szybą odpowiadał do mikrofonu. Głos zniekształcony przez głośnik rozlegał się po obu stronach ulicy. Gdybym miała zawieźć cioci zamieszkałej na Jackowie sztuczne uzębienie, nieodebrane z gabinetu dentysty przed wyjazdem, to niechybnie cała kolejka poznałaby prawdę o statusie stomatologicznym emigrantki – pomyślała, zastanawiając się nad tym niekonwencjonalnym sposobem porozumiewania się. Uznała, że lepiej będzie poszukać szczegółowych informacji w internecie.
Po powrocie do domu zagłębiła się w czytanie stron z informacjami wizowymi. Z lektury wynikało, że na rozmowę należy przybyć z kwestionariuszem ozdobionym wizerunkiem kandydata na turystę, potwierdzeniem opłaty wizowej oraz licznymi dowodami majętności, talentów i osiągnięć. Matyldę opanowała przelotna pokusa ubrania się do fotografii w „religijne nakrycie głowy”. Przeczuwała jednak instynktownie, że niektóre wersje okrycia mogłyby przynieść niepomyślne decyzje wizowe i lepiej nie sprawdzać, czy urzędnicy mają poczucie humoru w tym samym miejscu, co podróżni.
Posłusznie zapłaciła wyższą opłatę za staromodną fotografię na kliszy. Następnego dnia odebrała odbitki z wizerunkiem twarzy, do której nie była skłonna się przyznać. Mogłaby nawet zeznać pod przysięgą, że to ktoś zupełnie obcy. W tej chwili najważniejsze było jednak, że postać miała widoczne dwoje uszu w pełnym wymiarze i tęczówki dostępne na całym obwodzie do pomiarów biometrycznych, a korpusu nie ozdabiał żaden mundur. Fotografie należało dołączyć do wniosku o wizę dostępnego w internecie. „Kwestionariusz paszportowy należy wypełnić drukowanymi literami” – instruowano na początku. Dziecinnie prosta sprawa – uznała pochopnie i, jak pokazały trzy następne dni, przedwcześnie. Wpisała szybko żądane informacje i kliknęła przycisk „przetwarzaj”. Komputer wydał podejrzanie wysoki dźwięk i na ekranie pojawiła się długa lista źle wypełnionych pól ankiety wizowej. Po kilkunastu przymiarkach opanowała zasady wypełniania rubryk, ale dla odmiany program nie tolerował znaku ukośnika złośliwie występującego w adresie zamieszkania.
Po wielokroć wpisywała dane, ale komputer za każdym razem obwieszczał ponuro: „pole numer piętnaście źle wypełnione”. W kolejnej godzinie pracy nad kwestionariuszem wpadła na pomysł, że poda tylko pierwszą cyfrę numeru domu. Dzięki temu uproszczeniu pechowa rubryka kwestionariusza została uznana za poprawną. Dla odmiany okazało się, że pominęła pole jedenaste z nazwą województwa, w którym się urodziła. PODLASKIE – wpisała drukowanymi literami, zgodnie z wymogami instrukcji. W końcowej części kwestionariusza wyznała, że nie ma nazistowskiej przeszłości, patologicznych odczynów serologicznych ani rozpustnych przyzwyczajeń seksualnych. Pięć godzin prób i błędów doprowadziło w końcu do wyprodukowania dokumentu w swym wyglądzie nieskazitelnego. Zostało tylko naciśnięcie pola z napisem „przetwarzaj”.
Jedno kliknięcie i cierpliwie wypatrywała rezultatów. Instrukcja obsługi doradzała wytrwałość w oczekiwaniu. Po piętnastu minutach uznała, że wymaga się od niej stanowczo zbyt wiele. Kolejne próby zachęcenia programu do przetworzenia intymnych w końcu wyznań o serologii czy poglądach politycznych nie posunęły sprawy do przodu.
Gdzieś po północy przypomniała sobie przygody związane z wysyłaniem abstraktów na jeden z mediolańskich zjazdów przy użyciu laptopa. A może w tym wypadku jest podobnie? – olśniło Matyldę kilka minut przed pierwszą. Cichutko wśliznęła się do pokoju Maniuli i włączyła duży komputer. Raz jeszcze wpisała dane w poszczególne pola i kliknęła na „przetwarzaj”. Wnętrze skrzynki zabulgotało obiecująco. Na ekranie ukazał się kwestionariusz przetworzony na zbiór rubryk, które zamykał kod kreskowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...