sobota, 13 maja 2017

Pocałunek uzależnienia - odcinek piętnasty



Rozdział 15. Niespodziewana awaria doskonałej machiny
 [Algieria 2013/4248]

Kreatorzy medialnego wizerunku dr Odrana – Zatroskanej wiedzieli, że konieczne jest ciągłe dostarczania porywających newsów. Redakcja gazety codziennej „Trucie& Plucie” donosiła, że zdobyła na wyłączność wspomnienia ministry z okresu gdy pracowała na pierwszej linii frontu jako lekarz praktyk. To był kąsek, który powinien przyciągnąć niejednego czytelnika.

Moja troska, moi pacjenci
Dr Odrana – Zatroskana tylko dla naszej redakcji wspomina:

Była 7.01, gdy energicznym krokiem weszłam do ambulatorium. Pod drzwiami gabinetu siedziało kilka osób. Powitałam ich z uśmiechem i najuprzejmiej przeprosiłam za spóźnienie. Nie powinnam tak lekceważyć mojej pracy, powołania, pacjentów. Szybko założyłam fartuch, słuchawki i ciepłym głosem zaprosiłam pierwszego z oczekujących. Tak, ciepłym – bo wiem, że głos lekarza może leczyć i nigdy nie zapominam, że może ranić. Pierwszy pacjent skarżył się, że nie może chodzić. Niesforny pan Jan popala papieroski, oj! popala, bywa, że i 30 wykurzy (na więcej go nie stać, niestety). Tyle razy go prosiłam, a czasem nawet błagałam na wszystkie świętości, by rzucił palenie. Nie może – mówi, że musi. Ja go rozumiem, bo potrafię zrozumieć każdego.

Pan Jan rozbierał się do badania. Po gabinecie rozsnuła się woń znajoma każdemu lekarzowi, zwykła woń codzienności. Co tam woń! Najważniejsze, żeby pomóc panu Janowi, skoro nie może rzucić palenia. Ja tu jestem w końcu od pomocy, a nie od kapryszenia i wąchania. Przecież nie jestem nastolatką, co musi zaraz wąchać. Umiem już nie oddychać prawie 3 minuty. Na wszystko jest rada, jak chce się pomóc drugiemu i nie urazić go bez potrzeby.

Ani się obejrzałam, a już czwarta po południu. Kto by pomyślał, że dziś 40 osób czekało na moją wiedzę i radę, a ja mogłam każdemu pomóc. Szybko wypełniłam 76 rubryk dla płatnika, jeszcze pesele pacjentów, kody pocztowe – wiem, że dokumentacja musi być nieskazitelna.

Nie mogę utrudniać pracy organom kontrolnym. To ważne ogniwo w zespołowej opiece na chorym.

Bo my pracujemy zespołowo. Te stare poglądy, że lekarz jest najważniejszy w opiece nad pacjentem odrzucam z całą mocą. Bo cóż bym zrobiła bez menedżera generalnego, koordynatora zamówień, specjalisty ds. kontaktów z płatnikiem czy wreszcie mojego ulubionego menedżera odcinkowego?

Ledwie przez chwilę ogarnęłam serdeczną myślą zespół moich nieocenionych szefów i przełożonych, a była już szósta wieczorem. Oj, ten tempus to potrafi sobie fugit. Fugo, fugere, fugi, fugitum – powtórzyłam w myślach łacińską gramatykę. Bo lekarz musi uczyć się całe życie.

W sobotę pojadę na szkolenie podyplomowe za 23,49 zł w dawnym hotelu robotniczym będą mówić specjaliści od podnoszenia wydajności pracy w ochronie zdrowia, na zakończenie herbatka, a kanapki każdy lekarz przywiezie z domu. Niektórzy koledzy narzekają na koszty szkolenia. Ogarnięci konsumpcjonizmem, który jest mi całkowicie obcy, szukają szczęścia w szale zakupów. To tylko materialne namiastki. Czuję w sobie jeszcze duży potencjał możliwości niesienia pomocy. Nie lubię tych konferencji w różnych hotelach, gdzie tylko wciskają lekarzowi do mózgu nazwy zagranicznych leków.

Musimy jako lekarze baczyć na budżet – jesteśmy małym trybikiem w tej doskonałej i wielkiej machinie niesienia pomocy, a tak duża machina musi dużo kosztować.

Ponieważ próby finansowego karania Wołów Roboczych nie przynosiły należytych efektów zarządczych, zaczęto zastanawiać się nad innymi rozwiązaniami. Bezczelne woły złośliwie uchylały się od płacenia nałożonych na nie kar finansowych, a co więcej, deklarowały chęć udania się do więzienia zamiast płacenia. Nie o to przecież chodziło, żeby taki Wół Roboczy siedział sobie w odosobnieniu, nic nie robił, spacerował po więziennym placyku i w duchu śmiał się z wszystkich. To groziło zmniejszeniem pogłowia wołów. Dr Odrana - Zatroskana postanowiła zbadać jak tak naprawdę przedstawiają się zasoby kadrowe pośród Wołów Roboczych. Zleciła więc ustalenie dokładnej liczby wołów oraz ustaleniem ich liczebności w poszczególnych działach medycyny. Ogólnokrajowe badania wykazały, że na niedostatki cierpią sektory geriatryczny, pediatryczny i kardiologiczny. Wprowadzono więc szybko przepis, że każdy Wół Roboczy obowiązkowo adoptuje i translokuje do swojego domu po dwoje staruszków, zawałowców oraz parkę niemowlaków. Podopieczni byliby przydzielani do każdego woła bez prawa zwrotu przydzielonych, reklamacji ani też wymiany na inny model.

Rozpoczęto intensywne i szczegółowe prace na ogólnonarodowym projektem  translokacji staruszków, zawałowców i niemowlaków do należnych im miejsc całodobowej opieki w domach Wołów Roboczych.  Prace ruszyły z kopyta, bo  w końcu o rogatą nierogaciznę chodziło! Harmonogram prac przebiegał według najlepszych standardów zarządzania dużymi przedsięwzięciami. Na początek opracowano akcję pilotażową i dano jej hasło marketingowe: - Pokaż  Wole, co masz w stodole!
Organizatorom przedsięwzięcia postanowili wcześniejszej sprawdzić, czy woły mają odpowiednie warunki w domu i w zagrodzie do goszczenia oraz hołubienia swoich podopiecznych. Hasło łatwo wpadało w ucho i wzbudzało naturalną ciekawość wśród podopiecznych Wołów Roboczych. Dzięki temu, że hasło było nośne marketingowo ludność zaczęła się głębiej zastanawiać nad tym co właściwie woły mają w swoich domostwach, jak się dorobiły posiadanych dóbr.

Niejako na marginesie prac nad hasłem Pokaż  Wole, co masz w stodole elektorat uświadomił sobie, że majątki Wołów Roboczych powstały dzięki żerowaniu na ludzkim nieszczęściu! Gdyby elektorat był zdrowy, to Woły Robocze nie miałyby żadnej roboty i pobierałyby pensję za nic, a do tego nie można było dopuścić! Postanowiono więc zająć Woły Robocze tak aby nie mogły dostawać pieniędzy za nicnierobienie! Od tego był elektorat, no i politycy!
Szybko zadecydowano, że pozostałe po oddanych pod opiekę  renty, emerytury, zasiłki wychowawcze miały pozostać przy rodzinach, dzięki czemu uwolnieni od obowiązków mogli polecieć na egzotyczne wczasy  albo po napój pierwszej potrzeby do monopolowego w przypadku jednostek preferujących krótsze trasy. Projekt opierał się na założeniu, że elektorat miał swoje potrzeby ważniejsze sprawy niż opiekowanie się najbliższymi niepełnosprawnymi osobami, a głupie woły mogłyby zostać zresocjalizowane i nauczyłyby się empatii do pacjentów!
Wykształciły się takie woły za nasze podatki i składki, a jak przychodzi co do czego, to nie potrafią poradzić człowiekowi będącemu w potrzebie – mówili wyborcy.
– Nie o takie woły wołamy! – wznoszono okrzyki na niejednej ministerialnej naradzie z udziałem pacjentów.
 Wybory zbliżały się coraz szybszymi krokami i dr Odrana - Zatroskana miała kłopot. Elektorat był ciągle niezadowolony, mimo, że prace nad oddawaniem staruszków, zawałowców i niemowlaków przebiegał całkiem sprawnie. Gniew ludu pracującego miast i wsi potrafi przybierać różne formy, groźne i nieobliczalne. Taki zagniewany lud potrafi nawet zagłosować na opozycję!

Trzeba było szybko przystąpić do jeszcze bardziej intensywnych prac poprawiających nastroje w elektoracie. Najprościej było zaprząc Woły Robocze do nowych zadań. Za najbardziej atrakcyjny uznano pomysł, dzięki któremu elektorat nie tylko mógł przekazać swoje babcie oraz dziadków pod opiekę Woła Roboczego, ale co więcej - zawsze takiego woła powinien mieć na wyciągnięcie ręki. Chodzenie do miejsc gdzie woły kręciły się w kieracie wyczerpywało emocjonalnie elektorat, nie  mógł on pozostawać w odpowiednio ciągłej łączności z napojami pierwszej potrzeby, przez co popadał w frustrację i nieustannie pogłębiające się niezadowolenie. Jedynie zapewnienie nieskrępowanego dostępu do Wołów Roboczych mogło przywrócić sielankowe nastroje.

Na ministerialnych naradach szybko zatwierdzono pomysł przydzielenia każdemu obywatelowi jego osobistego  Woła Roboczego, z którym mógł on robić co chciał. Elektorat mógł żądać skierowań, zaświadczeń, leków, badań, diagnoz, rent, wachlowania, współczuwania, okazywania zainteresowania, ba – ścielenia się dywanikiem. Ustanowiono też honorowy tytuł  Wieczny Podopieczny. Dawał on prawo elektoratowi do wspólnego zasiadania do posiłków z wolą rodziną, dzielenia się z nią opłatkiem i zajmowania przy stole wigilijnym miejsca dla nieznanego wędrowca. Wielowiekowa tradycja nakazująca spragnionych napoić, a zmęczonych ugościć miała nareszcie znaleźć poważne szanse na jej zrealizowanie. Powołano urząd Rzecznika Praw Podopiecznych (RPP), który miał czuwać nad właściwym wykonaniem obowiązków nałożonych na woły. W przypadku wymigiwania się od wykonania obowiązków wobec Wiecznych Podopiecznych urząd rzecznika mógł nakładać surowe  kary pieniężne na durne woły.

Wszystko w projektach zniewolenia  już było prawie, prawie zapięte na ostatni guzik, gdy nagle  powstały nieprzewidziane wątpliwości – co zrobić gdy Wół Roboczy sam dojdzie do wieku podeszłego i popadnie w niepełnosprawność,  albo co  gorsza przemieści się na lepszy ze światów. To był poważny problem i zdecydowane rozwiązania, nie obciążające budżetu państwa były niezbędne. Zaangażowano najtęższe głowy i po długiej naradzie ekspertów w centrali przy ulicy Dżemowej zdecydowano, że zobowiązania Woła Roboczego do opieki nad jego podopiecznymi będą wchodziły w skład masy spadkowej.
W odpowiednich rozporządzeniach ustalono, że obowiązki opiekuńcze i finansowe będą przechodziły na zstępnych Woła Roboczego zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami dziedziczenia, stanowiąc część wolego inwentarza żywego.
Całość aktów prawnych związanych z przenoszeniem Wiecznych Podopiecznych do siedzib Wołów Roboczych oraz przechodzenia zobowiązań na następne pokolenia młodych wolątek  nazwano Ustawą Translokacyjną.
Gdy Woły Robocze przeczytały projekt tej ustawy  coś w nich drgnęło, a może nawet pękło. Obserwowane  wcześniej niewielkie zmiany w zachowaniu Wołów Roboczych zaczęły narastać wprost lawinowo. Z minuty na minutę stawały się one inne, bardziej ruchliwe. Pewnego dnia pod wpływem zdenerwowania pędziły bez końca przez pola, aż wpadły na nieznaną, rozległą łąkę na której pasły się przez nikogo nie zaprzęgnięte w żadne kieraty jednostki podobne do wołów. Zmęczone woły robocze zatrzymały się, pogryzły trawę, pożuły i z przyzwyczajenia wróciły do dotychczasowych zagród. Jednak widok spotkanych krewniaków na łące nie dawał Wołom Roboczym spokoju. Co więcej zaczęły patrzeć na świat innym spojrzeniem – bystrzejszym i odważniejszym niż dotychczas. Dlaczego tak się stało? – zastanawiała się niejedna tęga głowa. Przeważał pogląd, że musiały na tej nowej łące najeść się trwa do tej pory nie konsumowanych. Pod wpływem konsumpcji nowych traw i ziół, a może przez zapatrzenie na wolnych krewniaków podniosły łby, walnęły rogami  swoich ciemiężców w pewną część ciała i powiedziały, że nie będą dłużej wołami.
- Dość! Basta! Finito! - woły darły się jak łąki długie i szerokie we wszystkich im znanych  i nieznanych językach.

Echa tych okrzyków rozlegały się, odbijały od drzew i powracały na ulice Dżemową. Przez uchylone okna zniekształcone słowa wpadały do ministerialnych komnat, ale nie były rozpoznawane. Nie od razu chwycono ich sens. Trzeba też przyznać, że nie zwracano też szczególnej uwagi  na te wpadające zwykle pod wieczór zniekształcone echa. Ot! Zwykłe szemranie do jakiego każda władza była przyzwyczajona. Tymczasem potulne woły zaczęły przemieniać się w dumne jednostki przypominające raczej bizony. Okrzyk Woły Robocze wszystkich odmian łączcie się rozlegał się po łąkach i połoninach. Nie minął miesiąc a  wołów przeobraziły się w prawdziwe Bizony ( Bison bison). Parły do przodu, roznosiły w pył wszystkie przeszkody i niczego się nie bały. Dr Odrana - Zatroskana gdy obejrzała relację ze spotkania z niegdysiejszymi wołami przemienionymi w bizony wystraszyła się nie na żarty! Co robić jak się człowiek natknie na takiego rozjuszonego Bizona w ciemnej uliczce? – pomyślałam naprawdę spanikowana.
Szybko zażądała osobistej ochrony oraz starannego odseparowania od najmniejszej nawet szansy zetknięcia się z rozszalałymi Bizonami, właściwie zniknęła z powierzchni ziemi.  Media poszukiwały ministry, ale jakby zapadła się pod ziemię.

Nawet zaprzyjaźniony z ministrą magazyn Diva, dla kobiet ze sfer wyższych, średnich i niższych nie miał szans na wywiad. Redaktorzy, wynajęci paparazzi dniami i nocami czyhali na dr Odrana – Zatroskaną marząc o zrobieniu choćby jednego, nawet nieostrego zdjęcia. Tydzień intensywnych polowań zakończył się jedną marną fotką na której uchwycono nieostry zarys ministry pochylającej się nad jakimś dokumentem. Ale czy był to słynny projekt Ustawy Translokacyjnej czy zgoła inne dokumenty nie sposób było ustalić. Nie można też było odczytać czy miała szanse na uchwalenie przygotowana przez dr Odrana –Zatroskaną  słynna Ustawa o Woła Zawodzie albo Ustawa o Woła Zagrodzie ze nie mniej słynnymi podrozdziałami o  Woła Zagrodzie w Miejscu Wypasania oraz Woła Zagrodzie w Miejscu Odpoczywania.

Władza ustawodawcza przeczuwała, że jeden bat na takiego rozhasanego Bizona by nie wystarczył i pracowicie kręciła też  inne niż Ustawa Translokacyjna zgrabne bicze prawne, które ministra dr Odrana - Zatroskana uważała za swoje największe osiągnięcia ustawodawcze. Zgodnie z duchem tych dokumentów dążenie do wolność było piętnowane, możliwość wyboru naganna, a potulność oczekiwana. Niestety tak oczekiwane przez władze  zachowania słabo się przyjmowały w życiu.

Właściwie nie wiadomo było skąd  ta dziwna moda na wolność przyszła. Miłośników wolności było coraz więcej i więcej. Echo niosło się po  łąkach, lasach połoninach, z realu przenosiło się do wirtualu i odwrotnie. Granice między dwoma światami znowu stały się nieostre, zatarte, zamazane. Idee z www.penicillium 3x800.000j=2,4 mln przenosiły się do świata realnego i odwrotnie. Organizm wyzwolonego Woła Roboczego przemieniony w hasającego Bizona poddany był nowym i nauce do tej pory nieznanym zjawiskom i odczuciom.  Przez ciała i wyobraźnie przemykały stany jakby znane… coś ludziom przypominały…


Kto choć raz w życiu zaznał tego boskiego uczucia  wolności, był w pewnej mierze stracony dla życia w niewoli. Jego  serce, umysł i wyobraźnię ogarniała nie dająca się do końca zdefiniować upojenie, niedający się opanować zapał do korzystania z uroków wolności. Porywające prądy i fale ekscytacji dotychczas nieznanej ogarniały wyzwolony organizm, roznosząc się zrazu szybko, ale z czasem powoli i leniwie, bez zbędnego pośpiechu ogarniając wszystkie zakamarki umysłu, ciała i wyobraźni. Nie tylko roznosiły się, ale powracały w kolejnych falowaniach ze wzmożona siłą, przybierały niczym tsunami – początkowo zdawać by się mogło niewielką, zgoła niewinna radość a im dalej, tym bardziej wszechogarniające i porywające uczucie, że można tak bardzo cieszyć się z wolności.
W wyzwolonym osobniku wszystko rosło, nic nie pracowało tak jak dawniej, nic nie smakowało tak samo. Oszalała z nadmiaru wrażeń i doznań wyobraźnia podsuwała coraz to nowe rozwiązania i możliwości. Wszystkie dotychczas uśpione obszary mózgu  i podporządkowane do tej pory dominującym ośrodkom strachu, dochodziły do głosu, oddychały pełną piersią, śląc coraz to nowe wizje. Nawet najbardziej zablokowane jednostki decydowały się zaistnieć – nareszcie mogły dać temu wyraz, że w ogóle są! To było życie!
Każdy poruszał się swoim rytmem, nie tracą ani chwili na wykonywanie zbędnych odgórnych nakazów. Wszystko przypominało już chwile kiedyś widziane, kiedyś przeżyte. Późne lata osiemdziesiąte! – mówili starsi uczestnicy forum. Pocałunek uzależnienia od Internetu? – pytali młodsi.
 Następowała gruntowna i głęboka relokacja priorytetów, wszystko mieszało się w niekończących dyskusjach i debatach. Przemieszczanie się koncepcji stwarzało nowe możliwości i perspektywy.
Jednak po pierwszym zachwytach szybko przychodziła refleksja… Czy to miało się nigdy nie skończyć i  trwać do końca świata, a może zgoła przenieść się na reklamowany lepszy ze światów? Tego w początkach portalu nie wiedział nikt, choć wszyscy byli skłonni sądzić, że słodkie chwile nigdy nie będą miały końca…
Wyzwolony osobnik nie miał wyboru – wszystko było podporządkowane porywającym doznaniom oraz dążeniu do utrwalenia tego boskiego samopoczucia.
Nic nie smakowało bardziej porywająco niż wolność, chociaż niektórym  przypominały się stany już kiedyś przeżyte… To wszechogarniające uczucie… Kiedy go doznali? Przy pierwszym pocałunku uzależnienia? Tak! To było wtedy. Nie wiedzieli, że wolność, nie mniej niż wszystkie inne znane upojne smaki   też ich uzależni i już nigdy nie będą chcieli z niej zrezygnować za żadne pieniądze ani zaszczyty.
Warto było zaznać tych uczuć choć raz w życiu aby wiedzieć jak to jest być człowiekiem prawdziwie wolnym.



Pocałunek uzależnienia - odcinek czternasty



 [Seul 8878]

Rozdział 14. Dawnych wspomnień czar

Wiadomo, że po powrocie z dalekiej podróży nadmiar wrażeń nie gwarantuje spokojnego snu. Wrażenia, emocje, pośpiech, inny rytm biologiczny kłębiły się w mózgu walcząc o swój obszar anatomiczny i swoje biochemiczne przekaźniki. Tym razem jednak oprócz zwykłego wypierania jednych wrażeń przez drugie coś musiało zaiskrzyć na synapsach, przeskoczyć, zderzyć się lub przebić do struktur przechowujących pamięć dawną.  Skomplikowana logistycznie podróż  z dwoma przesiadkami, usłyszane wiadomości, spotkania, rozmowy nie mogły pozostać bez echa biochemicznego i emocjonalnego. Bombardowany nadmiarem wrażeń mózg Matyldy przetwarzał wszystko po swojemu. Bodźce przeskakiwały z synapsy na synapsę, iskry leciały, rzeczywistość mieszała się ze wspomnieniami.
To nie był ten powtarzający się od lat, okropny sen, w którym Matylda pisała poranny raport lekarza dyżurnego przebiegając w myślach salę chorych. Nagle okazywało się, że opuściła podczas wczorajszego wieczornego obchodu ostatnią salę na końcu korytarza i rano nie ma zielonego pojęcia, co się na niej działo. Może ktoś dostał zawału serca, może zgoła umarł, a ona nic o tym nie wie! Jak  wpisać takie wydarzenie do raportu lekarza dyżurnego? Jakie słowa dobrać, aby opisać taką koszmarną wpadkę? Które słowo powiedzieć pierwsze? Jaki nadać komunikat obronny, aby po jego wygłoszeniu nie być posłaną  przez ordynatora na szafot w trybie najbardziej natychmiastowym jaki istniał na świecie? To były odwieczne dylematy Matyldy w śnie-koszmarze, który towarzyszył jej od kiedy dyżurowała. Zawsze rozważania na jawie, po obudzeniu się z takiego snu były wprawdzie naturalnym dopełnieniem sennych dywagacji, ale tylko małą cząstką nieźle rozbudowanych sennych strachów.
Dzisiejszy sen przebijał koszmarnością wszystkie koszmary dyżurów realnych i śnionych. Na horyzoncie szpitalnego korytarza zauważyła starszego mężczyznę, którego sylwetka wydała się jej jakby znajoma.

Postanowiła sprawdzić kto tak bezceremonialnie spaceruje po terenie jej wspomnień, poniekąd zastrzeżonym i zarezerwowanym przez Matyldę na wyłączność. Gdy podeszła bliżej okazało się, że to jej ordynator Władysław Wielkosz, nazywany przez swoich asystentów Dablju & Dablju. Wyglądał na człowieka po przebytym udarze mózgowym. Twarz miał wykrzywioną grymasem, asymetryczną, z otwartym nieco kącikiem ust po lewej. Poruszał się powoli, niewprawnie, powłócząc lewą nogą.  Zobaczywszy nadchodzącą Matyldę zamachał dłonią w jej kierunku, a gdy zbliżyła się do ordynatora  poprosił ją o pomoc w pokonywaniu szpitalnego korytarza. Dablju & Dablju mocno złapał asystentkę za rękaw żakietu. Starcze, wychudzone dłonie niczym przyssawki nie do oderwania, oplotły pomocne ramię Matyldy. 
Choć ulokowane na przedramieniu zdawały się dusić za gardło i odbierać możliwość swobodnego oddychania. W jednej chwili Matylda poczuła, że musi wyjść na świeże powietrze, odetchnąć inną atmosferą, zobaczyć inny horyzont. Kierowała się ku wyjściu, jednak opuszczanie macierzystego oddziału nie następowało szybko. Stawiała kroki powoli, a każdy był połączony z lękiem, obawą i niepewnością. Czy dobrze robię? Czy idę we właściwym kierunku? Czy w ogóle powinnam opuszczać ten teren?
Z jednej strony nie była pewna czy może nawet myśleć o opuszczeniu terenu swojej pracy,  młodości, wspomnień, niepewności, rozterek, nadziei, z drugiej coś ją pchało ku wyjściu z tej koszmarnej klatki. Szła więc powoli, a ordynator Wielkosz uczepiony jej ramienia kroczył razem z Matyldą przez oddział szpitalny. Korytarz był dziwnie wyludniony, jedynie ordynator Wielkosz był trudnym do usunięcia dodatkiem do całej scenerii, nie wiadomo czy pochodzącej ze snu czy z jawy.  Przyszło jej do głowy, że w trudności w usuwaniu mógł z powodzeniem konkurować z najbardziej opornymi plamami z reklam telewizyjnych.
Przemierzali powoli szpitalny korytarz, ale nadal poza ordynatorem i asystentką nie było nikogo. Matylda rozglądała się na wszystkie strony, chcąc przekazać komuś innemu opiekę nad Wielkoszem z trudem utrzymującym równowagę. Snuli się we dwoje po oddziale już dłuższą chwilę, zaglądali do wszystkich pokoi po kolei, ale nigdzie nie było nawet jednej żywej duszy. Czas mijał, a oni ciągle spacerowali. Przemierzyli kilkanaście razy korytarz, ale znikąd nie wychylił się nawet jeden chętny do przejęcia opieki nad utykającym i powłóczącym nogami ordynatorem.
– Boże, czy on będzie uczepiony do mnie już na zawsze? – przestraszyła się nie na żarty Matylda. – Dlaczego nikt go nie chce przejąć?
– Chyba nie zostawisz mnie tu bez opieki, Matyldo? – zapytał Wielkosz jak gdyby czytając w jej myślach. – Teraz, gdy jestem stary i niesprawny, musisz mi pomóc – przybrał w słowa najgorsze z oczekiwań, które brzmiało jak spełnienie najczarniejszego snu.
– Panie ordynatorze, właściwie to chciałabym pana przekazać komuś innemu pod opiekę… mam zaplanowane inne zajęcia – niepewnym głosem powiedziała Matylda. – Zawsze było tyle osób wokół pana, a gdy muszę pana przekazać pod opiekę, nie widzę nikogo chętnego…
– Ależ Matyldo, po co masz mnie przekazywać? – zdziwił się Dablju & Dablju – przecież jestem twoim ordynatorem, a nie jakichś obcych ludzi.
Masz do mnie tytuł… tytuł… emocjonalnej własności – dokończył niespodziewanie.
Matylda poczuła, że z tego tytułu własności nie ma szans na  wykręcenie się nawet po najdłuższym życiu.

Matylda usłyszawszy informację, że jest emocjonalną właścicielką ordynatora Wielkosza, próbowała nabrać powietrza i coś ordynatorowi odpowiedzieć, ale poczuła się tylko jak może czuć się człowiek ugodzony w splot słoneczny bez żadnego uprzedzenia przez mistrza bokserskiego wagi ciężkiej. Cios był nie tylko mocny, ale i znakomicie wycelowany. Miażdżył wszystkie komórki splotu słonecznego nie zważając na konsekwencje. W jednej chwili zobaczyła gwiazdy przed oczami, niemożność nabrania  oddechu przedłużała się, a nogi ugięły się same. Wiedział, że trudności z utrzymaniem równowagi nie będą łatwe do opanowania. Wytężyła więc wszystkie siły obronne organizmu i cudem zdołała utrzymać się w pionie. Po chwili odzyskała również mowę.
– Nie neguję, że był pan moim ordynatorem – odważnie zaczęła Matylda, powoli szukając słów, które mogłyby jednoznacznie określić co myśli i czuje po obdarowaniu ją przez Wielkosza tym osobliwym tytułem. – Ale chyba nie nabyłam niezbywalnego prawa emocjonalnej własności do pana? Czy coś z tego wynika, że pracowałam jakiś czas na pańskim oddziale? Z tego powodu mam już mieć pana uczepionego do końca życia na ramieniu, że też o zawiłych zakamarkach mózgu nie wspomnę? Pracowałam także w wielu innych miejscach i nikt z moich byłych pracodawców nie zgłasza się do mnie.
– Przez zasiedzenie, Matyldo, jestem twój. Przez zasiedzenie emocjonalne – wyznał z promiennym uśmiecham kłopotliwy towarzysz  przechadzki, która zdawała się nie mieć końca. Po ogłoszeniu tej niewątpliwie sprytnej figury retorycznej ordynator Wielkosz trzymał ramię Matyldę jeszcze bardziej kurczowym uściskiem.

Wiadomo, że  gdzie są uczucia, tam też są uściski – pomyślała zrezygnowana. Czuła się jak skazaniec, który otrzymał wyrok dożywocia, bez szans na ucieczkę z więzienia. Najcięższego więzienia pamięci. Wiedziała już, że nie ma najmniejszej szansy aby się z niego wyplątać – ani z emocji ani z uścisku.
– Sama widzisz, że nikogo nie ma na tym oddziale… zostaliśmy tylko my we dwoje... no i twoja wyobraźnia, Matyldo… 
– Wyobraźnia? – zdziwiła się Matylda. – Chyba chciał pan powiedzieć moja pamięć.
– Pamięć to skomplikowana sprawa, zawsze jest w niej duża doza emocji, jest wybiórcza, nieobiektywna, indywidualna, nie wiadomo czy wierna. Zwróć uwagę, Matyldo, że gołe fakty są właściwie suche i bezbarwne. Kolorów dodają im dopiero wspomnienia, gra uczuć, a to wszystko kreuje wyobraźnia.
– Jeszcze trochę pospacerujemy po tym szpitalu i okaże się, że pan w ogóle nie istniał! Jeszcze parę chwil potrwają pańskie przewrotne wywody, a okaże się, że wszystko sobie wymyśliłam! –  wykrzyknęła zdenerwowana Matylda.
– Istniałem czy nie istniałem, to nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, co zostało w twojej pamięci.
Rozważania Wielkosza niespodziewanie przerwał dźwięk telefonu. Melodyjka Zabiłem byka, cóż to dla mnie byk… wibrująco roznosiła się po całym oddziale.
Cóż za dwuznacznie agresywna melodyjka – pomyślała Matylda. Niejednemu ze swoich asystentów utoczył sporo krwi i jeszcze puszcza sobie taką dwuznaczną melodyjkę telefonu.
– Hallo, słucham! – zawołał gromko Wielkosz i nadspodziewanie wprawnie jak na podobno doświadczonego udarem mózgu człowieka przyłożył do ucha najnowszy telefon z ekranem dotykowym.
– Dzień dobry, panie ordynatorze, tu Wojtek Poręba – rozległo się w słuchawce.
– Dzień dobry, panie Wojtku, dzień dobry! – entuzjastycznie zawołał ordynator. – Co u pana dobrego słychać?
– Potrzebny jest mi podpis na pewnym dokumencie. Czy mogę liczyć na życzliwość pana ordynatora? 
– Hallloo! hallloo! Nic nie słyszę! Co pan powiedział? – dopytywał się Wielkosz, dziwnym trafem rażony nagłym i niespodziewanym niedosłuchem odbiorczym. Zawsze dopadała go ta przypadłość gdy trzeba było komuś z asystentów pomóc.
– Panie ordynatorze, potrzebuje pana podpisu na pewnym dokumencie – wrzasnął do słuchawki Wojtek.
– Nic nie słyszę, panie Wojtusiu, tak bym chciał panu pomóc, ale nic nie słyszę – oznajmił nieopisanie przyjaznym tonem ordynator i wprawnym ruchem rozłączył rozmowę, ani przez chwilę nie myląc się w skomplikowanej obsłudze telefonu.
– Czy coś pani wspomniała o zamęcie? Tak, zamęt jest teraz bardzo duży, ma pani rację. Wszyscy czegoś chcą i powiem pani, co gorsza nie mają świadomości, że nie każdemu wszystko się należy. No, niech pani patrzy, pani Matyldo! – wzburzył się Wielkosz. – Dzwoni taki nie wiadomo skąd i chce wyłudzić mój podpis!
– To jednak pan słyszał o co prosił kolega? – zdziwiła się Matylda.
– A czy to takie ważne co słyszałem? – zapytał z uśmiechem ordynator. – Mogłem nie słyszeć niczego, w końcu jestem starym człowiekiem. A wie pani, że pracuję teraz w Centrali Zaszczytów Dożywotnich (CZD)? – zagadał zmieniając temat.
– To może odprowadzę tam pana, do tej centrali i będzie pan dożywotnio rozdzielał te zaszczyty – zaproponowała Matylda z nadzieją na odczepienie się od Wielkosza.
– Nie ma pośpiechu pani Matyldo… nie ma pośpiechu… tu, na tym oddziale, po którym tak sympatycznie sobie spacerujemy jest nasza młodość, a tam sami starcy… Cóż z tego, że mają worki pełne zaszczytów, gdy są starzy? Pani przypomina mi moje młode lata, sławę, karierę, zostanę z panią – oznajmił Dablju & Dablju i uśmiechnął się do Matyldy promiennie, niczym prawdziwy władca Ludwik Słońce.

Nie wiadomo jakie jeszcze czułe wyznania by padły, gdyby ponownie nie rozległa się aria toreadora w wielkoszowym telefonie.
– A to pan, panie Wojtusiu, jak miło, że pan znowu dzwoni! Teraz dobrze pana słyszę! Co dobrego u pana? – z  entuzjazmem rzucił do telefonu ordynator.
– Chcę prosić pana ordynatora o podpis pod pewnym dokumentem. Bardzo mi zależy…
Wielkosz energicznie i z satysfakcją nacisnął klawisz z  czerwoną słuchawką i schował telefon do kieszeni.
– No niech pani patrzy jaki namolny! Dzwoni i dzwoni jak najęty! Czy ja mu coś jestem winien? Czy ja mu coś obiecałem?
– Przecież to był pana ulubiony asystent. Pamięta pan te wspólne śniadanka w gabinecie, zaraz po obchodzie? A teraz nagle taka niełaska i chłód w uczuciach… A cóż się takiego stało, że już nie jest tym ulubionym panem Wojtusiem, bez którego nie dało się przełknąć śniadania, tylko namolnie wydzwaniającym interesantem? Czy pan panie ordynatorze przypadkiem nie bawi się z Wojtkiem  w głuchy telefon? – zapytała wprost Matylda.
– Ależ droga Matyldo, jak pani może mnie o coś takiego podejrzewać! – żachnął się teatralnie ordynator Wielkosz.
– Nie, panie ordynatorze, nie podejrzewam pana… nawet nigdy bym nie śmiała – Matylda szybko kupiła konwencję ordynatorską.
– To dobrze, to dobrze, Matyldo – ucieszył się ordynator. Jak za chwilę miało się okazać, radość była przedwczesna.
– Ja mam  pewność, że zabawa w głuchy telefon była pana ulubionym sposobem komunikowania się z asystentami, z wieloma pacjentami, z dużą częścią świata.
– Taaak, tak pani uważa? – zdziwił się Dablju & Dablju.
– Tak, głuchy telefon służył panu do komunikowania się z tą częścią świata, którą uznał pan za nieprzydatną do swoich planów i kariery.  
– Pani Matyldo, jaka pani jest dla mnie niedobra, niesprawiedliwa, surowa – oświadczył z kokieteryjnym uśmiechem ordynator. – A jak tak panią… tak panią… tak panią… – najwyraźniej udar pozbawił ordynatora znajomości części słów z języka polskiego, używanych do wyrażenia uznania lub zachwytu.
Ciekawy rodzaj afazji – pomyślała Matylda. – A może miał już ją od urodzenia; czy to kolejny przypadek w konwencji „ten typ tak ma”? – zastanowiła się.
– Zaraz, zaraz, coś pan dziwnie się do mnie przymila, panie ordynatorze – zauważyła Matylda. – Czyżbym była panu do czegoś potrzebna? –  kolejny raz zaniepokoiła się nie na żarty.
– Czy jest mi pani potrzebna? Któż to wie! Czas pokaże… No właśnie, ale po co my tak chodzimy w kółko po tym oddziale. Już pora obiadowa! – zauważył niespodziewanie Wielkosz. – Trzeba by coś zjeść, bo zgłodniałem od tego chodzenia.
– Jak już nie mam szans na pozbycie się pana, to niech będę chociaż najedzona – wyznała Matylda. – Idziemy, po drugiej stronie ulicy jest mała knajpka.
– Służę ramieniem – niespodziewanie oświadczył Wielkosz. Wszystkie neurologiczne niesprawności gdzieś się podziały. Obok Matyldy stał dziarski, czterokończynowo sprawny ordynator Dablju & Dablju. 
– Ależ panu nic nie jest! – wykrzyknęła Matylda. – A ja tak się martwiłam, że będę musiała tarabanić się przez miasto ze sparaliżowanym starcem!

– Zaraz przez całe miasto! Została w pani dawna skłonność do przesady i koloryzowania, przecież idziemy na druga stronę ulicy, do luncharni prowadzonej przez fundację mojego zacnego następcy. Po chwili byli w gustownym wnętrzu małej knajpki z prężnie rozwijającej się sieci gastronomicznej „Pecunia non o(m)let”. Zagłębili się w lekturze oferty kulinarnej – było w czym wybierać!

– Niech pani patrzy, Matyldo – zawołał Wielkosz – nazwy mówią same za siebie: wyborne naleśniki  profesorskie, kanapka habilitowana i obficie garnirowana, postna zupa szefa nie w sosie, że też o słynnym daniu „trzydaniowe obiady nie od parady” nie wspomnę! Gdy tak zaambarasowani debatowali na wyborem egzotycznych dań, zupełnie nieoczekiwanie nad ich stolikiem wyrósł niczym spod ziemi profesor Antoni Przecientny. 

– Kolego Antoni, zapraszamy do nas! Proszę być moim gościem – oznajmił Wielkosz.
– No sam nie wiem… czy wypada… – zawahał się Przecientny. 
– Już zamawiamy: my oczywiście postną zupę szefa nie w sosie i wyborne naleśniki profesorskie.
– Proszę ryż z warzywami i kurczakiem – zamówiła Matylda.

Rozmowa toczyła się o wszystkim i niczym, jak to przy okazji takich nieplanowanych spotkań bywa. Ani się obejrzeli, a już był koniec posiłku. Kelnerka podeszła aby zainkasować należność za zamówione dania.

– Mamy dwa razy postną zupę szefa nie w sosie i wyborne naleśniki profesorskie – oznajmił Wielkosz.
– Ryż z warzywami i kurczakiem proszę policzyć oddzielnie – szybko zadysponowała Matylda, mając nieodparte wrażenie, że ostatnie co jej grozi w towarzystwie owych dżentelmenów, to sponsoring spożytego skromnego dania za pięć siedemdziesiąt.

– Ależ… ależ… pani Matyldo… miałem zamiar zaproponować… – ordynator niemrawo oponował przeciwko odrębnemu rachunkowi za danie Matyldy.
– Zamówiłam rozmaitości, niech więc pozostaną też one przy płaceniu rachunku. Pamięta pan stary dowcip towarzysze, partia wam nic nie obiecywała i słowa dotrzymała? Nie obiecywał mi pan sponsoringu i trzeba słowa dotrzymać, panie ordynatorze – oznajmiła Matylda pogodnym tonem z nutką stanowczości. Wszyscy wstali od stolika i skierowali się w stronę niewielkiej szatni. Wielkosz chyba z przyzwyczajenia wziął Matyldę pod rękę i kroczyli niczym najbardziej zgodna we wszechświecie para. Nagle ordynator miękko się obsunął i klapnął na podłogę. Matylda schyliła się aby sprawdzić, czy ordynatorskie tętno na tętnicach szyjnych jest wyczuwalne.  Rozsuwając krawat, jeden ze słynnej kolekcji ordynatorskich krawatów, pomyślała pełna panicznych uczuć:
-Rany boskie, jeżeli to zatrzymanie krążenia, będę za chwilę musiała robić mu oddychanie metodą usta-usta! Tego mi jeszcze brakowało! Wycałować się z Wielkoszem! Moja czerwień wargowa w ścisłej więzi z ordynatorską czerwienią! Okrutny losie, za co mnie karzesz? 
Wyniki poszukiwania tętna na tętnicy szyjnej nie były jednoznaczne. Może jakieś resztki tętna i były wyczuwalne, ale pewności Matylda mieć nie mogła. Zanosiła się, ze bez wdrożenia sztucznego oddychania się nie odbędzie. Matylda ciągle wahała się z ostatecznym kontaktem z sinymi, wąskimi, absolutnie niepociągającymi ani emocjonalnie ani anatomicznie ustami ordynatorskimi. Gdy tak tkwiła w niezdecydowaniu, ordynator Wielkosz nieoczekiwanie podniósł nieco powiekę lewego oka.
Nie, Matylda była pewna, że przesłyszała się!
-Mati, nie bądź niedobra! Daj staremu ordynatorowi buzi! – szepnął teatralnie.
-Skoro pan do mnie mówi…, a słyszę dobrze i wyraźnie,  to chyba całusy nie są niezbędnym elementem przywrócenia pana do stanu używalności i podniesienia do pionu -  odpowiedziała zdecydowanym tonem. 
-A już myślałem, że dasz jakiś niekonwencjonalny wyraz swoim uczuciom do mnie – szepnął z szelmowskim uśmiechem ordynator.

Razem z profesorem Przecientnym spionizowali Wielkosza i posadzili na fotelu.
-Dobrze pan się czuje, panie ordynatorze? Może zawołamy pogotowie? – zapytał profesor Przecientny.
-Naprawdę nie trzeba wołać nikogo. Czuję się świetnie – zapewnił ochoczo Wielkosz. To był mój ulubiony trick, po prostu sprawdzałem wasze oddanie idei ratowania starego człowieka.
-Zaufanie dobre, ale kontrola lepsza – znamy, znamy. Nie ma pan pod ręką żadnej historii choroby, ani szpitalnego parapetu do sprawdzenia czy nie zalega na nim odrobina kurzu więc pozostało tylko wyrażenie potrzeby kontroli gotowości do niesienia pomocy. Ale niech pan uważa panie ordynatorze, bo za którymś razem złamie pani sobie szyjkę kości udowej.
-Nie złamię, nie złamię, droga Matyldo – zapewnił Wielkosz.
-Nie byłabym taka pewna – stanowczo odpowiedziała Matylda.
-Mam świetne tytanowe stawy, nie do zdarcia! – wyznał ordynator.
- Mam wrażenie, że nie tylko stawy ma pan nie do zdarcia. Nie licząc tego drobnego klapnięcia, pewnie wyreżyserowanego, świetnie pan prosperuje, zwłaszcza w moich wspomnieniach.
-A więc myślisz o mnie czasem Matyldo? – ucieszył się Wielkosz.
- Zdarza mi się od czasu do czasu. Nie sposób zapomnieć tych uroczych poranków, gdy przyjeżdżałam godzinę wcześniej do szpitala aby wykuć na pamięć daty  miesiączek u wszystkich pacjentek przed pańskim obchodem. No, ale dzięki temu roztrenowałam pamięć, wszystko zapamiętałam i mam teraz co wspominać – Matylda była wyraźnie nastawiona na obracanie wszystkiego w sukces. Widzę oczyma wyobraźni każdy dzień spędzony na oddziale pana ordynatora…
-Taak, to miło z twojej strony Matyldo… powspominajmy więc… powspominajmy czasy gdy byliśmy młodzi i u progu kariery…
-Panie ordynatorze nie wątpliwie byliśmy młodzi, ale czy u progu kariery? Mam poważne podejrzenie, że dla większości  swoich asystentów ustawił pan ów próg w chmurach. Nie dość, że był on piekielnie wysoko, to w dodatku niewidoczny, zamglony. Obawiam się więc, że koloryt naszych wspomnień będzie diametralnie różny. Pan był szefem, wszechpotężnym władcą młodych lekarskich losów, a ja szarą myszką szpitalną. Każdy kot pewnie miło wspomina harce z myszami, ale czy myszy mają te same wspomnienia? Pamięta pan ten dziecięcy wierszyk „dobry humor wraca myszom gdy chrapanie kota słyszą, mogą wtedy na chwil parę wyjść ze swoich ciasnych szparek” …
-Gdybyśmy, panie ordynatorze – tu Matylda z trudem powstrzymała się od chichotu ten wierszyk chcieli uzdatnić na nasze ówczesne szpitalne nastroje to może tak by on brzmiał:

Dobry humor wraca  myszom, o wyjeździe szefa słyszą
Mogą wtedy na chwil parę wygnać myśli czarne, szare...

-Wierszyk dziecięcy, no i całkiem zgrabna przeróbka – roześmiał się Wielkosz. Nie pamiętam żadnych wierszyków. Robienie kariery to nie poezja, tylko brutalna proza. Postanowiłem zrobić karierę, a was wszystkich… no cóż… jak to się teraz mówi wrzuciłem w koszty, czy tak?
-No dobrze niech będzie, że wrzucił nas pan w koszty, ale czy każdego dnia, o każdej minucie musiał dawać nam do wiwatu?
-Doprawdy tak to odbierałaś? Chyba jesteś trochę przewrażliwiona, Matyldo…
-Nie wykluczam, ale jestem w całkiem sporej grupie pana przewrażliwionych asystentów –odparła stanowczym tonem Matylda.
-Pytałem Tolę Bachot i wcale nie wynikało z jej wypowiedzi, że mieliście ciężkie życie.
-Panie ordynatorze Tola to zupełnie inna bajka.
-Tak? A dlaczego tak uważasz?
-Przede wszystkim nie będąc lekarzem z wykształcenia nie zagrażała realizacji pańskich dynastycznych planów. Nie leczyła pacjentów, nie musiała frustrować się zdawaniem raportów na odprawie o przyjętych na oddział, ciężko chorych, odbytych reanimacjach i nie wiadomo jeszcze czym. Mimo iż nie miała pod górkę, to też śnią się jej szpitalne czasy.
-Co ty powiesz?  No, no, no – zachichotał Dablju & Dablju – a nie wiesz przypadkiem  w jakich kontekstach?
-Nic z tych rzeczy panie ordynatorze, które przyprawiają pana o dobry humor. Toli śnią się wyniki niskich potasów, których nie przekazała lekarzom dyżurnym.
    -A czy panu śni się własny oddział? – zapytała w nagłym przypływie odwagi Matylda.
Jak do tej pory elokwentny i chętnie wspominający przeszłość ordynator Wielkosz milczał.
Minęła już dłuższa chwila, a pytanie Matyldy pozostawało bez odpowiedzi.

Ordynator Wielkosz nie odpowiadał, bo nie mógł przecież się przyznać, że wynik konkursu na następcę wpędził go w nieuleczalną bezsenność. Nie mogąc zasnąć, powracał myślami, dopatrywał się błędów, analizował, ale przede wszystkim szukał winnych. Wspominał dzień po dniu, godzinę po godzinie. Kiedy po raz pierwszy zorientował się, że młodzi doktorzy potrafią być nieobliczalnie bezczelni? To chyba musiało być na tym egzaminie specjalizacyjnym… tak… to było wtedy… gdy ten bezczelny młodzik śmiał sugerować, że wie tyle co on, wielki ordynator… no nie, wprost nie sposób tego zapomnieć! Wspomnienie egzaminu stanęło przed oczami ordynatora jak żywe… 
Doroczny egzamin z chorób wszelakich zawsze odbywał się z udziałem ordynatora Wielkosza, pierwszego bądź co bądź wszelakologa w powiecie. Wielogodzinne przesiadywanie w komisji nudziło go okropnie, zabierał więc ze sobą na każdy egzamin plik papierów do przeczytania, podpisania czy zgoła zakwalifikowania do kosza. Przewodniczenie komisji przekazywał zwykle któremuś z mniej ważnych ordynatorów z terenu, a sam nie tracą ani chwili na bzdury, które przecież nie popychały jego kariery do przodu, oddawał się lekturze dokumentów. Dzięki zajęciu się pracą czas mijał mu szybciej.
Kolejny kandydat na specjalistę dziarsko referował różnicowanie chorób wszelakich i nijakich w ich postaci borderline. Ambitny kandydat na specjalistę wszelakologa wyczytał w jednym z zagranicznych artykułów opublikowanych w interencie, że wysoki poziom karieryny, nowo odkrytego białka, chroni przed ostrymi infekcjami chorób nijakich i postanowił podzielić się z komisją tą nowinką. Wielkosz zastrzygł uszami na słowo karieryna i postanowił odpytać pyszałka bardziej szczegółowo. W końcu on sam, super ordynator Wielkosz, wiedział o tym białku od paru dni, a tu jakiś zuchwały śmiałek pyszni się nieoczekiwanie tymi nowinkami ze świata wielkiej nauki, sugerując że ma  nieomal ordynatorską  wiedzę!
– Koleeeego – zagaił Wielkosz, rozciągając co najmniej na 10 sekund literę „e” – a jakie rodzaje karieryn zna pan?
– Noooo – kandydat nie pozostawał dłużny, tyle że skupił się na literze „o” – jest karieryna A i karieryna B. Czytałem na ten temat artykuł w „Journal of Wshelacology on Line”.
– Tak, tak – potwierdził Wielkosz od niechcenia – ale w różnicowaniu fazy ostrej i podostrej największą moc diagnostyczną ma karieryna C! Coś może i pan wie, kolego, ale nie jest to wiedza rzetelna i na bieżąco aktualizowana! O znaczeniu karieryny C donosił „Journal of Wshelacology” wczoraj, we wstępnym artykule redaktora naczelnego. Dam jeszcze panu testowe pytanie pomocnicze.
Wielkosz wyjął kartkę formatu A8 i podał egzaminowanemu nieszczęśnikowi, przed oczami którego przesuwały się słowa:
Czy prawdą jest, iż nieprawdą jest, że gen kodujący penicyliozę:
a) nie ma mutacji w pozycji 516 C-T
b) ma mutację w pozycji 516 T-C
c) obie powyższe odpowiedzi są prawdziwe
d) wszystko jest fałszywe i o to chodzi.

– Ten...yyy…. tego… yyy… – kandydat nie był w stanie wykrztusić ani słowa.
Wielkosz triumfującym tonem oświadczył:
– Stwierdzam, że ma pan jednak spore ubytki, zwłaszcza w najnowszych wiadomościach i dlatego jako przewodniczący komisji egzaminacyjnej wnioskuję o ocenę dostateczną. 

Kandydat z osłupiałym wyrazem twarzy opuścił salę egzaminacyjną. Dumny ze swej wiedzy o karierynach szybko przekonał się, że nie są one tożsame z karierą, choć brzmienie mogłoby to sugerować. Nie wiedział biedak, że urzędowy przydział do posiadania racji we wszystkich sprawach nie był zlokalizowany po tej stronie stołu, po której siedział kandydat na specjalistę chorób wszelakich, lecz po zgoła przeciwnej.
Jedno w czym Wielkosz był hojny, to były nagany. Tych miał zawsze pod dostatkiem i w najlepszym wyborze. Powody do nagan obficie serwowanych były wyrafinowane i nigdy niekończące się. Dobrze skonstruowana nagana aby działała, musiała być dolegliwa w odbiorze oraz uderzająca w wrażliwe miejsce zaatakowanego.
Talent przywódcy bezwzględnego i dążącego do wytyczonych przez siebie i zawsze własnych, a nie cudzych celów, w wykonaniu Dablju & Dablju objawiał się perfekcyjnym ustalaniem czułych miejsc u karconych. Jeżeli cnotą wysoko cenioną przez asystenta było jego bezinteresowne poświecenie się medycynie, zawsze dobrze robiło stworzenie atmosfery domniemania, że ów podobno bezinteresowny oszołom to niechybnie typ skorumpowany, czerpiący podejrzane i z gruntu nielegalne przychody z przyjmowania na oddział ubogich staruszek. Gdy zaś ambicje zaatakowanego koncentrowały się na posiadaniu rzetelnej i aktualnej wiedzy, należało takiego typa na obchodach odpytywać do upadłego o przemiany wszystkich aminokwasów jakie krążyły od początku świata w przyrodzie, ze szczególnym uwzględnieniem poglądów wczoraj ogłoszonych w amerykańskich pismach medycznych. 

Skoro miał ordynator Wielkosz nieczęsto spotykany w przyrodzie wybitny talent do twórczego wynajdowania mankamentów we wszystkich aspektach pracy jego asystentów, dlaczego więc nie miałby go objawić na egzaminie? Lekarze z innych szpitali też powinni poznać wielkość Dablju & Dablju! A już tacy bezczelni, którzy wiedzą o istnieniu karieryny z pewnością zasługują na ostrą nauczkę!

Ordynator powrócił na rodzimy oddział i jak zawsze nieobecność musiała odbić się na asystentach. Poczynione podczas krótkiego popołudniowego obchodu obserwacje, które to obchody zawsze robił po nieobecności na oddziale,  były znakomitą pożywką do odpytania lekarzy dyżurnych następnego poranka.
– Kolego, jaki ciężar właściwy moczu ma pacjent z łóżka piętnastego? – rzucił z zatroskaną miną do zmaltretowanego dyżurnego, który przyjął kilkunastu pacjentów, zreanimował dwóch zawałowców i  wyciągnął z obrzęku płuc trzeciego.
–Yyyy… ten... tego... pacjent jest w bezmoczu, panie ordynatorze… – wymamrotał spanikowany dyżurny.
– Otóż nie jest, kolego, nie jest! Wczoraj oddał 50 mililitrów moczu i to naprawdę nie jest nic trudnego zmierzyć ciężar właściwy tej cieczy. Na dyżurze liczą się nie tylko sprawy dużej wagi, małe też są ważne – oznajmił zszokowanemu dyżurnemu.
– Panie doktorze, wobec tej kompromitującej niewiedzy o stanie zdrowia pacjentów jestem zmuszony zaraz po odprawie przyjść do pana na obchód i wszystko osobiście sprawdzić! Pana szefem oddziałowym jest… dr Jackowski? Czy tak?
– Tak, panie ordynatorze – wymamrotał na już na wpół sparaliżowany dyżurny.
– Proszę go powiadomić, że jego pacjentów także skonsultuję.

Doktor Jackowski słynął ze zręcznych rąk, które wkłuwały się w każdą protegowaną, nawet najcieńszą żyłę  niezależnie od tego jak była zapadnięta czy ile zrostów ją otaczało. Po wykonaniu ordynatorskich poleceń, co miało zwykle miejsce wczesnym rankiem, szybko przebiegał sale pozostających pod jego opieką pacjentów i nazbyt się nie skupiając na zbędnych szczegółach, gnał do licznych prac dodatkowych w myśl złotej szpitalnej zasady Jedenasta czas do miasta. Wielkosz przymykał na te praktyki oczy, bo jakiż miał biedak wybór? Krwiaki wielkie jak pięść po wkłuciu w żyłę we własnym wykonaniu? Nie o to przecież chodziło aby osobiście dziurawić żyły protegowanym!
Wielkosz szybko skończył odprawę, załapał  półżywego lekarza dyżurnego i pognał galopem na oddział w poszukiwaniu zwyczajowo zaginionego  doktora Jackowskiego. Dopadł go w okolicach dyżurki pielęgniarskiej i szybko wcielił w brygadę niosących jedynie skuteczną pomoc cierpiącym pacjentom. Weszli na salę numer trzynaście.

Ordynator zbadał pacjenta i poprosił o historię choroby. Doktor Jackowski sięgnął po dokumentację.  W pierwszej chwili myślał, że ma zaburzenia widzenia. Zamknął oczy, otworzył jeszcze raz. Koszmar, mara, sen, wiara, zaburzenia widzenia, jakkolwiek by go nazwać, ten stan miał to do siebie, że nie znikał.
Przed oczami doktora rozciągała się dziewiczo pusta druga strona historii choroby. Zero, nul, ani jednego słowa i to nie tylko w badaniu podmiotowym, ale i w badaniu przedmiotowym. Nie dość tego, w części przeznaczonej na wklejanie  wyników badań dodatkowych samotnie plątało się badanie ogólne moczu, a na domiar złego w tak modnej dzisiejszego poranka rubryce ciężar właściwy moczu laboratorium złowieszczo donosiło: za mało moczu! Chwila przekazywania historii choroby w wykonaniu Jackowskiego wydała się ordynatorowi zbyt długa.
– Pan pozwoli, panie doktorze, tę historię choroby – zażądał Wielkosz. Dostojnym gestem przejął dokument i zamierzał oddać się jego wnikliwej, ordynatorskiej lekturze. Spojrzał... i zastygł z wrażenia.
Przed oczami Wielkosza rozciągały się  puste rubryki, nieskażone nawet jednym słowem opisu przypadłości pacjenta.

– Taaak, taaak, no taak – skomentował ordynator wodząc wzrokiem po dziewiczym wnętrzu historii choroby.
– Są tu, hmm … hmm... pewne drobne uchybienia w dokumentacji, ale pan doktor z pewnością szybko to uzupełni. A poza tym wszystko się zgadza z tym co dr Jackowski mówił.
Przeszli do następnego pacjenta. Ordynator zlecił:
– Doktorze Jackowski, proszę o zreferowanie przebiegu choroby pacjenta… pana... – Wielkosz uniósł ku górze kartę gorączkową, aby zapoznać się z nazwiskiem szczęściarza, który otrzyma za chwil parę najbardziej spektakularną diagnozę – ...pana Bronkowskiego.
– A więc pacjent przebywa na oddziale z powoduuuu… – Jackowski trzymał historię choroby, której pierwsza strona wypełniona jego własnym charakterem pisma  coś mu przypominała, tylko co to było? A więc, panie ordynatorze, z powodu diagnostyki bólów brzucha… tak… brzucha… w przeszłości przebył żółtaczkę zakaźną –  zdecydował się odważnie zeznać doktor Jackowski.
– Ja??? żółtaczkę??? – nieszczęśnik z sali numer trzynaście nie posiadał się ze zdumienia.
– Tak, pan – doktor Jackowski z miną pokerzysty obstawał przy swojej wersji powodu pobytu pacjenta na oddziale. Zaraz to sprawdzę, z pewnością zanotowałem to w historii choroby – dodał w konwencji pokerowej. W końcu taki dokument jak historia choroby osobiście sporządzona przez samego doktora Jackowskiego, to był nie byle jaki dowód! To było coś o mocy piątego asa, który pojawiał się zawsze przy najbardziej twardym licytowaniu! Doktor Jackowski rzucił okiem na stronę tytułową kolejnej historii choroby, wszystko się zgadzało – imię i nazwisko pacjenta oraz podstawowe dane osobowe wpisał osobiście. Na dalszych stronach mogły się znajdować tylko najstaranniej zebrane i szczegółowo opisane dane o powodach przyjęcia pacjenta, przebiegu choroby oraz schorzeniach przebytych. Z kamienną twarzą przeszedł więc do odświeżającej pamięć lektury dalszego ciągu historii choroby. Przewrócił tytułową stronę historii choroby i jego wzrok spoczął na stronie drugiej, gdzie powinien znaleźć się opis powodu przyjęcia oraz przebiegu choroby.

W pierwszej chwili myślał, że ma nawrót zaburzeń widzenia. Ponownie zamknął oczy, otworzył jeszcze raz. Ponownie ten sam koszmar, mara, sen, wiara, zaburzenia widzenia, jakkolwiek by go nazwać, ten stan miał to do siebie, że nie znikał po raz drugi.
Przed oczami doktora Jackowskiego rozciągała się dziewiczo puste wnętrze drugiej  historii choroby. To już wyglądało na sabotaż! Tylko w czyim wykonaniu?
Ordynator Wielkosz wyczuł szybko, że proszenie o wgląd drugiej historii choroby nie jest tym czego doktor Jackowski odczekuje od niego. Przeszli więc do dyskusji nad następnymi pacjentami, bez zbędnego wnikania w zakamarki dokumentacji szpitalnej. Po przyjęciu tej konwencji obchodu  dalsza jego część  przebiegała w konwencji wysoce przyjacielskiej, bo komuż opłacałoby się robić awanturę pierwszej złotej rącze na oddziale ordynatora Wielkosza?
Skuteczność działania była tym, na co stawiał w domu i w zagrodzie ordynator Wielkosz. Nieważne jaka cena, nieważne jaki kompromis był konieczny, ważne było czy sprawy posuwały się do przodu w wytyczonym kierunku. Był bowiem ordynator Wielkosz nieustraszonym piechurem ku sukcesowi. Dróg innych nie znał i poznawać nie chciał.
Różni ludzie kroczyli różnymi drogami ku sukcesowi i sławie, ale gdyby wcześniej wiedzieli, co ich spotka na końcu owego marszu, czy wyruszaliby na wędrówkę z takim zapałem?

[Seul 8326]

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...