sobota, 15 lipca 2017

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział pierwszy



Wstęp
24 luty 2017
Za rok o tej porze czyli pod koniec lutego 2018 minie 50 lat od ukończenia przeze mnie studiów na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Rocznica ważna i niecodzienna, warto powspominać.
Postanowiłam z okazji nadchodzącą rocznicy wydać okolicznościowe przyjęcie w restauracji Polidor, znanej z filmu Woody Allena O północy w Paryżu. W końcu Hipokrates był Grekiem, a Polidor to imię greckie Πολύδωρος - trudno o lepsze zestawienie symboli!
Przez długie lata Paryż znaliśmy z książek, filmów, opowieści. W czasach mojego dzieciństwa i młodości mało kto bywał w europejskich stolicach. Granice były zamknięte, paszporty w ministerialnych szufladach, nie mieliśmy dostępu do walut obcych. W latach 90. wszystko zaczęło się normować. Wyjazdy stały się dostępne dla każdego zdeterminowanego miłośnika podróży. Mógł wyjeżdżać z biurem podróży albo samodzielnie.
Przed 20 laty wyruszyliśmy całą rodziną  5 sierpnia 1997 roku, lot LO 5321 o 12.50, i wczesnym popołudniem byliśmy na miejscu. Powodem wyjazdu były 16 urodziny naszej córki, które przez pewien czas obchodziliśmy według zasady 

zawsze w dobrym miejscu, zawsze w dobrym towarzystwie

Stolica Francji przywitała nas tak rzęsistą ulewą, że aby strugi deszczu nie zalewały nam mapy, musieliśmy zejść do stacji metra.
Mieszkaliśmy w hotelu Le Jardin de Paris przy Adix na 30 Rue Lucienn Sampaix 75010 Paris. Następnego dnia po przyjeździe obchodziliśmy 16. Urodziny naszej córki.
Za oknami naszego hoteliku  codziennie hałasująca śmieciarka była na tyle stałym elementem pejzażu, że sfotografowałyśmy się na jej tle.
Dwadzieścia lat później, niczym w powieści Aleksandra Dumasa spacerujemy co kilka tygodni po ulicach tego miasta, realizując misję „Dziadkowie bez Granic” na rzecz naszych wnucząt Helenki i Henia, ponieważ nasza córka Katarzyna wraz z mężem Maciejem i dziećmi miesza w Paryżu. A jaka rolę gra w tym filmie śmieciarka? To ulubiony pojazd Henia.
Czy można w innym miejscu obchodzić tak ważną rocznicę?  Nie! 

Rozdział 1.: Lata studenckie i początki pracy
1.1. Jak to się zaczęło?

Gdy podjęłam decyzję zdawania na medycynę właściwie byłam dzieckiem - i nie mam tu na myśli motywu robienia zastrzyków misiom jako dziecięcej inspiracji do zostania lekarzem. W moim rodzinnym domu nie było strzykawek, a i z misiami było krucho.
Rodzice byli nauczycielami, przy czym matka przez pewien czas była redaktorem Państwowego Zakładu Wydawnictw Lekarskich. W istotny sposób przyczyniło się to miejsce pracy do zostania lekarzem.
Otóż w latach 60. moja matka Halina pracowała jako redaktor w Państwowym Zakładzie Wydawnictw Lekarskich. Z tego powodu już jako licealistka znałam nazwiska słynnych lekarzy, którzy byli autorami książek wydawanych przez PZWL i pojawiali się w opowieściach mojej matki.
W 1961 roku PZWL wydał książkę dla studentów Higiena ogólna pod redakcją prof. Marcina Kacprzaka. Redaktorem czuwającym nad przygotowaniem książki od strony językowej i wydawniczej była moja matka. Jak to bywa z dziełami zbiorowymi, książka wymagała sporego nakładu pracy redakcyjnej. Redaktorom PZWL po wydrukowaniu zwykle przysługiwał bezpłatnie jeden egzemplarz książki.
Na zakończenie procesu wydawniczego odbyło się spotkanie redaktora naukowego, czyli profesora Marcina Kacprzaka i redaktora wydawnictwa, czyli mojej matki. Pan profesor w pięknych słowach podziękował za wkład pracy nad książką. Dodał też, że jest jej bardzo zobowiązany i gdyby była w potrzebie, to zawsze chętnie pomoże.
Foto – książka Higiena ogólen pod red.prof.M.Kacprzaka
W niespełna rok później, w 1962 r., zdałam na wydział lekarski Akademii Medycznej z ocenami: biologia – bardzo dobry, chemia – dobry, fizyka – dostateczny. Suma punktów nie wystarczyła, aby dostać się na studia z ogólnej puli miejsc. W owych czasach istniały tzw. miejsca rektorskie, którymi dysponował rektor uczelni i nie był on związany kryteriami dotyczącymi ogólnej puli miejsc.
Matka pamiętając deklarację profesora Marcina Kacprzaka, zdecydowała się na wizytę w jego gabinecie i miała zamiar poprosić o przyjęcie mnie na miejsce rektorskie. Gdy stremowana dotarła do sekretariatu profesora, okazało się, że pan profesor leży w szpitalu z powodu zawału serca. Opowiedziała sekretarce powód swego przybycia, a sekretarka obiecała przekazać jej prośbę profesorowi.
Te odległe czasy, które wspominam, tym się różniły od tych czasów, które nadeszły potem, że sekretarki nie miały ambicji wyręczania swoich szefów w decyzjach, a jeżeli ktoś poważny dawał słowo, to miał zwyczaj słowa dotrzymywać. Sprawa została przekazana panu profesorowi Marcinowi Kacprzakowi, który jeszcze podczas pobytu w szpitalu wydał decyzję przyjęcia mnie na wydział lekarski. Poza mną została przyjęta jeszcze jedna osoba.
Jako studenci wiedzieliśmy, że profesor Marcin Kacprzak to wspaniały człowiek i wielki naukowiec, toteż gdy na IV roku studiów pojawił się na wykładzie z higieny, wszyscy słuchacze powitali go owacją na stojąco.

1.2. Studia na Akademii Medycznej w Warszawie

Studiowałam w latach 1962-1968 na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Egzamin wstępny zdawałam na sali wykładowej Kliniki Dermatologicznej przy ul. Koszykowej. Dziekanat Akademii Medycznej mieścił się przy ulicy Filtrowej 30. Biegaliśmy tam zaliczyć poszczególne semestry i lata studiów.
Adres Filtrowa 30. Miejsce odwiedzone po latach jest zupełnie inne niż to, które miałam w pamięci, jest własnością nieznanej mi spółdzielni mieszkaniowej. Na budynku komercyjne szyldy zachęcające do usług prawniczych, bo bez prawnika w demokracji to przecież trudno się poruszać.
Kto z dostojnej profesury owych lat pozostał na trwałe w mej pamięci? Oczywiście przede wszystkim najbarwniejsze osobowości, takie jak profesor Witold Sylwanowicz (http://www.pogon.lt/Fundacja/Wilnianie_zasl/sylwanowicz.html) czy Kazimierz Ostrowski, z którymi stykaliśmy się na pierwszych latach nauczania. Spójrzmy jednak na kadrę pedagogiczną chronologicznie według studenckiego indeksu.
Scany indeksu – plik Indeks studiów
Niewątpliwie wielką estymą wśród studentów cieszył się prof. Witold Sylwanowicz, który na wykład z anatomii prawidłowej wkraczał z liczną świtą asystencką. Wszyscy mieli czyściutkie, wykrochmalone, szeleszczące białe fartuchy oraz czepki na głowach. Naszym asystentem był dr Mieczysław Nowak – mieliśmy z nim dobre relacje. Chemię ogólną wykładał prof. Piotr Wierzchowski, zwany przez studentów „Mułem”, słynął z nudnych wykładów – przez cały czas pisał na tablicy wzory chemiczne odwrócony do studentów tyłem (http://mdw.wum.edu.pl/sites/mdw.wum.edu.pl/files/biul-11.pdf).
W moim indeksie niewątpliwie wyróżnia się podpis profesora Witolda Sylwanowicza – nie dość, że jest na pierwszym miejscu, to jeszcze złożony zielonym atramentem! Może ten kolor sugerować dostatek dóbr doczesnych w wczesnym socjalizmie, a także przypomina znany dowcip żydowski.
Żyd wybiera się w odwiedziny do rodziny w Rosji i ustala, jak będzie relacjonował w listach swój pobyt. Wszyscy są świadomi działającej cenzury i potencjalnych konsekwencji pisania prawdy. Najmądrzejszy w rodzinie proponuje:
Pisz o wszystkim pozytywnie, a to, co będzie negatywne, opisz zielonym atramentem, ale też w tonacji pozytywnej. My będziemy wiedzieli, co jest źle, a ciebie i siebie nie narazimy na ewentualne przykrości. Odważny turysta pojechał odwiedzić krewnych. Po miesiącu nadchodzi list.
Droga Rodzino,wszystko jest tu wspaniałe! towarów dostatek, swobód obywatelskich też. Wszystko jest naprawdę super!całuję was, Abraham
PS. Tu nie ma zielonego atramentu!
Jedno jest pewne – w czasach mojej lekarskiej młodości w PRL wszystkiego było pod dostatkiem, nawet był zielony atrament! Podpis prof. Witolda Sylwanowicza tego dowodem.
Z innych osobistości warto wspomnieć prof. Witolda Kapuścińskiego, u którego zdawałam egzamin z fizyki po I roku. Egzamin przebiegał w spokojnej atmosferze, w pewnym momencie dostałam pasujące mi pytanie, nabrałam głęboko powietrza w płuca, aby na wydechu błysnąć moją fizyczną wiedzą, gdy… zapinka mojego stanika rozpięła się, dekoncentrując mnie dość poważnie. Jakoś zdołałam zapanować nad wszystkim i otrzymałam piątkę.
Po zajęciach wpadaliśmy na kawę do „Colorado” w Alejach Jerozolimskich. Podobno w owych latach było w Warszawie 160 kawiarni (http://eela1.blox.pl/2011/06/Neony-warszawskie.html). Niewiele, teraz 160 jest na dłuższej ulicy.
Drugi rok uchodził za ciężki głównie z powodu biochemii i egzaminu u prof. Ireny Mochnackiej, zwanej przez studentów „Rybeńką”. Nie mniejszą sławą cieszyła się fizjologia.
Ćwiczenia z tych przedmiotów stanowiły poważne wyzwanie! Na biochemii dostawaliśmy probówki z kolorowym płynem, w którym pływały różne kationy i aniony. Dolewając różnych innych płynów, musieliśmy wykryć, co w tych cholernych probówkach jest... Zawsze musiałam korzystać ze znanego wszystkim studentom wsparcia osoby przygotowującej te mikstury. Na czym ono polegało? Kto wtedy nie studiował, ten się nie dowie. Z kolei na fizjologii musieliśmy obcować z żabami, może nawet je uśmiercać! 
Po latach dowiaduję się ciekawych informacji o profesurze fizjologicznej (http://fizjologia.amwaw.edu.pl/dokumenty/historia.pdf) – kontakty z nauką na całym świecie! W ówczesnych latach trudno to było zgadnąć.
Po latach dowiaduję się ciekawych informacji o profesurze fizjologicznej (http://fizjologia.amwaw.edu.pl/dokumenty/historia.pdf) – kontakty z nauką na całym świecie! W ówczesnych latach trudno to było zgadnąć.
Po drugim roku najpoważniejszym egzaminem była oczywiście anatomia prawidłowa. Poszła mi dobrze, inne przedmioty też. Najsłabiej biochemia – no ale i tak zdana za pierwszym podejściem. Wiele osób miało problemy z tym przedmiotem.
Zapamiętaliśmy prof. Kazimierza Ostrowskiego z histologii, miłośnika sportów różnych, w tym podobno skoku przez katedrę w celu odbycia wykładu dla studentów.
Trzeci rok studiów uchodził za nieco łatwiejszy, zaczynały się przedmioty kliniczne. Kontynuowaliśmy także naukę przedmiotów teoretycznych: anatomii patologicznej, zwanej dziś patomorfologią (nie wiem dlaczego!), mikrobiologii lekarskiej oraz fizjologii patologicznej. 
W katedrze anatomii patologicznej była zmiana szefa – przyszedł prof. Janusz Groniowski, robił na nas również spore wrażenie. Pod koniec roku akademickiego zachorował i przysłał do naszego kursu list, który kończył się słowami „Wasz Groniowski”. Byliśmy zachwyceni! To był pierwszy profesor, który oświadczył publicznie, że jest nasz! Chyba przez jakiś czas mieszkał na terenie zakładu po przeprowadzce z innego miasta. Zdawałam u niego egzamin – dostrzegłam, że ma jakiś problem z żyłami w kończynie dolnej, bo profesorska kończyna spoczywała na kanapie, ułożona wyżej.
Prof. Jan Walawski przeszedł w tym czasie na emeryturę, ale zaglądał do zakładu. Był niewysokiego wzrostu. Jeden z niesfornych asystentów dokonał modyfikacji katedry, z której profesor wygłaszał wykłady i podobno nie było go zbyt dobrze widać w wyniku tej przeróbki. Niesforny asystent, posiadacz czerwonego dyplomu, poszedł szukać szczęścia na chirurgii, ale tam też kariery nie zrobił. Czerwony dyplom nie był przepustką do sukcesów na całe życie...
Chwili wytchnienia dostarczały studentom zajęcia z wojska. Wykłady odbywały się w gmachu medycyny sądowej. Konieczna była obecność, inne aktywności nie były wymagane. Pamiętam wykładowcę chirurgii wojskowej w randze pułkownika, o pseudonimie „Krępulec”. Pan pułkownik tak nazywał opaskę uciskową i stąd pochodził jego nick, jak to powiedzielibyśmy współcześnie. Studenci szeptali między sobą na wykładach, a pułkownik ciągnął monotonnym głosem: Jeżeli żołnierz na polu walki straci przytomność, należy z osobistego zestawu opatrunkowego wyjąć agrafkę i przypiąć mu język do munduru, co chętnie bym uczynił każdemu słuchaczowi moich wykładów.

1.3. Półmetek

Obok gmachu medycyny sądowej był Klub Medyka. Wpadaliśmy tam na kawę między zajęciami. W sali balowej bywały też spotkania ze słynnymi osobistościami, z których najważniejszą była Marlena Dietrich. Odwiedziła ona Klub Medyka w 1964 roku. Tłok na sali był olbrzymi. Nie udało mi się dostać do środka. Relację z pobytu Marleny Dietrich w Warszawie można obejrzeć na starej kronice filmowej: http://www.kronikarp.pl/szukaj,30000,tag-692432,strona-1. Widać także na tej kronice, że wśród studentek modne były chustki jako nakrycie głowy. Nosiłam taką! Choć dziś trudno mi to sobie wyobrazić.
Znany był pogląd, że student który dobrnął do półmetka, wcześniej czy później studia ukończy. Bal półmetkowy był więc ważnym wydarzeniem. Odbywał się w Klubie Medyka, znanego nie tylko z sali balowej, ale także z dobrej orkiestry grającej jazz.
Rok czwarty był dość ciężki. Oczywiście niebywałą frekwencją cieszyły się wykłady prof. Stefanii Jabłońskiej. Pani Profesor zawsze elegancka, z fryzurą prosto od fryzjera, w szykownym kostiumiku i szpileczkach prezentowała nam interesujące przypadki kliniczne. Przypadki wkraczały gołe, jedynie na głowach miały kaptury z białego płótna à la Ku-Klux-Klan z otworami na oczy i usta. Pani Profesor wskazywała na objaw pierwotny, zlokalizowany w miejscu typowym, i zachwycała się jego urodą. Aby wzmocnić efekt, niekiedy dodawała opis mikroskopowy: Proszę państwa, krętek blady pod mikroskopem ma królewskie ruchy! Musieliśmy dawać wiarę słowom pani Profesor. Nie widzieliśmy nigdy w skali mikro żadnego krętka, a w skali makro żadnego króla.
Chętnie chodziłam na wykłady prof. Ireny Haussmanowej z neurologii. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie wykład, podczas którego opis aury padaczkowej został zilustrowany fragmentem prozy Dostojewskiego.
Sesja po IV roku poszła mi bardzo dobrze – same piątki w indeksie! Pracowałam też w komisji stołówkowej ZSP w ramach modnej w owych latach pracy społecznej. Mając dobre wyniki w nauce i aktywność w ZSP, złożyłam podanie o praktykę zagraniczną i przyznano mi ją. Podróżowaliśmy w grupie pociągiem na trasie Warszawa-Wilno-Daugavpils-Ryga. Mieszkaliśmy w akademikach studenckich. Dzięki temu, że kolega Janusz miał aparat fotograficzny, mam wyjątkowo bogatą dokumentację z tego wyjazdu (https://www.photoblog.com/mimax2/2016/08/15/15082016-wspomnien-czar-praktyka-studencka-w-rydze/).
Rok piąty to duże egzaminy kliniczne, ale poszedł mi dobrze, sesję zaliczyłam na same piątki! Po piątym roku był konkurs na najlepszego studenta AM – byłam laureatką tego konkursu. Dziekan podczas wręczania nagrody, którą była książka Od marzenia do odkrycia naukowego, zaoferował wsparcie przy poszukiwaniu pracy w murach Alma Mater.
Na laury złożyła się sesja po piątym roku zaliczona na same piątki oraz tzw. praca społeczna w komisji stołówkowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Praca polegała na pełnieniu dyżurów w stołówce (zwykle przez miesiąc) w godzinach od 12 do 14 i przyjmowaniu do sprzedaży numerków obiadowych. Dyżurny miał prawo do bezpłatnego obiadu w tym czasie. Stołówka serwowała bardzo smaczne i obfite obiady, dodatkowo można było pożywić będącego w potrzebie kolegę, panie wydające obiady pozwalały na wzięcie drugiej zupy.
Dobre wyniki w nauce, praca społeczna zachęciły mnie do aplikowania o praktykę zagraniczną w Rydze.
W moich studenckich czasach można było wyjeżdżać na praktyki zagraniczne poprzez Zrzeszenie Studentów Polskich (ZSP). Na Zachód jeździli działacze, a prosty lud studencki do krajów demokracji ludowej. Byłam takim prostym ludem więc udało mi się zakwalifikować na praktykę do Rygi. Trasa naszej podróży wiodła:  Warszawa - Wilno - Daugavpils -Ryga. Odbyliśmy też podróż lotniczą do Sankt Petersburga.
Fotografie z Rygi, magnetofon, bursztynowy wisiorek
Rok szósty można było skończyć wcześniej dzięki układowi ćwiczeń. Tak więc 29 lutego 1968 roku byłam już po wszystkich egzaminach. Nadciągał słynny Marzec 68 roku. W Medyku odbywały się zebrania, wiece. Ich przebieg transmitowano przez głośniki zainstalowane w stołówce studenckiej. Pierwszy raz coś takiego słyszałam i prawdę powiedziawszy, nie bardzo rozumiałam jako osoba niespecjalnie interesująca się polityką. Pojechałam do Krynicy odpocząć.
Gdy ochłonęłam po zdaniu ostatniego egzaminu dotarło do mnie że coś się dzieje dookoła. Odbyło się między innymi burzliwe zebranie w sali balowej Klubu Medyka, które transmitowano przez lokalny radiowęzeł do innych pomieszczeń. Pamiętam, że było ono słyszane także w stołówce, która mieściła się w prawym skrzydle budynku na poziomie minus jeden. Bardzo to było niecodzienne wydarzenie, a w dodatku kompletnie dla mnie nie zrozumiałe.
Polityka nie  była wtedy przedmiotem tak powszechnego, codziennego zainteresowania wszystkich ludzi. Można było się polityką nie interesować. 

1.4. Odpoczywam po dyplomie

Wyczerpana egzaminami postanowiłam odpocząć w Krynicy. Wyjechałam na dwa tygodnie. Spacerowałam po deptaku, pijałam wodę źródlaną, weszłam na Górę Parkową oraz jeździłam na łyżwach na miejscowym lodowisku. Można było wypożyczyć na lodowisku łyżwy, których wcześniej nie miałam. 
Lubiłam podczas spacerów zachodzić do salony prasowego mieszczącego się w prawym skrzydle Nowego Domu Zdrojowego, była tam prasa zagraniczna oraz książki, a wśród nich książka o sukcesach Pantomimy Wrocławskiej.
W Krynicy mieszkałam w wynajętym pokoiku na pierwszym piętrze niedawno wybudowanego domu. Pewnego wieczoru pogoda zmieniła się niespodziewanie. Wiał silny wiatr, jeszcze w owych latach nie przeszkadzający w uśnięciu. W nocy poczułam, że spadają na mnie tysiące tajemniczych drobin. W pierwszej chwili pomyślałam, że to inwazja dziwnych insektów. Zdenerwowana zapaliłam światło. Okazało się, że jestem pokryta trocinami, które były użyte do izolacji dachu, a podczas silnego wiatru wysypały się przez szpary pomiędzy deskami, z których zbudowany był sufit.
Na tyle zachęciłam się do sportu łyżwiarskiego, że po powrocie za czas jakiś  kupiłam sobie eleganckie łyżwy i chodziłam na Torwar. Pewnie nigdy bym tam nie trafiła, ale dział socjalny szpitala zakupił abonamenty w atrakcyjnej cenie i promował akcję sport to zdrowie. Nie wszyscy byli tego zdania, pamiętam kolegę urologa, który jeździł ze swoim synem. Tata ów zasapany jazdą na łyżwach dobija do ogrodzenia żeby odpocząć i wyznaje: już wolę profesorowi przy operacji asystować, niż na tych łyżwach jeździć ;).
Podczas pobytu w Krynicy jadałam obiady w jednym z sanatoriów, były bardzo dietetyczne i chyba nisko solne.Wprawdzie w moim podręczniku studenckim do interny były opisane walory diety z ograniczeniem jonu sodowego, ale wtedy jeszcze nie doceniałam tej informacji.
Zaletą obiadów w sanatorium  był dostęp do telewizora, w którym pokazywano jakieś wydarzenia w Warszawie. Wiece, przemówienia - kompletnie nie wiedziałam  o co w tym wszystkim chodzi.
Nadciągał słynny Marzec 68'. Na różnych uczelniach odbywały się wiece - między innymi na Politechnice Warszawskiej 9 marca, potem przekształcony w strajk okupacyjny Auditorium Maximum. Była akcja zbierania żywności dla okupujących gmach studentów, wszystkie te wydarzenia wydawały mi się niezwykle egzotyczne i nigdy wcześniej niespotykane. Na gmachu Politechniki wisiały transparenty...
Największy wiec odbył się 28 marca, byłam już w Warszawie. Chyba w jakimś kilkuosobowym gronie  świętowaliśmy u Fukiera zakończenie studiów i pod wieczór wracaliśmy spacerem Krakowskim Przedmieściem. Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego były jakieś grupy demonstrantów, zamieszanie. Przeszliśmy obok wydarzeń historycznych, jednak temat wkrótce powrócił.
Kilkoro kolegów pracujących w szpitalu i mających żydowskie pochodzenie w kilka miesięcy później  się zdecydowało się na emigrację. Jedna z koleżanek kończyła właśnie przygotowania do wyjazdu, była w banku, wymieniała jakieś pieniądze, ktoś podobno chciał ją oszukać, wzburzona opowiadała:
- Mnie Żydówkę, chciał oszukać na pieniądze! Coś podobnego! Nie dałam się! Ale mniejsza o to...
- Za rok o tej porze w Jerozolimie, jak mówią bogobojni Żydzi, gdy piją wódkę, do ciebie Filip to piję - oznajmiła do  szefującemu nam podczas wakacji koledze. 
Rzeczony Filip nic nie odpowiedział, choć był błyskotliwym rozmówcą. Niezwykle nas ta scena zaskoczyła, ale i nie wyemigrował, co też nas zaskoczyło. Z naszego oddziału wyjechały w krótkim czasie cztery osoby - dwie do Izraela, jedna do RFN, jedna do Francji.
Zbyt mało rozumieliśmy, nie o wszystkim mówili nam starsi koledzy i ich emigrujący rówieśnicy, a poza wszystkim byliśmy przejęci niedawno rozpoczętą pracą. Przywilejem młodości jest skupianie się na własnych sprawach. Starości zresztą też.
W kraju toczyły się burzliwe wydarzenia społeczno-polityczne, ale moja uwaga była skupiona na rozpoczęciu pracy. Dlaczego wybrałam szpital kliniczny Akademii Medycznej jako miejsce odbywania stażu?
Zachętą była złożona publicznie deklaracja prof. Zdzisława Łapińskiego podczas ogłaszania wyników konkursu na wzorowego studenta. Nie miałam okazji słuchać wykładów ani też odbywać ćwiczeń w klinice profesora Łapińskiego, ale zdawałam u niego egzamin dyplomowy z chirurgii.
Oczywiście chwilę czasu poświęciliśmy ustaleniom naszych rodowodów z uwagi na moje panieńskie nazwisko jednakowe z profesorskim. Wzorowy student otrzymał książkę Hansa Seyle'go z dedykacją oraz zaproszenie do aplikowania na staż w Akademii Medycznej. Książkę czytałam po wielokroć, niestety pożyczyłam komuś i nie wróciła ona do mnie. Zachęcona złożyłam dokumenty i otrzymałam staż od kwietnia.
Były to lata 1968 - 70. W tym czasie obowiązywały półroczne pobyty na internie, chirurgii, ginekologii oraz pediatrii. W trakcie trwania mojego stażu wprowadzono pojęcie stażu specjalistycznego – przyszły internista mógł szkolić się na oddziale chorób wewnętrznych 12 miesięcy i były one liczone na poczet przyszłej specjalizacji. Zdecydowałam się na taki staż, dzięki czemu mogłam zgłębiać tajniki interny w dłuższym okresie. Dyplom odebrałam nieco później już pracując, w dniu 6 maja 1968 roku.

1.5.Odbiór dyplomu lekarza (wersja zbeletryzowana)

Będę leczyć ludzi?! Jak to się właściwie robi??? – zapytywała

samą siebie, bo przecież nie mogła nikomu innemu zadawać takich
pytań. – Muszę koniecznie dowiedzieć się, jak to się robi, tylko od
kogo??? Niby na wykładach profesorowie mówili, że naparstnicę
daje się w niewydolności krążenia – ale kiedy? komu? jak długo???
Odpowiedzi na tak szczegółowe pytania niestety nie padały na wykładach ani nie było ich w książkach.
Wiedziała tylko jedno – aby leczyć, musi odebrać dyplom lekarza
i na tym postanowiła chwilowo się skupić. Rozwiązanie innych
egzystencjalnych i intelektualnych dylematów musiało poczekać na
swój odpowiedni czas.
Odbierających dyplom lekarza było trochę ponad setkę. Część
stanowili maruderzy z poprzedniego sezonu, część przodownicy
pracy z trwającego roku akademickiego.
Dziekan będący jednocześnie chirurgiem nie lubił tracić czasu
na aktywności niezakończone opisem przeprowadzonego zabiegu,
dlatego odbiór dyplomów zawsze wyznaczał na środę, tradycyjny
dzień nieoperacyjny.
Zejdzie mi pewnie ze dwie godziny na tych uściskach i uśmiechach
– pomyślał, wysiadając z taksówki przy Klubie Medyków.
Dzieńdobrypaniedziekanie, dzieńdobrypaniedziekanie – szemrały
szeregi elegancko wystrojonych, świeżo upieczonych absolwentów
Wydziału Lekarskiego. Rodziców, ciotek i rodzeństwa nie było wiele
w gronie oczekujących na uroczystość. W końcu to środek dnia!
Wszyscy budowali lepszą przyszłość Sarmalandzkiej Republiki Ludowej.
Poza tym burżuazyjne zwyczaje bywania rodzin absolwentów na
odbieraniu dyplomów ukończenia wyższej uczelni nie były w modzie.
Tuż przed jedenastą wszyscy przeszli do sali balowej i zasiedli
po obu jej stronach, zostawiając wolny pas pośrodku, aby dostojna
profesura mogła bez przeszkód przejść do sceny.
Pochód otwierał dziekan Zbigniew Przekora, za nim podążało
dwóch prodziekanów i pan Jan, szef dziekańskiego sekretariatu z dyplomami ułożonymi w dwóch rzędach na tacy przykrytej zielonym
suknem.
Dostojna profesura wkroczyła na scenę i zasiadła w fotelach.
Próżni strojnisie poprawili akademickie sukienki i ładnie ułożyli
fałdy. Dziekan Przekora skinął na pana Jana, który z kolei dał znak
dyrygentce chóru akademickiego. Pani Emilia uniosła ręce ku górze
i z impetem wprawiła je w ruch.
Odśpiewano po łacinie okolicznościową pieśń akademicką i przystąpiono
do słownej części ceremonii.
Dziekan wygłosił przemówienie, które jak zwykle na taką okazję
miał przygotowane, będące swobodnym streszczeniem przyrzeczenia
lekarskiego. W ostatniej chwili zdecydował się dodać coś osobistego.
– Jesteście ostatnią grupą absolwentów, której wręczam dyplomy.
Od nowego roku akademickiego przechodzę na emeryturę. Właśnie
uświadomiłem sobie, że wy przejdziecie na emeryturę już w dwudziestym pierwszym wieku. Co za perspektywa! Tyle lat pięknej
pracy przed wami! Ale jeszcze nie jesteście lekarzami, dopóki nie
złożycie przyrzeczenia. Proszę wszystkich o powstanie, a absolwentów
odbierających dziś dyplomy o podniesienie prawej ręki ku górze
i powtarzanie za mną:
– Przyjmując z czcią i głęboką wdzięcznością nadany mi stopień
lekarza... – absolwenci z nieco ściśniętymi wzruszeniem gardłami
powtórzyli pierwsze zdanie za dziekanem. Potem drugie, trzecie, kolejne…
– Przysięgamy to uroczyście! – tonacja była w tym momencie
już zupełnie dźwięczna.
– Teraz, skoro jesteście już pełnoprawnymi lekarzami, przystępujemy
do wręczenia dyplomów.
Wywołani po nazwisku wchodzili schodkami na podwyższenie.
Dziekan wręczał dyplom i podawał do uściśnięcia dłoń ubraną
w rękawiczkę.
– Matylda Przekora – dziekan jakby nieco głośniej wymówił
nazwisko i dodał, objaśniając zgromadzonym: – Z Matyldą już
wiemy, że nie jesteśmy spokrewnieni, ustaliliśmy to, gdy zdawała
u mnie egzamin z chirurgii. Ale państwo jeszcze tego nie wiedzą.
Ale ponieważ i tak nikt w to nie uwierzy, skazani jesteśmy na wzajemne
popieranie się. Matyldo, gratuluję dyplomu. Mam nadzieję,
że zostaniesz na uczelni.
Takjestpaniedziekanie – wymamrotała Matylda półprzytomna
z wrażenia, że publicznie zostało skomentowane jej nazwisko, jednobrzmiące z nazwiskiem dziekana Przekory. Odebrała podany dyplom i uścisnęła dziekańską dłoń przyobleczoną w czarną rękawiczkę. Nie była przyjemna w dotyku. Materiał rękawiczki był chropawy, gryzący,
sztuczny.
Trzymając dyplom, całą uwagę skupiła na tym, aby bez upadku
zejść z chybotliwych schodków dostawionych do sceny. Uff, udało się!
Usiadła obok koleżanki z grupy studenckiej i zajęła się oglądaniem
dyplomu. Był taki sobie. Granatowe płótno lichej jakości, wytłoczony
napis w kolorze złotym wydawał się jakiś obcy i jakby jej niedotyczący.
Jestemlekarzem, jestemlekarzem, jestemlekarzem – powtórzyła
sobie kilkakrotnie, aby w końcu w to uwierzyć. – Muszęiśćdopracy,
muszęiśćdopracy, muszęiśćdopracy – pomyślała.
Uroczystość dobiegła końca. Zgromadzeni niespiesznie opuszczali
salę balową Klubu Medyków. Matylda schodziła po wyślizganych
schodach z pierwszego piętra, oszołomiona perspektywą udania się
do pracy.
Boże, czy to znaczy, że już nigdy nie będę miała wakacji??? Nigdy
nie wyjadę na wakacje??? – chciało się jej płakać, wyć, uciec na koniec
świata. Przyspieszyła kroku, by czym prędzej wyjść na świeże
powietrze. Nagle wyrżnęła czołem w ramę otwartego okna, wystającego
na schody między salą balową a holem. Pogrążona w rozpaczy
z powodu nieodwracalnej utraty wakacji mogłaby zderzyć się nawet
ze statkiem. Też by go nie zauważyła. Nawet nie poczuła uderzenia,
cała zatopiona w egzystencjalnym bólu brakuwakacji, brakuwakacji,
brakuwakacji. Nic nie mogłoby jej bardziej zdołować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...