sobota, 13 maja 2017

Pocałunek uzależnienia - odcinek trzynasty



Rozdział 13. Przygotowania do bitwy
 
Gazeta codzienna „Trucie & Plucie” donosiła o nowych bojach i ofiarach małych, ale licznych potyczek.  Informowano też dokładnie o tym, co kto potrafi i czym grozi. Obóz zarządców  kontra doktorzy sprowadzeni z tajemniczej emigracji codziennie wołali do siebie na łamach gazet: 
– Poddaj się, jesteś otoczony, osaczony i przegrany.
Doktorzy negocjowali warunki pracy na nadchodzący rok z Narodowym z Bratem Płatnikiem. Negocjacje zacięły się na cenie za jednego podopiecznego. Tu musimy wyjaśnić, że  walutą były reale , a jeden real miał 100 centavos. Doktorzy żądali 8,99 reala za jednego podopiecznego na miesiąc, a NBP oferował 8,98 reala. Negocjatorzy NBP śpiewali:

Tralalala, nie damy wam reala, nie damy więcej nawet centavosa 
I utrzemy wam nosa, nie damy dojść do głosa, hopsosa, hopsosa,
Każda wasza placówka będzie bosa i wszystko przeleci wam koło nosa. 

Narodowy Brat Płatnik brał oczywiście pod uwagę możliwość przegranej w kolejnych potyczkach i już wcześniej rozpoczął przygotowania do słynnego awaryjnego planu B, który każdy polityk zawsze ma na wszelki wypadek i bez wypadku. Na wypadek konieczności zastosowania planu B. Ukonstytuowała się  Wirtualno-Realna Rada Ocalenia Narodu (WRRON-a).

W kwaterze głównej przy ulicy Dżemowej przystąpiono do opracowywania awaryjnego planu B na wypadek, gdyby doktorzy wyginęli doszczętnie w kolejnych bitwach. Brano pod uwagę to, że po jednej bitwie następuje druga, a potem trzecia i kolejna. Plan był więc pewną repliką Sześcioletniego Wielkiego Planu, którego realizację pamiętają starsi czytelnicy z osobistych kontaktów, a młodsi z opowiadań rodziców.
Kryptonim planu nazywał się Zabawa w doktora, a tezą jego hasło Nie ma ludzi niezastąpionych, co najwyżej będzie trochę niedoleczonych. Niedoleczenie pacjenta może się zdarzyć każdemu, nawet najlepszemu doktorowi. Tak więc w sumie nic się nie stanie, jeśli ster rządzenia chorobami zostanie przekazany w inne spragnione ręce, a nie od dziś wiadomo, że są miliony rąk, tysiące rąk, a serce bije jedno – do tego aby leczyć drugiego, cierpiącego człowieka.

Ileż takie skołatane serce mogło czekać na spełnienie tego marzenia, co zalegało w nim od czasu niezdanego egzaminu na medycynę? Na pierwszy ogień postanowiono te spragnione niesienia pomocy ręce zaangażować do obsługi chorych niewymagających operacji. No bo żeby tak brać się za operacje, to nie! Nic z tych rzeczy! Rozkroić to by jeszcze człowiek rozkroił, ale żeby potem te flaki z powrotem zmieścić w takim brzuchu i żeby wiedzieć, który z tych obrzydliwych farfocli jest wyrostkiem robaczkowym, to nikt nie chciał zajmować się taka robotą! A jak by coś się ucięło nie to co potrzeba albo flaki nie dały się wcisnąć z powrotem do brzucha???  Prokurator albo i gorzej, bo za źle wycięte flaki idzie się do paki!

Nagranie dokonane przypadkowo w przestrzeni publicznej pewnej placówki ochrony zdrowia (która nie wiadomo gdzie się zaczyna ani gdzie kończy, jak wykazały dywagacje związane z zakazem palenia papierosów w tychże placówkach) przez świadczeniobiorcę usług medycznych, zaopatrzonego w sprzęt niezbędny do odbycia wizyty w gabinecie lekarskim jakim jest dziś dyktafon kieszonkowy, w który zaopatruje się świadczeniobiorca idąc do swego świadczeniodawcy, bo nie po to go wykształcił za swoje podatki, żeby pozbawić się przyjemności udokumentowania przebiegu wizyty. Za szumy, trzaski i złą jakoś nagrania przepraszamy.

– Plan Sześcioletni, wielki plan wielkiej ministerki.
– Budujemy nowy dom…
– Podobno pani minister już się pobudowała.
– Ma willę pod Warszawą?
– Nie wiem, gdzieś musiała się pobudować.
– Plan sześcioletni, a kadencja na cztery lata.
– Nie z nami te numery, pani pesel proszę!
– Po co panu?
– Po nic, każą to biorę.
– Komornik grozi szpitalom!
– Na bruk wyrzuca chorych?
– Jeszcze nie, ale tylko patrzeć, moja pani.
– Szpital słono zapłaci.
– Słono nie może być!
– A dla czego nie?
– Bo to podnosi ciśnienie.
– Kto ma nadciśnienie?
– Połowa narodu, pani kochana,
– Popatrz pani, co one z tem narodem robiom, co chcom.
– Konował chciał mi wcisnąć tabletki na zbicie ciśnienia,
– Coś pani? codziennie dwie, przez całe życie?
– Poczytałem o nadciśnieniu i wszystko wiem, głupi konował, nie robie nic na siłę.
– I nie męczy się pan?
– Dopiero na trzecim piętrze.

Forumowicz  @totalnie.znudzony dostojnym krokiem podążał w kierunku skrzynki. Nie spieszył się. Nie było do czego… nie było po co… ot, codzienny obowiązek przekręcenia kluczyka w europejskim blaszanym schowku, który chciwie wchłaniał  reklamy pizzerii, zaproszenia na pokazy pościeli antyreumatycznej oraz oferty pożyczek bankowych, których nikt jeszcze nie spłacił po najdłuższym życiu…
– Wow, co za nuda – jęknął, mnąc tę kolorową makulaturę. Wrzucił wszystko do kosza na śmieci, który zapobiegliwa administracja zamontowała na sąsiedniej ścianie. Na dnie skrzynki leżała comiesięczna przesyłka "Gazety Konowalskiej". Zafoliowana, zaadresowana, kompletnie przez niego nieoczekiwana. Nie żeby niespodzianka. Po prostu nie czekał na to nudziarstwo, z którym musiał obcować ustawowo. No cóż takie było prawo!
Dura lex, sed… lepszy sex – pomyślał i uśmiechnął się na wspomnienie.
Nagle coś mu drgnęło w dolnych partiach ciała.
Może? Ech, gdyby tak… jeszcze raz… – rozmarzył się.
Po chwili zorientował się jednak, że to raczej ruchy perystaltyczne dolnego odcinka przewodu pokarmowego niż to o czym w pierwszej chwili pomyślał.
– Tam do licha! też mi musiało się teraz właśnie przytrafić, gdy zapomniałem kupić papier toaletowy! Próby wykorzystania "Gazety Konowalskiej"  jako podręcznego produktu toaletopodobnego okazały się jeszcze bardziej przykre niż obcowanie z wyrobem czekoladopodobnym. Otóż w mrocznych czasach stanu wojennego, znanego z szerokiej gamy niedoborów, poranił sobie wyrobem toaletopodobnym boleśnie delikatną  okolicę…, no wiadomo jaką.
Papier, na którym drukowano „Gazetę Konowalską” nie tylko, że nie wchłaniał końcowych produktów przemiany materii, to na domiar złego fatalnie się palił w kominku.  Przymusowi prenumeratorzy mieli więc wiele powodów do niezadowolenia i nic dziwnego, że kolejny numer gazety tradycyjnie rozczarował prawie wszystkich. Może niektórych trochę zirytował, a dokładnie rzecz biorąc tekst @ale.wypoczętej. Kto ją w ogóle dopuszczał do druku? Co ona robiła na tych łamach? Kto ją popiera? Kto za tym stoi? Skąd się ta cała @ale.wypoczęta wzięła się w mediach? To wymagało zbadania!

Nie mając szans na bezpośrednie poznanie tych intrygujących faktów, postanowiono zwołać komisję śledczą. Jak to z takimi gremiami bywa, zaraz po jego powołaniu powstały poważne rozbieżności wśród członków co do metody przebadania @ale.wypoczętej. Rozważano: uporczywe wiercenie dziury w brzuchu, wpieranie w zdrowego chorobę oraz  rzucanie aluzji. Najbardziej zdecydowane postępowanie zaproponowała przewodnicząca komisji. Jej zdaniem nie warto było certolić się  z @ale.wypoczętą tylko od razu nawiercić jej kilka otworów w czaszce, żeby zobaczyć metodą bezpośredniej inspekcji co ma na myśli.

Po burzliwych dyskusjach w łonie komisji zgodzono się na propozycję przewodniczącej, która zaproponowała specjalistyczną diagnostykę wydobywczą, gwarantującą stuprocentowe poznanie myśli @ale.wypoczętej. Diagnostyka polegała na nawierceniu otworów w czaszce wypoczętej i wprowadzeniu przez otwory neuroendoskopów. @ale.wypoczęta otrzymała wezwanie do stawienia się przed komisją, które było obowiązkowe. Poddania się wszystkim procedurom badawczym także. Nie było wyjścia! Obradom komisji towarzyszyło spore zainteresowanie publiczności, która z galerii przyglądała się badaniu @ale.wypoczętej.

Przewodnicząca założyła ochronną odzież operacyjną oraz maskę chirurgiczną na twarz – tak naprawdę mającą na celu ukrycie poważnej kolekcji zmarszczek uwidocznionych z powodu braku makijażu. Wprawnymi ruchami chwyciła niezbędne narzędzia chirurgiczne i wiertarką udarową, znalezioną w garażu, nawierciła po dwa otwory w każdej płaszczyźnie czaszki @ale.wypoczętej. Farfocle kostne leciały na boki, dźwięki wiertarki świdrowały przypatrującym się wszystkie zakątki uszu zewnętrznych, środkowych i wewnętrznych. Po trzydziestu minutach wiercenia, tu trzeba przyznać, że @ale.wypoczęta miała łeb nie od parady, przewodnicząca odłożyła wiertarkę na bok i  zapuściła neuroendosondę badawczą. Przewodnicząca bystrym okiem przejrzała wszystkie zakamarki mózgu i zdała relację członkom komisji.
Po zakończeniu oględzin neuronów założono opatrunki klajstrujące wywiercone dziury, a na zewnątrz przywdziano gustowny czepek Hipokratesa. Neuroendoskopowe przebadanie @ale.wypoczętej nie przyniosło takiego ładunku informacji, jakiego się spodziewano. Zapał do dowiedzenia się co myślą inni ludzie komisja miała jednak wielki. Postanowiono zadbać innymi sposobami o wykrycie tego, co myśleli i robili inni. Przewodnicząca komisji zaproponowała obróbkę nawierconych otworów skrawaniem za pomocą tokarek, frezarek, pił, wytaczarek oraz wiertarek w celu lepszego dopasowania zapuszczanych neuroendoskopów. To była metoda na jednostki najbardziej oporne. Na wszelki wypadek wyjaśniono też, że  badanie nie było sponsorowane przez żadną firmę z branży Bag Pharma ani też przez żadną z przywiędłych gałęzi nauk medycznych.

Po docuceniu @ale.wypoczętej pozwolono jej na ostatnie słowo. Przebadana i zendoskopowana @ale.wypoczęta powiedziała tylko jedno zdanie:
- Myśl ludzka jest wolna i zawsze taka będzie!
Po czym odwróciła się na pięcie i opuściła salę obrad, nie oglądając się za siebie, nawet nie wykonując najdrobniejszego gestu sugerującego chęć odwrócenia się w stronę, gdzie dokonano na jej czaszce zabiegu neuroendoskopii zwiadowczej. Komisja osłupiała! Jeszcze nikt tak wysokiej komisji nie potraktował! A jak by nie patrzeć, zasiadali w niej nawet członkowie Centrum Karania Każdego (w skrócie zwanym CKK). No, prawie każdego, bo nawet najdłuższe rączki jednak gdzieś się kończyły… i to była właściwie jedyna przykrość zasiadania w CKK.

Wobec braku postępu w negocjacjach Prezes Narodowego Brata Płatnika zawiadomił Narodową Federację Zaprzężonych, że wszyscy jej członkowie zostają wyprzężeni, odcięci od dostaw siana i mogą sobie do woli hasać. Horyzont egzystencji bez dostępu do siana nie był ani na trochę atrakcyjny dla wielu Wołów Roboczych, bo całodobowe kręcenie się w kieracie było ich prawdziwą naturą.

No bo czy ktoś widział woła hasającego po prerii? Woła śmigającego przez knieje? Albo Woła Roboczego ścigającego się z innymi wołami, który szybciej dobiegnie do mety? Natura kieratu była taka, że właściwie nie było wiadomo gdzie jest meta i trzeba było kręcić nim od rana do nocy.

Woły podumały przez chwilę i doszły do wniosku, że nie ma to jak dostęp do strawy. Sianko to dietetyczne pożywienie, źdźbła wprawdzie cienkie, można powiedzieć wegetariańskie, a nawet może i wegańskie, ale zawsze jest go dużo i pod dostatkiem. Doszedłszy do takich wniosków, Woły Robocze spuściły łby i dobrowolnie wprzęgły się w kieraty z powrotem. Tak prawdę powiedziawszy większość z nich tylko w tym zaprzęgu umiała iść przez życie. Nie wyglądało to dobrze, bo skoro pierwsza runda została wygrana przez Narodowego Brata Płatnika, to i z następnymi mogło być podobnie.

Tymczasem okazało się, że wskutek mutacji genetycznych powstających pod wpływem niezidentyfikowanych, ale stałych bodźców środowiskowych z niektórym Wołami Roboczymi zaczęło robić się coś dziwnego. Zmieniały się… ale nie uprzedzajmy faktów, pamiętając, że wszelkie mutacje wymagają czasu.

Tymczasem trwał ciągły proces pogłębiania kontroli nad Wołami Roboczymi. Zostali oni zobowiązani do zakupu programu obsługującego w 100% każdą  placówkę, w której pracowały Woły Robocze. Program raportował  o kodach wykonanych czynności, a gdy jakaś leniwa lub roztargniona jednostka nie wpisała numeru kodu czynności,  program nie pozwalał na zamkniecie komputera i walił Woła Roboczego po leniwych łapach. Gdy wół w swym rozpasaniu przekraczał przydzielona kwotę miesięczną na jego zlecenia wynoszącą 10 reali, na ekranie komputera wyświetlał się komunikat:

-Czuj się aresztowany! Naruszyłeś paragraf 13 ustawy o finansowaniu ze środków publicznych i otrzymujesz karę 3 miesięcy pobytu w ośrodku odosobnienia i resocjalizacji. Termin zgłoszenia się do zakładu wynosi 24 godziny od momentu wyświetlenia tego komunikatu, dojazd na koszt własny. Należy zabrać niezbędnik skazanego, na który składa się szczoteczka do zębów, ewentualnie pobierane leki oraz dokument tożsamości. Doceń wielkoduszność władzy państwowej – nie będziesz aresztowany publicznie ani zakuty w kajdanki. Zgłosisz się dobrowolnie jako wolny wół na czasowe zniewolenie w celu resocjalizacji i wyplenienia z twej durnej głowy zachowań rujnujących budżet państwa. To się nie mieściło w wole, pardon w pale, no wcale ileż trudu wymagało zniewolenie Wołów Roboczych.

Dla pełniejszej realizacji programu operacyjnego mającego na celu (znie)Wolenie przez zastraszenie utworzono Hurtownię Autorytetów.
Powołano i wykreowano cztery autorytety: Osobliwa Moralność, Śmigający Bat, Nieustanne Zdziwienie oraz Święte Oburzenie. Autorytety zobowiązano do opracowania podbudowy teoretycznej nowych rozwiązań organizacyjnych w ochronie zdrowia. Niektóre lekko się opierały, ale zagrożono im skreśleniem z listy płac. Autorytety pisnęły, westchnęły, a zaraz potem szybko oświadczyły, że to był pisk radości na wieść o nowych rozwiązaniach zaproponowanych przez władze. Wypowiedź Naczelnego Autorytetu wydrukowano na pierwszych stronach gazet codziennych i było po kłopocie. Nie od dziś wiadomo, że wszystko co jest na pierwszej stronie gazet codziennych jest prawdziwsze od najprawdziwszej prawdy.

Nie było pewności jak zachowa się @ale.wypoczęta, która po zabiegu neuroendoskopii zwiadowczej dochodziła do siebie. Nawiercone otwory goiły się bez powikłań, a dla zamaskowania czepka Hipokratesa zakładała kapelusz z dużym rondem. Ponieważ lubiła kapelusze, nie odczuwała specjalnie ciężaru rekonwalescencji. Gdy dołożyła do tego eleganckie okulary, wyglądała całkiem zdrowo, a już  w żadnym razie nie przypominała ofiary prześladowań władzy. Ot, jeszcze jedna osoba w kapeluszu, pełna animuszu.

Nagranie dokonane przypadkowo w przestrzeni publicznej pewnej placówki ochrony zdrowia (która nie wiadomo gdzie się zaczyna ani gdzie kończy, jak wykazały dywagacje związane z zakazem palenia papierosów w tychże placówkach) przez świadczeniobiorcę usług medycznych, zaopatrzonego w sprzęt niezbędny do odbycia wizyty w gabinecie lekarskim jakim jest dziś dyktafon kieszonkowy, w który zaopatruje się świadczeniobiorca idąc do swego świadczeniodawcy, bo nie po to go wykształcił za swoje podatki, żeby pozbawić się przyjemności udokumentowania przebiegu wizyty. Za szumy, trzaski i złą jakoś nagrania przepraszamy.

– Kapitalizm nie zna litości ani współczucia.
– Cooo......? pacjentowi trzeba okazać współczucie?!
– A czy to jest udowodnione na gruncie Evidence Based Medicine?
– A więc procedura współczucia skatalogowana? Wykupiona przez Narodowy Fundusz Chorób? wykupiona?!! – uwaga dla korekty, proszę nie zmieniać na wykpiona.
– Nie ma co żałować, a na co jemu procedura?
– Bo mu się należy! Bieży odebrać co mu się należy, a numerków zabrakło.
– A kto lekarzowi okaże procedurę współczucia? Też mu się należy, płaci składki, więc na bank się należy, to gdzie lekarz pobieży, gdy mu się należy?
– Pacjentowi trzeba okazać współczucie!
– Współczucia przechodzą na drugi kwartał, szast prast i przenosimy, zarządzamy umiejętnie procedurą okazywania współczucia.
– A jak konowały się nie zgodzą?
– To w kamasze!
– Wystraszę, oni za nasze pieniądze, żądze, żądza władzy, tak jest, panie inspektorze, nie dmuchnę, bo mi się rura wydechowa zatkała.
– Pokazali zaraz po dzienniku... teraz się mówi po wiadomościach.
– Których? dobrych czy złych?
– Mam dla pani dwie wiadomości, jedną dobrą – należy się pani współczucie.
– Stokrotne dzięki! A wiadomość zła?
– Jest pan na 1957 miejscu po odbiór współczucia, za pokwitowaniem oczywiście.
– To ma się rozumieć, a jak odbiore te usługie co z niom zrobie?
– To będzie pańska.
– A na k[...] mnie współczucie, kasy mnie brakuje na cygarety!

Na forum podejście do nowo powołanych autorytetów było różne. Jedni rymsnęli na kolana i rozpoczęli swoje codzienne rytualne kiwanie się w płaszczyźnie strzałkowej na widok autorytetów.
– O, dzięki wam, jasne gwiazdy na naszym firmamencie! Skoro świecicie, to droga w którą stronę mamy się udać jest jasna – wołały typy z natury swej bezmyślne i nawykłe do łykania podsuwanych im gotowych rozwiązań.
– O, matko  – zżymały się jednostki myślące i samodzielne. Znowu nowe posady i nowi znajomi królika będą nas zawiadamiać o tym co jest dobre, a co złe. 

Dr Odrana - Zatroskana nie od dziś wiedziała, że wszelkie nowości organizacyjne powinny być zaopiniowane przez autorytety. Gdyby jakiś zuchwały Wół Roboczy po wprowadzeniu takiej nowości próbował ją krytykować lub podniósł wyżej swój durny woli łeb, można by go było niczym śmigającym batem zdzielić przez ten łeb taką opinią autorytetu.
– Ty durny wole, skoro tak mówi autorytet, to nikt nie może wiedzieć lepiej! Nie wysilaj się, bo po pierwsze nikt ci nie uwierzy, a po drugie nie masz prawa do posiadania racji. Czy nie wiesz, że racja to towar reglamentowany urzędowo? Czy nie wiesz, durny Wole Roboczy, że tylko osoby do tego powołane mają rację? – zdawały się pytać oczy władzy.
– A czy te oczy mogły kłamać? Chyba nie! – powiedział niejeden Wół Roboczy i kręcił się w kieracie, robiąc ze strachu w gacie na myśl o tym, co by było, gdyby podniósł łeb.

Nagranie dokonane przypadkowo w przestrzeni publicznej pewnej placówki ochrony zdrowia (która nie wiadomo gdzie się zaczyna ani gdzie kończy, jak wykazały dywagacje związane z zakazem palenia papierosów w tychże placówkach) przez świadczeniobiorcę usług medycznych, zaopatrzonego w sprzęt niezbędny do odbycia wizyty w gabinecie lekarskim jakim jest dziś dyktafon kieszonkowy, w który zaopatruje się świadczeniobiorca idąc do swego świadczeniodawcy, bo nie po to go wykształcił za swoje podatki, żeby pozbawić się przyjemności udokumentowania przebiegu wizyty. Za szumy, trzaski i złą jakoś nagrania przepraszamy.

– Paaaani Basiu! proszę sobie za dużo nie pozwalać!
– Ależ pani dyrektor, mam niedowykonania w okazywaniu.
– Czego do licha, pani Basiu?
– W okazywaniu odwagi, droga pani dyrektor.
– Jakiej odwagi? Jakiej odwagi?
– Cywilnej, pani dyrektor! A jak będą niedowykonania? Pani dyrektor, czy niedowykonania procedury okazywania współczucia przechodzą na drugi miesiąc?
– Paaaani Basiu!
– Tak jest, pani dyrektor?
– Na drugi kwartał, proszę zapamiętać raz... szast-prast... raz na całe życie!
– Zawodowe czy pozagrobowe?
– Bez żartów, proszę! Ma pani jeszcze jakieś pytanie?
– Pani dyrektor, czy to będzie samo współczucie jako takie czy procedura jako taka? Procedura, dura, durna, sama jest durna krowa, ale jaja jak berety! Moherowe, oczywiście, bo jakie inne mogłyby wchodzić w grę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...