sobota, 13 maja 2017

Pocałunek uzależnienia - odcinek dziesiąty



Rozdział 10: Myśl się nie prześliźnie!

Nie od dziś wiadomo, że centralnym i najbardziej newralgicznym miejscem w każdym systemie doskonałej fikcji jest sprawozdawczość. Jej zasady powinny być tak określone, żeby nikt ich nie rozumiał w pełni ani nie był w stanie wykonać tak, jak oczekiwaliby tego twórcy systemu.
Urzędowi nadzorcy Narodowej Federacji Zaprzężonych uznali, że dzięki tak ustawionemu zagadnieniu sprawozdawczości zawsze można będzie złapać woła za rogi i pokierować nim według swoich potrzeb i oczekiwań.
Dzięki naszej doskonałej technice sprawozdawczej mysz się nie prześliźnie, jeżeli nie będzie zewidencjonowana – zawoła najbardziej generalny dyrektor na naradzie dyrektorów regionalnych zwołanych do stolicy. Niestety wprowadzający dane z narady informatyk, jak to z nimi bywa nielubiący pisać, wpisał

Myśl się nie prześliźnie!

I w tej postaci zawieszono sprawozdanie na stronie internetowej. Śmiechu było co niemiara, ale dyrektor generalny uznał, że nie ma tego złego co by się na dobre nie zdało i nakazał zostawić wersję zapisaną przez rozkojarzonego informatyka.
– Myślenie u doktorów jest zbędne, a nawet szkodliwe. Musimy tak skonstruować sprawozdawczość, abyśmy wiedzieli co oni z tymi pacjentami wyprawiają. Kratek ci u nas dostatek! – zawołał. – Wszystko niech wpisują w kratki, to będziemy wiedzieli co się dzieje w tych gabinetach i na co idą nasze pieniądze.
System zadziałał fantastycznie. Już w pierwszym tygodniu sprawozdawania okazało się, że ortopeda który wpisał, że zbadał pięć palców tak naprawdę zbadał zaledwie cztery palce! No, a oczywiście rachunek przysłał za pięć palców! Karny szwadron kontrolerów zapytał ortopedę, dlaczego tak zuchwale okrada państwo z publicznych pieniędzy. Coś biedak tłumaczył, że badał jak go uczyli na studiach, ale kiedy on te studia kończył!
Wiadomo nie od dziś, że medycyna stała w tych czasach nad przepaścią, a od tej pory zrobiła duży krok do przodu! Dość powiedzieć, że liczba uchybień w realizowaniu wytycznych Narodowego Brata Płatnika była tak duża, że kontrolerzy nie nadążali z robotą i pisaniem wniosków pokontrolnych. Dla usprawnienia czynności i sprawnego wymierzania kar wprowadzono pojęcie JGP, czyli Jednorodne Grupy Podejrzanych.
Wszyscy doktorzy, którzy lekkomyślnie wpisywali w dokumentacji, że zbadali pięć palców a czynności pokontrolne wykazały badanie zaledwie cztery albo o zgrozo trzy palce, byli kierowani do tej samej grupy do ukarania JGP 10.1.1.2, gdzie pierwsza cyfra oznaczała kod danej specjalności, druga cyfra oznaczała ciężar kary, trzecia określała, czy jest to kara nałożona po raz pierwszy, a ostatnia – rokowanie w danym przypadku. Dzięki takiemu skodyfikowaniu rzecznik prasowy Narodowego Brata Płatnika mógł codziennie przed kamerami telewizji To-Nie-Ten skutecznie sprawozdawać o nadzorze nad rozpasaniem diagnostycznym i finansowym doktorów.
Uśmiechnięty rzecznik prasowy donosił: skontrolowaliśmy pięciuset ortopedów, z tej grupy 257 okazało się naciągaczami, którzy wykazali w sprawozdaniach nadmierną liczbę rzekomo zbadanych palców u rąk w stosunku do palców rzeczywiście zbadanych. Martwi nas fakt, że 50% skontrolowanych to niepoprawni recydywiści chronicznie wykazujący fałszywe dane.
Wraz z rozwojem systemu JGP, czyli Jednorodnych Grup Podejrzanych dynamicznie rozwijał się sprzężony z nim system JGS, czyli Jednorodne Grupy Skazanych. Słupki pięły się w górę, sprawozdawczość rosła, a wraz z nią zadowolenie ludu pracującego miast i wsi oraz kontrolerów. Bo cóż mogło bardziej ucieszyć lud niż wiadomość o ukaraniu doktorów lub złapaniu ich na ohydnym uczynku rozmijania się z faktami.
Jednorodne Grupy Skazanych pokazywano po głównym wydaniu wiadomości. Ubrani w jednolite ubranka w białym kolorze tłumaczyli się głupawo przed kamerami, że chcieli dobrze.
Wszyscy czuli, że grają główne role w niesamowitym filmie, role do tej pory zastrzeżone dla doktorów. To było życie!

Nadmiar emocji nie pozostawał bez wpływu na samopoczucie wielu osób. Cynamonowa czuła narastający ból głowy, który nie ustępował mimo wszystkich domowych sposobów. Zadzwoniła więc do @doktora.szeregowego i poprosiła o konsultację. Jakież było zdziwienie doktora, przygotowanego na krótką konsultację dla jednej sąsiadki, gdy pod gabinetem zobaczył siedzące dwie osoby.
– A cóż to za hm… tłum! – pomyślał stary doktor, mający z każdym dniem coraz mniej zapału do praktyki lekarskiej. Nieomal każdego dnia odczuwał stany zwane wahaniem powołania, przy czym wahadło z tajemniczych powodów lubiło zatrzymywać się w okolicach zera.  
– Panie doktorze, panie doktorze, sąsiadka pani Waniliowa prosi o przyjęcie, bardzo źle się czuje. Sprowadziła się do nas jedna taka, Imbirowa nazywa się i chyba coś ze sobą przywlokła do naszego domu. Przyjmie pan dodatkowo Waniliową? – zagaiła na dzień dobry Cynamonowa.
– No skoro sąsiadka źle się czuje, to proszę do gabinetu jako pierwszą – oznajmił ordynator.
– Proszę siadać. Co pani dolega, pani Waniliowa? – zapytał doktor.
– Ja? Ogólnie to nie zwracam na to uwagi – wyznała szczerze pacjentka. – Ale teraz to chyba się przegrypiłam, boli mnie na przewylot i mam udrętwienie lewostronne. I jeszcze czuję jakby czaszka była za mała o dwa numery i wtedy jestem taka bardzo rozwibrowana. Jak nie przymierzając jak Cynamonowa po spotkaniach z tym… pan doktor wie… z tym… amantem, oj, przepraszam, no tym co się znikł Cynamonowej gdzieś jak sen złoty, chi..chi..chi.. – zachichotała Waniliowa.
– Pani Waniliowa, w tym gabinecie omawiamy pani dolegliwości, a nie życie uczuciowe pani Cynamonowej. Proszę kontynuować co pani dolega – zarządził doktor.
– Jak mnie taki atak najdzie, to ledwie się duch we mnie kołacze. Niech mnie pan ratuje, a ja wszelkiemi sposobami będę starała się wynadgrodzić.
– A co pani bierze?
– Wszystkie leki, które mam przyznane przez doktora pierwszego styku, to biorę.
– Ale co pani bierze? Ja się nazywają te tabletki?
– Wiem co biorę, tylko nazw nie znam. Ale te tabletki ogólnie odpowiadają mi do organizmu.
– Muszę zbadać pani ciśnienie oraz osłuchać płuca, a potem zapiszę odpowiednie leki.
– Muszę panu powiedzieć, że ja ogólnie jestem antylekowa i organizm mam nieprzeproszkowany.
I w ogóle to po tych tabletkach na „h” to serce mi staje i potem zaczyna się rzucać jak szalone.
– Dam pani nowe tabletki, no i dieta będzie potrzebna.
– Jak one się zwiom, te tabletki? – zaciekawiła się Waniliowa.
– Jak się zwiom, tak się zwiom, i tak pani nie zapamięta – oznajmił doktor.
– Ale czy będą białotabletkowe czy żółtotabletkowe, bo ja wolę białe, no i żebym mogła rozgryzać, to wtedy wydaje mi się, że mocniej działają… a ta dieta to będzie przysiężna?
– Dieta będzie przysiężna, a tabletki może pani rozgryzać.
– To ja na wszelki wypadek serdecznie dziękuję, panie doktorze.
– Koniec wizyty i niech pani poprosi panią sąsiadkę.
Cynamonowa weszła sprężystym krokiem do gabinetu i nie czekając na rozpoczęcie rozmowy przez ordynatora sama zaczęła.
– I co, panie doktorze, okazało się, że e-świat nie jest lepszy? – zapytała.
– E-tam, co to za e-świat, który nie istnieje – mruknął doktor.
– Co pan doktor powiedział? – dociekała Cynamonowa.
– Powiedziałem, żeby rozebrała się  pani do badania – oznajmił chłodno ordynator. – Proszę rozebrać się do badania!
– Do połowego, znaczy się, mam się rozebrać?
– Do rosołowego – rzucił doktor, wchodząc w konwencję przymiotników.
– Znaczy się będzie mnie pan doktor molestował? chi…chi... – zachichotała Cynamonowa.
– Pomarzyć dobra rzecz, pani Cynamonowa, ale nic z tych rzeczy – odpowiedział doktor. – Mam taki niemodny zwyczaj, że badam pacjentów osobiście, nie wyręczając się maszynami, komputerami ani wytycznymi.  A tak w ogóle to przejdźmy do rzeczy. Czy brała pani leki, które zapisałam pani na ostatniej wizycie?
– Nie brałam tych leków nagminnie – wyznała.
Doktor coś mruknął pod nosem, ale zdecydował się na głośne wypowiedzenie bezpieczniejszej formuły.
– Proszę głęboko oddychać... nie oddychać... można oddychać.
– I co pan doktor na podsłuchu stwierdził? – zapytała Cynamonowa.
– A pani to tylko podsłuchy w głowie! – doktorowi wyraźnie poprawił się humor. – Za dużo pani ogląda telewizji. Ja tylko panią osłuchiwałem, a nie podsłuchiwałem.
– Jak zwał, tak zwał, byle było dobrze słychać – odparowała Cynamonowa, której najwyraźniej też wracał dobry nastrój.
– Widzę, że pani wraca do zdrowia – skomentował doktor. – To najmilsza chwila w życiu lekarza.
– To ja na razie na wszelki wypadek dziękuję, panie doktorze.
– To ja na wszelki wypadek życzę zdrowia, pani Cynamonowa!
– A gdzieś pan doktor się wybiera albo emigruje?
– Któż to wie, co czeka nas jutro… może zmienię zawód…
– I co pan będzie robił, panie doktorze?
– Może napiszę książkę – odpowiedział z uśmiechem lekarz. – I będę prowadził światowe Życie po byciu lekarzem.
– Nie zrobi mi pan tego… – jęknęła Cynamonowa.

– To mnie jeszcze pani nie zna… już znikam... – szepnął doktor.

Nagranie dokonane przypadkowo w przestrzeni publicznej pewnej placówki ochrony zdrowia (która nie wiadomo gdzie się zaczyna ani gdzie kończy, jak wykazały dywagacje związane z zakazem palenia papierosów w tychże placówkach) przez świadczeniobiorcę usług medycznych, zaopatrzonego w sprzęt niezbędny do odbycia wizyty w gabinecie lekarskim jakim jest dziś dyktafon kieszonkowy, w który zaopatruje się świadczeniobiorca idąc do swego świadczeniodawcy, bo nie po to go wykształcił za swoje podatki, żeby pozbawić się przyjemności udokumentowania przebiegu wizyty. Za szumy, trzaski i złą jakoś nagrania przepraszamy.


– Krowę doi się od cycków, a nie od ogona – powiedział ekspert, o nazwisku znanym naszej redakcji.
– Czy słyszała pani tą nowinę?
– Niee, ciekawe jak on na to wpadł?
– Naukowo dowiódł, że nie od ogona. Już pani opowiadam: miał dwie grupy krów – badaną i kontrolną, badaną doił od cycków, a kontrolną od ogona.
– No i co mu wyszło?
– Od ogona wyszło, że... hm... jak by tu pani powiedzieć... samo... hm... będąc starą lekarką nie używam takich słów w pełnym brzmieniu.
– A od cycków samo mleko UHT.
– Un Hyba Trochę za bystry jest ten cały ekspert.
– Nie mówi się hyba, tylko chyba.
– Taaak, chyba ma pani rację.
– Z niego musi być wielki uczony.
– Nie taki wielki jak ten radziecki uczony Cyckow – co pierwszy zrobił taki sam eksperyment z krowami, ale noga mu się troszkę podwinęła.
– Mówi się racica.
– Chyba macica?
– Nie macica tylko racica, nie wiesz pani, to siedź cicho.
– Otóż, pani kochana, z braku krów wstawił parę byków i w jednej takiej komisji, co wszystko sprawdza wykryli fałszerstwo naukowe.
– Jak ta komisja nazywa się?
– Mogę pani powiedzieć, ale tylko na ucho.
– A dlaczego na ucho, wolę na UHT?
– Powiem na ucho, bo jestem przed habilitacją, no i przed profesurą.
– A powie pani na głos nazwę tej komisji, jak już będzie pani po profesurze?
– Nie powiem po profesurze, bo wtedy będę tą komisją, albo zapomnę – jeszcze nie zdecydowałam się.
– Ależ pani jest cyniczna!
– Nie, dziecko, nie jestem cyniczna, tylko praktyczna. Samo życie
– Samo dno, że ho-ho-ho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...