sobota, 13 maja 2017

Pocałunek uzależnienia - odcinek pierwszy



Rozdział 1.Natura świata

Nie do końca było wiadomo właściwie dlaczego ludzie nie spieszyli się na tamten świat, podobno lepszy i ładniejszy od tego, który był pod ręką, tkwiąc uparcie i ze wszystkich sił w tym gorszym i brzydszym jego wydaniu. Niewątpliwie przebywanie niejednego z mieszkańców na gorszym ze światów wydłużało się za sprawą lekarzy i ich zapału do przedłużania życia każdemu, kto wprost nawinął się pod rękę lub skalpel.
Mimo wyraźnej niechęci do przenoszenia się na stałe na tamten świat, tęsknota za krótkimi wycieczkami do innego niż rozciągający się dookoła świat była w ludziach wielka. Podejmowali oni co i raz próbne ekspedycje odlatując na skrzydłach wyobraźni, wspierani niekiedy najróżniejszymi substancjami chemicznymi. Niespodziewanie pojawiła się zupełnie nieoczekiwana możliwość odlotów do świata wirtualnego. Tak niespodziewanie ów świat się rozrastał, że za jego przyczyną rzeczywistość powoli zaczęła się rozdwajać, a niekiedy jej część realna nawet kurczyć. Ten drugi e-świat, jak to już z drugimi światami bywa, był oczywiście lepszy, ładniejszy, powabniejszy niż świat realny. Tak się przynajmniej wielu osobom zdawało na pierwszy rzut oka. Na drugi rzut oka realność oceny e-świata pojawiała się, gdy zakochany w nim osobnik nie mogąc oderwać się od ekranu i klawiatury rozwijał zespół suchego oka z jego irytującym pieczeniem, swędzenie oraz innymi przypadłościami utrudniającymi przebywanie w tej fascynującej przestrzeni.
Wszystko się tak z dnia na dzień szybko rozrastało, że zdawało się iż powstały wręcz dwie krainy. Granica między obiema krainami bywała nieostra, miejscami trudna do określenia albo zgoła zamazana. Co więcej, wiele spraw robiło się tak poplątanych i pomieszanych, że niejednokrotnie trudno było odróżnić to, co jest realne, od tego, co wirtualne. Tylko na krótkich odcinkach granica owa była zdecydowanie ostrzejsza, zwłaszcza gdy człowiek odłączał się od komputera i powracał do realu, przynaglony ograniczoną bądź co bądź pojemnością pęcherza moczowego surfera lub jego psa.
Trudność w odróżnianiu wspomnianych dwóch krain  szczególnie wyraziście odczuwali lekarze, których gabinety odwiedzali pacjenci z często wyłącznie wirtualnymi dolegliwościami, jednak ciągle realni, domagający się nie mniej realnych recept, antybiotyków, leków psychotropowych czy wyrafinowanych badań obrazowych. Od biedy można by ludziom dawać to, czego chcieli, bo na chcącego nie masz mądrego, ale nad wszystkim czuwał Narodowy Brat Płatnik (NBP), ze swym wyostrzonym spojrzeniem i ponad miarę wybujałym aparatem kontroli wszystkiego. co wygenerowali w swych gabinetach doktorzy. Kontrolerzy Narodowego Brata Płatnika, sprawdzający z dokładnością do dziesiątego miejsca po przecinku koszt recepty na walerianę zmieszaną z rosą poranną, wystawionej siedem lat temu, dodatkowo analizując czy dawkowanie specyfiku jest zgodne z charakterystyką produktu leczniczego lub najnowszymi wytycznymi i tym co było napisane na recepcie. Trzeba było baczyć, aby przez nazbyt dobre serce i skłonność do ulegania sugestiom pacjentów nie zostać przez przypadek hojnym sponsorem tych próśb i oczekiwań, prowadzących prostą drogą do bliskich kontaktów z groźnymi urzędami.
Lekarze, którym nie dość, że całe życie samoistnie dźwięczą w uszach słowa  ich greckiego kolegi Hipokratesa, narażeni byli ciągle na powątpiewania całych rzesz internautów, czy aby pamiętali dostatecznie mocno o służebnej roli swego zawodu.
I tak miotając się między zaleceniami doktora Google'a i oczekiwaniami swoich pacjentów, coraz bardziej czuli, że tradycyjna wiedza akademicka już nie wystarcza dla rozgryzania narastająco skomplikowanej materii zdrowia, chorób, leczenia i diagnozowania, a nade wszystko zaspokajania wybujałych oczekiwań konsumentów usług oferowanych przez system ochrony zdrowia. Nie potrzeb pacjentów, czyli ludzi cierpiących, autentycznie chorych, lecz zachcianek konsumentów, którym wpadała co i raz do głowy ochota na skonsumowanie kolejnego dania z bogatej oferty kulinarnej, przygotowanej przez współczesny menedżeryzm medyczny.
Niektórzy doktorzy, nie wytrzymując napięcia, rzucali atrakcyjne posady w kraju i emigrowali choćby do najbliższych krajów ościennych, byle nie dźwięczała im już nigdy więcej w uszach słynna fraza „bo-mi-się-należy”. Inni bardziej zdesperowani rzucali się przez morza i oceany byle tylko być jak najdalej od bomisizmu w jego wszystkich odmianach. Na rozmowach kwalifikacyjnych deklarowali opanowanie  najtrudniejszego języka w ciągu kilku tygodni, a najbardziej zdeterminowani wyznawali, że gdyby była potrzeba opanowania dodatkowo wszystkich odmian i dialektów języka kraju emigracji to też nie jest im straszne.
Fraza „bo-mi-się” miała w ojczyźnie długą i ugruntowaną pozycję oraz siłę oddziaływania, skoro już parę dziesięcioleci wstecz powstała pra-fraza  „czy-się-stoi-czy-się-leży-dwa-tysiące-się-należy”. Potęga oddziaływania frazy „się-należy” i zapału do egzekwowania należności miała w niejednym wypadku większą siłę, niż moc bezwzględnych przepisów Narodowego Brata Płatnika.

Mniej mobilni doktorzy, którzy nie zdecydowali się na emigrację, tkwili po uszy zatopieni w osobliwej i nieuleczalnej dobroczynności. Z tego powodu  co i raz byli karceni przez Narodowego Brata Płatnika groźnie brzmiącym określeniem nadwykonania lub w skrajnych przypadkach mocą wyroków sądowych, w wyniku których otrzymywali niemożliwe do odrzucenia nominacje na sponsorów kuracji swych podopiecznych.
Wysokonakładowe media papierowe wymyślały wieczorowe kursy na temat  zasad uprzejmego powitania konsumenta usług medycznych, nawiedzającego gabinet lekarza oraz jak najstaranniejszego zaspokajania wszystkich wymyślnych potrzeb. Nieoczekiwanie okazało się na przykład w badaniu marketingowym na dużej próbie rodaków, iż czują oni dotkliwy niedobór uścisków lekarskiej dłoni.
Do tej pory ręka lekarza badała puls, wycinała wyrostki robaczkowe, obmacywała schorzałe narządy, aż tu nagle i kompletnie nieoczekiwanie okazało się, że raczej powinna potrząsać kończyną górną przybyłego do gabinetu klienta, zwanego kiedyś staromodnie pacjentem.
Okazało się, że brak powitalnego shake-hand'u ze strony doktora wpędzał niejednego rodaka w stan konsumenckiego niezadowolenia. W kilku sieciowych placówkach medycznych szefowie działów marketingowych pospiesznie opracowali program re-edukacyjny lekarzy w zakresie savoir vivre’u, skierowany na uzyskanie maksymalnego wskaźnika zadowolenia klientów.
Program otrzymał poufny kryptonim Podaj Łapę. Każdą gapę, która ograniczała się do używania lekarskich dłoni jedynie do sporządzania dokumentacji medycznej lub badania przedmiotowego  karano utratą premii w wysokości pięćdziesięciu procent.
Gdy już władze wszelkiego szczebla administracyjnego opracowały w najmniejszych szczegółach przebieg wzorcowej wizyty nienasyconego konsumenta usług medycznych, zapewniający mu odpowiednio wysoki poziom satysfakcji w gabinecie lekarskim, okazało się, że nie bardzo wiadomo, kto ma realizować owe wytyczne i  zalecenia jak zaspokoić będącego w potrzebie. Z jednej strony na horyzoncie widoczny był las konsumenckich rąk, wyciągniętych i gotowych do uściśnięcia lekarskiej kończyny górnej na znak równości, braterstwa i pokoju, z drugiej nie było widać chętnych doktorów do obściskiwania się.
Próby ucieczki z jakże nieprzyjaznego świata realnego do powszechnie dostępnej odlotowej krainy ulokowanej w sieci internetu w wypadku doktorów nie były udane – spotykały ich tam tylko swary trolli, pogróżki wojskowej oferty obuwniczej wypowiadane przez krewkich polityków, przetykane cynicznymi żądaniami inspekcji lekarskich garaży, na zmianę z recytacją paragrafów, którymi wygrażano lekarzom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...