sobota, 15 lipca 2017

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział drugi



Rozdział 2. Nauka zawodu
2.1. Pierwszy dzień w pracy - wersja zbeletryzowana
Jak się ubrać na pierwszy dzień pracy? – zastanawiała się
Matylda. Uznała, że szaroniebieski kostiumik z białą bluzką,
jej oficjalny strój egzaminacyjny, będzie odpowiedni
na tę okazję. Kostiumik był szyty na miarę. W owych czasach
nie było jeszcze poradników dla młodych profesjonalistek
i były one zdane na siebie oraz swoją intuicję.
Elegancjafrancja, elegancjafrancja, elegancjafrancja – pomyślała,
przeglądając się w lustrze przed wyjściem.
Całą drogę do przyszłego miejsca pracy przeszła na piechotę.
Przecież nie mogła się narazić na utknięcie w windzie czy czekanie
na spóźniony autobus. Mieszkała niezbyt daleko i po dwudziestu
minutach stanęła przed wejściem na Oddział Chorób Wszelakich.
Gdy inni napełniali swe drogi oddechowe zapachami wiosennych
kwiatów, Matylda wciągnęła potężny haust szpitalnego powietrza
i kilka minut przed ósmą zgłosiła się do sekretariatu. Sekretarka
po odebraniu skierowania na staż podyplomowy wpisała ją na listę
pracowników oddziału i objaśniła:
– Będzie się pani podpisywała codziennie, lista obecności leży na
parapecie, po lewej przy wejściu. Teraz proszę iść na oddział męski
do pani Stasi, naszej siostry gospodarczej, wyda pani fartuch i proszę
poczekać na panią wiceordynator, będzie pani pracowała w jej
zespole. To wszystko na dziś.
– A pan ordynator? – nieśmiało zapytała Matylda.
– Zajęty – ucięła sekretarka.
Matylda była trochę zawiedziona, że nie stanie przed ordynatorskim
obliczem ani nie dostąpi zaszczytu odściśnięcia jego kończyny
górnej w pierwszym dniu pracy.
Ordynator miał jednak ważniejsze, a nawet Bardzo Ważne Sprawy,
w tej skali przybycie do pracy nowej stażystki było wydarzeniem
bezkalibrowym.
Ściskałam się niedawno z dziekanem, wystarczy! – powiedziała sobie
na pocieszenie, wychodząc z sekretariatu. Zeszła na parter, substytucyjnie zamiast ordynatorskiej prawicy ściskając pod pachą torebkę.
Oddział męski chorób wszelakich był na lewo od schodów prowadzących
do ordynatorskich apartamentów. Na końcu oddziału mieścił się magazynek gospodarczy, w którym w każdy poniedziałek
pani Stasia wydawała asystentom czyste fartuchy.
– Dzień dobry, ja do pracy – nieśmiało zagaiła Matylda.
– Chudzina z pani – zauważyła siostra gospodarcza – ale coś
dobierzemy – przerzuciła stertę wypranych fartuchów i z samego
dna wyciągnęła rozmiar XS. – Będzie dobry, pani mierzy – poleciła.
Fartuch był dobry, prawie jak szyty na miarę. Matylda powoli
zapinała guziki obleczone białym materiałem, niektóre z nich
miały naderwane powleczenie, spod którego wyglądał metalowy
korpus.
– Pani idzie do lekarskiego i tam czeka na swoją szefową. Pewnie
u ordynatora jeszcze siedzi na odprawie.
– A skąd pani wie? – zapytała Matylda.
– Oni tak zawsze siedzą z pół godziny, jak dyżurni zdadzą raport.
Ciekawe o czym gadają, pewnie plotkują – mruknęła pod nosem
gospodarcza.
– A może mi pani powiedzieć, gdzie mogę schować torebkę? Mam
w niej portfel z dokumentami, klucze do domu; płaszcz zostawiłam
w szatni, ale z torebką to się boję – wyznała Matylda.
– Pani położy sobie torebkę w szafie, w lekarskim – poradziła
siostra gospodarcza.
– A jak mi ją ktoś ukradnie? – zaniepokoiła się Matylda.
– To nie będzie miała pani kluczy do domu i forsy. Wtedy pod
most, jak nic – zauważyła pani Stasia. – Majątku tu się pani nie
dorobi, można potrenować zawczasu zakwaterowanie dla ubogich.
– Ale ja bym się tu chciała nauczyć medycyny – wyznała Matylda.
– A, to się może zdarzyć – oznajmiła nieoczekiwanie siostra gospodarcza.
– Dziękuję pani, dziękuję za fartuch i wszystkie informacje.
Matylda przeszła pół długości korytarza i stanęła przed drzwiami
z napisem Pokój lekarski. Stała oto u wrót wiedzy lekarskiej, którą
dzielono się z innymi na słynnym Oddziale Chorób Wszelakich nie
mniej słynnego ordynatora Władysława Wielkosza.
Co zrobić z tą torebką? – myślała nerwowo. Przed wejściem do
pokoju lekarskiego przepakowała klucze i portfel do kieszeni fartucha,
po czym drugi raz tego dnia wzięła głębszy haust szpitalnego
powietrza i nacisnęła klamkę drzwi prowadzących do sanktuarium
wiedzy lekarskiej
– Dzień dobry, ja na staż, nazywam się Matylda Przekora – przedstawiła
się kilkorgu zebranym. – Do zespołu pani wiceordynator.
– Siadaj i siedź, póki możesz i nic nie musisz robić – poradził
pucołowaty kolega z krótko przystrzyżonymi włosami. – Zbyszek
jestem – dodał.
– Miło mi, Matylda. Czy mogę w tej szafie schować torebkę? –
zapytała.
– Rzuć sobie pod rentgeny, to nikt nie znajdzie.
– Nie rozumiem – odpowiedziała Matylda.
– A co tu jest do rozumienia? Po lewej masz teczkę z historiami
chorób, po prawej klisze rentgenowskie pacjentów.
Matylda zgodnie z radą Zbyszka zdeponowała swoją nieszczęsną
torebkę w szafie. Kilka minut po dziewiątej nadeszła wiceordynator
Jolanta Budkiewicz.
– Pani zdaje się czeka na mnie? – rzuciła w stronę nowej stażystki.
– Tak, pani ordynator – odpowiedziała Matylda.
– No to idziemy na obchód, będzie pani notowała moje zlecenia.
Tu jest teczka z kartami zleceń pacjentów. Idziemy.
W pierwszej sali leżało czterech pacjentów, których Jolanta po kolei
pytała o samopoczucie, po czym w zależności od tego co usłyszała,
badała i wydawała Matyldzie polecenia.
– Proszę zapisać z dzisiejszą datą: Odstawić digoxin – poleciła. –
Odstawiamy, ponieważ pacjent ma wolną czynność serca – dodała
objaśniająco.
Po trzech kwadransach wszyscy chorzy pozostający pod opieką
zespołu wiceordynator byli zbadani, a zlecenia zaktualizowane.
– Proszę oddać zlecenia siostrze apteczkowej, pani Izie. Ja teraz
idę na śniadanie, pani też może coś przekąsić. Stażyści piją herbatę
w pokoju stołówkowym u pani Maryni, przy schodach.
– A co mam robić potem? – zapytała Matylda.
– Po śniadaniu, powiedzmy za pół godziny, spotkamy się w pokoju
lekarskim i napiszemy obserwacje z dzisiejszego obchodu.
Co napiszemy??? – pomyślała spanikowana Matylda. Nie pamiętała
kompletnie nic. Ani jak nazywali się pacjenci, ani na których łóżkach
leżeli, nie wspominając już o takich wyrafinowanych szczegółach jak
to, któremu z nich skoczyło ciśnienia, a któremu podniosło się tętno.
I to ma być prawdziwa medycyna? Matylda miała ochotę uciec na
kraj świata, rzucić tę całą medycynę.
Matyldo, na wszystko przyjdzie pora, na rzucanie medycyny też
– była pewna, że jakiś głos cichutko szepnął jej do ucha te właśnie
słowa. Zdecydowała się więc zostać. Jakoś przetrwała pierwszy dzień.
Nadeszła godzina czternasta i wszyscy rozeszli się do domów,
a niektórzy pracownicy Oddziału Chorób Wszelakich udali się do rezydencji, zgodnie z rangą należną ich pozycji i stanowisku.
 2.2.Początki pracy  
Praca na oddziale polegała początkowo no pisaniu zleceń wydawanych przez starszego lekarza oraz pisaniu obserwacji w historiach chorób. Młodzież kliniczna po obchodzie przesiadywała w pokoju asystentów wpisując obserwacje do historii chorób lub sklejała szeregowo morfologię do morfologii, mocz do moczu, biochemię do biochemii. 
Chodziliśmy też na herbatkę do pokoju nr 16 na parterze, gdzie w godzinach wczesnych popołudniowych pani Marynia wydawała szpitalne obiady. Najgorsza była ogórkowa z ryżem. Największą zaletą obiadów była chyba cena, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile płaciło się. Wydaje mi się, że nie byłam wierną klientką pani Maryni. 
Fot. Droga do klinicznej kariery była nieco pod górkę ; )
Szefostwo pijało herbatę lub kawę w swoich gabinetach do których chadzaliśmy na rozmowy merytoryczne np. po napisaniu epikryzy końcowej w celu jej przedyskutowania przed wpisaniem do historii choroby.
Poza prowadzeniem pacjentów na oddziale pod kierunkiem starszych kolegów można było po zdaniu kolokwium dyżurować jako drugi dyżurant. 
Fot. Podjazd pod izbę przyjęć, szpital przy ul.Lindleya
Pilni stażyści  dostawali z czasem zaproszenie do zdawania kolokwium dopuszczającego do dyżurowania. Srodze ich odpytywała koleżanka szefująca na sali R, męcząc pytaniami o przebieg potencjałów czynnościowych w komórkach mięśnia sercowego.
Fot. Specjalizacja I stopnia z chorób wewnętrznych
Udało mi się te potencjały opanować i 1 listopada 1968 roku miałam swój pierwszy dyżur... Poprosiłam o tę datę wychodząc z założenia, że uwaga świata będzie odwrócona od tych co jeszcze żyją do tych co już odeszli i jakoś dotrwam do rana. Szefem dyżury był mile przez mnie wspominany kolega, który wkrótce potem wyemigrował do RFN.
Dyżur jak dyżur, ale poranna odprawa  to było wyzwanie! Po wyrecytowaniu raportu i udzieleniu odpowiedzi na bardziej szczegółowe pytania. Pewnego razu usłyszałam pytanie czy wykluczyłam stresscel - głowę bym dała, że stresscel. Nie miałam pojęcia, że chodziło o stress ulcer!
Najlepszym przyjacielem każdego młodego lekarza dyżurnego był wówczas podręcznik Postępowanie w nagłych przypadkach internistycznych Dymitra Aleksandrowa i Wandy Wysznackiej-Aleksandrow. Znakomita, zwięzła książka i co ważne, mieszcząca się w kieszeni lekarskiego fartucha. Czytywaliśmy ją po wielokroć!
Barwnymi uczestnikami  naszych dyżurów byli panowie noszowi, którzy przywozili pacjentów z izby przyjęć położonej na drugim końcu szpitala na poszczególne oddziały. Po dotarciu do oddziału docelowego pukali do drzwi dyżurki i wołali "pani doktor chorego przywiozłem". Przy kolejnym tak samo brzmiącym komunikacie zapytała "a zdrowego pan nie masz?" Nie było - oznajmił pan noszowy.
Gdy stan chorego w trakcie transportu pogarszał się noszowi włączali pierwszy bieg i wpadali zdyszani na nasz oddział. Pewnego razu noszowy oznajmi "pani doktor, nie rozmawia ze mną od czwartej wewnętrznej" czyli od budynku położonego kilka minut truchtem od naszego pawilonu. Powodem braku konwersacji było... zatrzymanie krążenia. Zreanimowaliśmy skutecznie. 
 Fot. Co się kryje za tym murem...
 2.3.Dyżury w pogotowiu ratunkowym
Na drugim  roku stażu trzeba było odbyć 24 dyżury w Pogotowiu Ratunkowym. Dyżurowałam już na oddziale, co dawało mi pewne obycie, ale mimo to szczerze nie cierpiałam tych dyżurów.
Fot. Dawne prawo wykonywania zawodu lekarza
Odbyłam 22 dyżury, na dwa dostarczyłam jakieś L4. Wyjazdy były malownicze, niekiedy dramatyczne. Szczególnym wyzwaniem było stwierdzanie zgonu w domu. Miałam dwa takie przypadki. Bywały też wyjazdy do miejsc znanych z szemranych klimatów. Była nim część miasta zwana Dzikim Zachodem.
Pamiętam wyjazd na ulicę Łucką. Myślałam, że dyspozytor zrobił błąd pisząc nazwę ulicy i chodzi o Łódzką. Nazwa była wpisana prawidłowo - pochodziła od miasta Łuck. W ramach obchodów pięćdziesięciolecia dyplomu lekarza odwiedziłam tę część Warszawy.
 Fot. Ulica Łucka
 2.4.Minął pierwszy rok pracy
Przetrwałam pierwszy rok w pracy ja i moi pacjenci!  Po pracowitym początku kariery w kilkanaście miesięcy po dyplomie, czyli w wakacje 1969 roku, odbyłam dłuższą wyprawę zagraniczną. Była to wycieczka organizowana przez Zrzeszenie Studentów Polskich, której uczestnictwo musiałam przełożyć o roku, bowiem nie przysługiwał mi wcześniej urlop.
Fot.Pamiątkowa płyta
Trasa wiodła przez Pragę, Budapeszt i Bukareszt. Podróżowaliśmy pociągiem, w kilkunastoosobowej grupie, z przewodnikiem. 
Fot. Pamiątkowa płyta


W Pradze mieszkaliśmy w akademiku na Strahovie, w pokojach bodaj 4-osobowych, łazienki były wspólne, stołówka typowa dla tamtych lat. Wszystkie wnętrza mogłyby z powodzeniem grać w filmach Barei. Gdy wróciliśmy ze zwiedzania miasta, pamiętam że podano na obiadokolację gołąbki. Chyba były smaczne albo byliśmy bardzo głodni, tertium non datur.

W Budapeszcie również mieszkaliśmy w akademiku, ale zapamiętanie węgierskiej nazwy, nawet gdyby to działo się wczoraj jest absolutnie wykluczone. W ramach wdrażania się do światowego życia poszliśmy na kawę do Hotelu Gellerta. Młodzi i bez doświadczenia nie przewidzieliśmy kosztów. Większość kolegów z naszej grupy w tym czasie zażywała kąpieli na słynnych basenach hotelowych. Gdy kelnerka przyniosła rachunek, okazało się że jesteśmy niewypłacalni. Zostałam wydelegowana do odnalezienia kogoś z grupy i pożyczenia pieniędzy. Sprawa nie była łatwa, bo rozpoznanie na zatłoczonym basenie osoby w stroju kąpielowym, poznanej parę dni temu, wymagało nie lada wysiłku. Znalazłam naszego węgierskiego przewodnika chyba tylko dzięki temu, że był ubrany. Przewodnik złapał się za głowę na wieść, że poszliśmy do tak drogiej kawiarni.
Pożyczył potrzebną kwotę, z którą zziajana przybiegłam do kawiarni. Tymczasem moi koledzy zdążyli przekonać kelnerkę do zabrania nienapoczętego napoju i tym sposobem rachunek się obniżył. Z dumą oddaliśmy pożyczone pieniądze i z ulgą ruszyliśmy do Bukaresztu. Z tego miasta zapamiętałam dużo zieleni, szerokie ulice oraz inwazję chrząszczy. Było ich tak wiele, ze chrzęściły rozgniatane pod butami. Mimo hulaszczego trybu życia w Budapeszcie moja końcowa kondycja finansowa musiała być dobra, bo kupiłam na pamiątkę płytę długogrającą Slagere Anului 1968.
Praktycznie nie zachowała się dokumentacja z tamtej podroży, poza małymi wyjątkami w postaci płyt gramofonowych.
Kondycja finansowa musiała być dobra, bo kupiłam na pamiątkę płytę długogrającą Slagere Anului 1968.
2.5.Naukowe aktywności i awanse
Poznawszy podstawy codziennej praktyki lekarskiej, można było ostrożnie zacząć bywać na posiedzeniach towarzystw naukowych, w moim wypadku Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego oraz Towarzystwa Internistów Polskich. 
Innym przejawem kariery było zaproszenie do pisania prac naukowych.
Gdy stażysta opanował sztukę prowadzenia pacjentów, zdał kolokwium na dyżury, jednym słowem wykazał się w pracy oddziałowej bywał dopuszczany do pisania prac naukowych. Dopuszczenie polegało zwykle na obarczeniu go poszukiwaniem w archiwach historii chorób lub czuwaniu nad kompletnością dobowej zbiórki moczy oraz zagwarantowaniu jej szczęśliwego transferu z łazienki oddziałowej gdzie w specjalnych szklanych słojach był ów cenny materiał gromadzony do pracowni biochemicznej. Zbiorki moczu dostarczały wielu emocji obu stronom tj. sikającej i nadzorującej. Jedna z pacjentek, starsza już pani, oznajmiła, że do wazonu sikać nie będę, bo to nieprzyzwoite. Zadaniem początkującego naukowca było przekonanie pacjentki, że nie takie poświęcenia dla dobra nauki ludzie wykonywali!
Poszukiwanie historii chorób też bywało emocjonujące. Po wypisaniu pacjenta trzeba było napisać epikryzę końcową, która wymagała przejrzenia całej dokumentacji, przeanalizowania danych i opisania całości na 0,5 strony A4. Historie zakończone oddawało się w sekretariacie, który przekazywał je do ordynatora do kontroli merytorycznej. Po sprawdzeniu historia lądował w archiwum. Koledzy często odkładali napisanie epikryzy etapowej na potem, a historia choroby lądowała w czeluściach ich biurek. Gdy poszukiwania historii chorób w archiwum np. pacjentów z przebytym zawałem serca dawały mierny rezultat trzeba było ruszyć w rejs po biurkach opieszałych kolegów. Była więc to praca naukowa w ... terenie, obejmującym wszystkie gabinety zajmowane przez kolegów ;).
Pierwszy mój artykuł naukowy, którego byłam współautorką, był opublikowany na łamach Polskiego Archiwum Medycyny Wewnętrznej w 1970 roku i dotyczył leczenia zawału serca. Było to dwa lata po moim dyplomie. Pismo w 1970 roku, jak podaje PubMed opublikowało 184 artykuły naukowe w 1970 roku.
Podobało mi się być autorką piszącą naukowe doniesieni i w roku 1971 został opublikowany następny artykuł dotyczący powikłania leczenia procainamidem. Publikacja ukazała się na łamach Kardiologii Polskiej. Pismo opublikowało w 1971 roku 54 artykuły naukowe.
Przypadek raka kory nadnerczy o mieszanej aktywności hormonalnej opublikowaliśmy na łamach Journal of Clinical Endocrinology and Metabolism. Czułam się wspaniale! Następna praca dotyczyła wydalania katecholamin z moczem u pacjentów z zawałem serca. Moje zadanie nie było zbyt naukowe - nadzorowałam dostawę materiału biologicznego do pracowni katecholamin. Istniał wiele przeszkód w dotarciu materiału do pracowni. Z czasem pisanie stało się moim najważniejszym zajęciem zawodowym
2.6.Dawne posiedzenia naukowe i konferencje
Poza pracą na oddziale szpitalnym  integralną częścią były aktywności  szkoleniowe. Co tydzień odbywały się posiedzenia naukowe oddziałowe, a raz na miesiąc posiedzenia międzykliniczne. Bardzo lubiłam też chodzić do czytelni czasopism w Bibliotece Akademii Medycznej przy ulicy Oczki. Gdy dzień był spokojny, po obchodzie za pozwoleniem zwierzchności oddziałowej można było pójść do czytelni i oddać się tak porywającej lekturze jak czytanie artykułów w Circulation. Dane bibliograficzne przeczytanych artykułów zapisywałam na niewielkich kartonikach zwanych fiszkami. Z ważniejszych artykułów potrzebnych do pracy doktorskiej robiłam bardziej szczegółowe notatki. W tamtych czasach były kolorowe reklamy np. sprzętu medycznego w pismach naukowych, bardzo ciekawie było oglądać takie cuda! Więcej czasu trzeba było poświęcić na pobyt w czytelni czasopism przygotowując się do wygłoszenia referatu. Podczas wygłaszania referatu na pierwszym posiedzeniu byłam bardzo stremowana, ale już w kilka lat później wygłosiłam referat na posiedzeniu oddziału warszawskiego Polskiego Towarzystwa Internistów bez najmniejszej tremy. Podobnie wygłoszenie tekstu podczas obrony doktoratu nie tremowało mnie specjalnie.
2.7.Pierwsza  krajowa konferencja naukowa
Pierwszy wyjazd na konferencję krajową był do Łodzi na posiedzenie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.  Wielu kolegów z oddziału, na którym odbywałam staż podyplomowy, wybierało się na kongres Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego w Łodzi w 1970 roku. Prawdopodobnie za namową bywałych w sferach naukowych starszych kolegów zdecydowałam się i ja ruszyć na podbój wielkiego świata kardiologii polskiej. Jak cię widzą, tak cię piszą, powiedziałam sobie i za całą stażową pensję czyli 1400 złotych (!) nabyłam granatową sukienkę z modnego wówczas dżerseju w kolorze granatowym z biało-czerwonym paskiem wokół szyi i rękawów. 



Fot.Moja piękna, granatowa wizytowa suknia
Koszty ekspedycji powiększyły się o opłaty zjazdowe i przejazd pociągiem do Łodzi. Noclegi w Grand Hotelu, wprawdzie w pokoju dzielonym z dwiema innymi koleżankami, ale było na bogato pod każdym względem. Obrady odbywały się w Teatrze Powszechnym, niezbyt odległym od Grand Hotelu. Gorącym tematem były zasady funkcjonowania powstających wówczas oddziałów reanimacyjnych. Poszczególne ośrodki przedstawiały swoje wyniki leczenia zawałów serca, w owych latach niezbyt dobre. 

2.8.Przynależność do towarzystw naukowych
Naukowy rodowód byłby niepełny bez przynależności do towarzystw naukowych. 


 Fot. Legitymacja członkowska PTK
Pierwszym z nich było Polskie Towarzystwo Kardiologiczne, którego członkiem jestem do dziś. Ma miły zwyczaj niepobierania składek od seniorów, którzy dodatkowo mogą uczestniczyć w kongresach PTK bez płacenia fee. 


Byłam też członkiem Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego od 1988 do 2014 oraz European Society of Hypertension przez kilka lat.  
Uzyskałam tytuł specjalisty ESH, który  uzyskało 29 osób z Polski i około 200 osób z całego świata.
Fot.Moja legitymacja PTNT
Po kilku latach przynależności zdecydowałam się opuścić szeregi członków ESH - roczna opłata była dość wysoka, a kariera dziennikarska bliższa sercu :)    
Fot. Legitymacja IFJ, zwana czerwoną blachą - działała bez otwierania ;)
 Podobnie opuściłam szeregi Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego, pozostając w szeregach Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego oraz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
 2.9.Wyprawa na Syberię ( 1975)
Poza chorobami wewnętrznymi udało mi się w początkach mojej kariery lekarskiej opanować w dość dobrym stopniu język rosyjski. Wiązało się to z zajęciami, które miałam na studiach doktoranckich u bardzo sympatycznego lektora oraz prowadzonymi ćwiczeniami ze studentami z Erywania. Przyjeżdżali oni do nas na praktyki wakacyjne. 

 Fot. Ze studentami z Erewania, PSK nr 1
Przed zajęciami z kolejną rosyjskojęzyczną grupą studencką kupiłam podręcznik diagnostyki internistycznej w popularnej w czasach PRL księgarni rosyjskiej na Nowym Świecie i dość dobrze nauczyłam się terminologii internistycznej.
Fot.PSK nr 1
Jako osoba obyta z językiem rosyjskim zostałam w 1975 roku wydelegowana do uczestnictwa w Tygodniu Leków Polskich w Nowosybirsku. Naukową część delegacji stanowiło dwóch profesorów, no i ja, podówczas młoda lekarka. Zaplątałam się w te wyższe sfery naukowe wyłącznie z powodu znajomości języka, którego powszechne nauczanie w szkołach nie owocowało praktyczną jego znajomością. 
Fot.Moje pomoce do nauki języka rosyjskiego

Podróżowaliśmy przez Moskwę, gdzie zatrzymaliśmy się w słynnym hotelu Rossija na placu Czerwonym. Był to wówczas największy hotel na świecie, miał 6004 miejsca. Te cztery były potrzebne, aby wyprzedzić jakiś ówczesny amerykański wielki hotel.
 Fot. Pamiątka z Nowosybirska
Podróż samolotem z Moskwy do Nowosybirska trwała 4 godziny i wtedy po raz pierwszy zetknęłam się ze strefami czasowymi. Dziwnie było o 2.00 w nocy nie odczuwać potrzeby snu!
 Fot. Notatki z lekcji języka rosyjskiego
Część naukowa miała charakter oficjalny i nieoficjalny. Podczas części oficjalnej wygłosiliśmy swoje wykłady w Akademgorodku (miasteczko akademickie pod Nowosybirskiem) oraz mieliśmy spotkania z różnymi radzieckimi naukowcami; mnie przypadło w udziale spotkanie z prof. A. Deminem. 



Fot. Na zakończenie otrzymałam książkę Przypadki kliniczne z autografem.
Po zakończeniu spraw oficjalnych zaproszono nas do pięknego Teatru Opery i Baletu w Nowosybirsku na przedstawienie Spartakusa. Siedzieliśmy w loży rządowej, gdzie byliśmy witani szampanem przez dyrektora teatru. 
 Fot. Pamiątka z Nowosybirska

Zapamiętałam słowa dyrektora skierowane do mnie w czasie przerwy:
– Dawajtie, pajdiom pogulat’ z narodom!
Spacerowaliśmy więc po przestronnym holu, pod oknami rosły piękne egzotyczne rośliny, a na jednej z nich czerwony kwiat. Nieroztropnie wyraziłam zachwyt tym kwiatem… Dyrektor opery w okamgnieniu go zerwał i wręczył mi w szarmanckim geście. Szkoda, że nie zasuszyłam tego kwiatu!
Fot. Mój słownik rosyjsko-angielski
Wśród miejsc zwiedzanych w Nowosybirsku wielkie wrażenie zrobiło na mnie Muzeum Geologiczne, w którym pokazano nam bogactwo ziemi rosyjskiej – były tam wszystkie minerały, jakie na terenie Rosji można znaleźć.
Zawieziono nas także nad rzekę Ob. Z tej wycieczki zapamiętałam piękną kwestię w wykonaniu kolegi dermatologa. Jak dziś widzę Andrzeja, postawnego mężczyznę, w modnym podówczas kożuchu, stojącego nad rzeką Ob i mówiącego:
– Ob, twoja mat’!
Rosjanie pokochali Andrzeja od razu i turlając się ze śmiechu, mówili:
– Andrzeju, nieważne czy będziesz miał jutro dobry wykład. I tak dzieci będą się o tobie uczyć w szkołach!
 2.10.Pierwsze spotkanie z wykładowcami zagranicznymi
To był rok  1977 pełen wrażeń, w Warszawie gościli bowiem prezes American College of Cardiology Dean Mason z Uniwersytetu w Kalifornii i John Collins Jr. z Uniwersytetu Harvarda. Dwudniowa konferencja w Warszawie odbyła się 28 i 29 maja 1977 r. Uroczyste otwarcie miało miejsce w obecnej Bibliotece Rolniczej (wówczas Dom Polonii) przy Krakowskim Przedmieściu, a wykłady wygłaszane w języku angielskim odbywały się w szpitalu pediatrycznym przy ulicy Marszałkowskiej.
Były to pierwsze wykłady jakie słuchałam na żywo w języku angielskim.
Kongresy Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego były zawsze powiewem wielkiego świata.
2.11.Studia doktoranckie
Po zakończeniu stażu otrzymałam propozycję kontynuowania pracy na uczelni w postaci  studiów doktoranckich ( 1970 -1973).
Fot.Elegantka/ doktorantka ; )
Zajęcia były w godzinach popołudniowych, niezbyt obciążające, można było je łączyć z   badaniami i pracą na oddziale. Po pierwszym roku studiów musiałam zmienić temat pracy doktorskiej z powodu braku dostępu do sprzętu niezbędnego do wykonania badań. 
Fot. Ultrasonograf na którym robiłam badania do doktoratu

Pisałam na maszynie i gdy zakończyłam pracę tak energicznie pociągnęłam wałek, że go wyrwałam. Pan naprawiający maszynę powiedział, że pierwszy raz spotkał się z takim uszkodzeniem. Najwyraźniej już wtedy rozpierała mnie energia twórcza:) Było i jest wiele objawów tej energii twórczej.
 Fot. Mój doktorat
2.12.Specjalizacja z chorób wewnętrznych
Specjalizację I stopnia z  chorób wewnętrznych uzyskałam w 1972 roku. Dokumentacja do specjalizacji nie była zbyt rozbudowana - obejmowała cztery strony formatu A4 z wpisami stażów kierunkowych. Był to staż z anatomii patologicznej i chorób zakaźnych, który mile wspominam. Podczas stażu zapisałam się do Lekarskiego Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy, gdzie można otrzymywać pożyczki - ważne, że bez procentów i bez żyrantów. Do tego czterostronicowego dokumentu dodawało się pracę poglądową - mogła być jakaś publikacja ogłoszona drukiem.
Egzamin zdawałam w Szpitalu Bielańskim w miłym towarzystwie innych kolegów, którzy w dalszej karierze obrali specjalizacje wymagające jedynki z interny  medycynę tropikalną  oraz pulmonologię.

Po egzaminie wybraliśmy się z obiad na Stare Miasto do modnej wówczas restauracji.
Do egzaminu trzeba było znać bodaj 20 recept składanych
Specjalizację II stopnia uzyskałam w 1976 roku. Egzamin był poważnym wyzwaniem, uczyłam się przez pół roku. Pisaliśmy jako pierwsi interniści egzamin  testowy, był on skażony pierworodnym grzechem niekompetencji układających pytania. Umiałam założyć elektrodę endokawitarną na dyżurze, ale nie wiedziałam co miał na myśli autor pytania na ten temat. Zadałam lekko nad poprzeczką.
2.13.Prace dodatkowe w dawnych latach
Takie zajęcia nie były modne a gabinety prywatne mieli ordynatorzy i niektórzy profesorowi. Moje dwie prace to opisywanie EKG w Lecznicy Ministerstwa Zdrowia zwanej „lecznicą rządową” gdzie odbywałam krótki staż szkoleniowy w pracowni echokardiograficznej i potem na zaproszenie szefa tej pracowni w okresie jego urlopów opisywałam EKG. Pierwszy ekg który wzięłam do ręki był pewnego VIP-a i lekko się speszyłam, że wszystkie  będą takie same, ale było nie tak bardzo lipowskie.
Drugie miejsce to lekarz zakładowy w hotelach Orbisu Bristol, Europejski i Vicotria. Barwna praca, przyzwoite zarobki, no i uczestnictwo w pierwszej Mszy Świętej odprawionej przez Jana Pawła II.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...