sobota, 15 lipca 2017

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział trzeci



Rozdział 3: Medycyna i macierzyństwo 

Medycyna była ciągle ważna w moim życiu ale nie wiedziała, że wkrótce zyska bardzo poważna konkurencję w postaci macierzyństwa.

 3.1.Seminarium w Londynie (1979)

Byłam praktycznie jedyna osobą która zajmowała się echokardiografią w latach siedemdziesiątych. Jak dowiedziałam się po latach ówczesny kardiologiczny establishment nie oceniał echokardiografii wysoko i nie wróżył tej metodzie przyszłości... Mógł się nią zajmować ktokolwiek, nawet taka szara myszka szpitalna jak ja.
  Takie ujęcie roli echokardiografii  zapewniło mi wyłączność na wyjazd w 1979 roku na seminarium echokardiograficzne do Londynu. Nie obyło się bez utrudnień, ginęło, nie mogło dotrzeć na właściwe biurko zaproszenie na podstawie którego wystawiano paszport służbowy. Poprosiłam przedstawiciela organizatorów aby przysłano zaproszenie do nich do biura, dotarło w kilka minut. Za godzinę miałam je w ręku i przedłożyłam zwierzchności szpitalnej.
Podczas pobytu największe wrażenie zrobiło na mnie to, jak profesor Arthur E. Weyman badał zastawkę płucną. Niemałe też wrażenie zrobiła na mnie kolejna podróż lotnicza.
Mieszkałam w The London Tara Hotel
Sporym przeżyciem była potrzeba dojazdu z Heathrow do hotelu Tara, zdecydowałam się na taksówkę. Konieczność zameldowania się w języku angielskim, raczej na owe czasy zdecydowanie mi obcym, zdecydowanie bardziej obcym niż język rosyjski. Jakoś pokonałam te bariery i dotarłam, gdzie trzeba. Nie byłam zbyt obyta z hotelami, ale Tara Hotel wydał mi się elegancki.
Wieczorem zeszłam na kolację do restauracji, słabo szło mi dogadywanie się z kelnerem, ale w sumie jakość porozumieliśmy się. Potem były dwa dni wykładów, zakończone wręczeniem dyplomów. Wykłady odbywały się w sali konferencyjnej Tara Hotel. Z czasem hotele pozmieniały nazwy, zostały wchłonięte przez różne sieci, które łaskawie pozwalają zachować jedno słowo identyfikujące.
Wieczorem zeszłam na kolację do hotelowej restauracji, słabo szło mi dogadywanie się z kelnerem, ale w sumie jakość porozumieliśmy się.
Podczas kursu byliśmy też dwukrotnie na służbowych kolacjach – raz w Soho, a za drugim razem w jakieś typowej restauracji dla turystów. Na zakończenie wręczono nam dyplomy z podpisem profesora Artura E. Weymana. Mój doktorat zagrał jeszcze brawurową rolę  40 lat później 
Nie spodziewałam się, że mu się trafi taka możliwość!
Kolejna ważna data w mojej edukacji naukowej to konferencja Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego w Polanicy Zdroju w 1980 roku – gościem konferencji był dr Marius Barnard, brata Christiaana. Wykład przy świecach w Domu Zdrojowym był dla mnie nowym akcentem w poznawaniu kardiologii. Wspaniałe wydarzenie, o którym nie ma w internecie żadnej merytorycznej wzmianki.

3.2.Uczucia muszą mieć swój wyraz

Uczucia muszą mieć swój wyraz, uczucia bez wyrazu nie istnieją - powiedzenie mojego wieloletniego pacjenta, księdza Jana, który po wygłoszeniu tego zdania wręczał mi ów wyraz uczuć.
Wyrazy bywały różne, najpopularniejsze były czekoladki, zwykle marki E. Wedel.
Najpopularniejsze było Ptasie Mleczko oraz Baryłki. Te ostatnie były z alkoholem. Pewnej niedzieli miałam spokojny dyżur... ułożyłam się na kanapie w pokoju lekarza dyżurnego i czytając jakąś ciekawą książkę pochłaniałam kolejne baryłki. Błogość ogarniała kolejne partie mojego młodego lekarskiego organizmu... no prawie odlot. Nadeszła godzina 15 a wraz z nią odwiedziny rodzin, które niekiedy pragnęły także zasięgnąć informacji o stanie zdrowia swoich bliskich.
-Stuk, stuk - rozległo się w dyżurce.
-Proszę wejść! - zawołałam dziarskim głosem i poderwałam się na nogi... Hmm... utrzymanie idealnie pionowej pozycji ciała w wyniki nadkonsumpcji baryłek było poważnym wyzwaniem ;) Przejściowy zawrót głowy udało mi się  udało mi się opanować, ale nie na długo, bowiem …. trafiłam na inny rodzaj czynnika wytrącającego lekarza z równowagi… o czym poniżej.

3.3.Ach co to był za ślub

Nie samą pracą człowiek żyje, choć czasami bywanie w pracy potrafi przynieść bardzo nietypowe zmiany w życiu. Artykuł 14 Kodeksu Etyki Lekarskiej (KEL) mówi, że:
Lekarz nie może wykorzystywać swego wpływu na pacjenta w innym celu niż leczniczy.
No cóż, złamałam ten artykuł  i wywarłam wpływ inny niż leczniczy na pewnego mojego pacjenta, dziennikarza tygodnika Przegląd Techniczny. Wyznaję ten fakt odważnie, mając nadzieję, że moje naruszenie KEL uległo przedawnieniu ;) Po roku zostaliśmy rodzicami Kate.
Czas płynął, spędzaliśmy go głównie w domu oraz w moich rodzinnych stronach podczas wakacji. Przez 4 lata byłam na urlopie wychowawczym...
Po urlopie powróciłam do pracy, zamieniając oddział szpitalny na poradnię specjalistyczną. Dzięki temu nie musiałam dyżurować i mogłam poświęcić się obowiązkom matki Polki w pełnym wymiarze godzin.
Zadanie było ambitne z powodu przebycia przez Kate  infekcji wewnątrzszpitalnej, pobytu w szpitalu przy ul. Marszałkowskiej, kuracji czterema antybiotykami, uczulenia na mleko i gluten, diety - wszystko udało się pokonać. 
 Z tego okresu z sentymentem wspominam dr Elżbietę Maciejewską z naszej  rejonowej poradni pediatrycznej, która mieściła się w Alejach Jerozolimskich oraz  dr Ewą Izbicką  z IMiD, która diagnozę uczulenia na mleko postawiła przez telefon i zaleciła podawanie Nutramigenu, jak również wystawiła awansem receptę na ten specyfik, bowiem wizyta była w poradni za jakieś dwa tygodnie. Bardzo miło wspominam też zespół lactarium przy ul. Litewskiej. 
3.4.Medycyna przyszpitalna  
 Moja lekarska młodość upłynęła pod znakiem czci dla medycyny szpitalnej. Każdy kto pracował w poradni przyszpitalnej lub rejonowej był mniej ważny w hierarchicznej wyobraźni. Placówki jednodniowe jeszcze nie istniały, choć bywalcy wracający z zagranicy zdumieni opowiadali, że na przykład ktoś bardzo ważny z Wiednia to wcale nie pracuje na oddziale tylko w poradni. Sami nie dawali wiary temu co mówili i zauważmy nie dają nadal ;).
 Na fotografii zamieszczonej na łamach miesięcznika Puls na którą natknęłam się zupełnie przypadkowo i współcześnie czyli w 2017 roku zauważyłam, że tabliczka Poradni dla Chorych z Nadciśnieniem Tętniczym oraz Poradni Nefrologicznej nie zawierają żadnej informacji o afiliacji tych placówek do innych struktur szpitalnych lub akademickich. Jednym słowem były to  
non affiliated departments ;)
I trzymajmy się tego! Wszak obowiązuje nas Evidence Based Medicine czyli Medycyna Oparta na Faktach, a one są jak ten koń, a jaki koń jest każdy widzi powiedział klasyk ;) 
czyli ks. Benedykt Chmielowski herbu Nałęcz
Był to czas w którym po wielokroć mierzyłam pacjentom ciśnienie krwi oraz tętno spoglądając na markowy zegarek nabyty jeszcze w epoce szpitalnej oraz mierzyłam ciśnienie krwi pompując gruszkę. Najwyższe słyszane w uszach ciśnienie krwi to 320/180 mmHg - może skurczowe było wyższe bo tony były słyszalne już od samego wierzchołka skali. Pacjent miał obrzęk płuc, leżał na łóżku nr 2 na sali R. Z powodu tego bardzo lubiłam mój zegarek i przez wiele lat zwracałam uwagę jakie zegarki noszą inni ludzie.
Poradnia miała  sporą renomę, przyjmowała pacjentów z całej Polski - dosłownie od Szczecina po Ustrzyki Dolne.
Poradnia Nadciśnieniowa w latach 1968 – 1986 mieściła się przy PSK nr 1 , ul. Nowogrodzka 59. W związku z wybudowaniem nowego szpitala  przeniesiono na Banacha 1a. w 1986 roku.
Relacje z pacjentami były przyjazne i malownicze. Przynosili wyrazy wdzięczności - czekoladki, własnoręcznie złowione ryby od strażnika granicznego na Bugu, po schaby na święta. Często analizowanym dylematem było czy dostarczone schaby były badane przez lekarza weterynarii. Z czasem wypracowałam teorię, że skoro ofiarodawca ma się dobrze, znaczy żywność jest bezpieczna.

3.5.Big Pharma stuka do drzwi gabinetu lekarskiego

Ciekawym aspektem pracy były też wizyty z tzw.repami czyli przedstawicielami Big Pharmy. Dopiero co wkroczyli na rynek, często w latach 90 tych byli to lekarze, a niekoniecznie absolwenci architektury czy rybołówstwa i można było sympatycznie porozmawiać. Rynek gadżetów był jeszcze niezbyt rozbudowany i  w trakcie jednej z rozmów zaproponowałam napisanie Książeczki Nadciśnieniowej. Już wtedy miałam świadomość autorską, że trzeba sprzedawać licencję na druk określonej liczby egzemplarzy.
Ktoś wydrukował bez mojej zgody książeczkę nadciśnieniową, co przypadkowo to odkryłam, zaległe honorarium było atrakcyjne i dzięki niemu wybraliśmy się na Sylwestra do Londynu. Serię zamykała Profilaktyczna Książeczka Kardiologiczna.
To był rok 1995 co uświadamia mi, że był to początek mojej obecności na komercyjnym rynku autorskim.  

3.6.Nad Morze Śródziemne

Kolebką medycyny europejskiej jest rejon Morza Środziemnego, wszak Hipokrates pochodził z wyspy Kos. Nic więc dziwnego, że szlaki mojej nowoczesnej edukacji lekarskiej tam właśnie najpierw mnie zawiodły w latach 90 tych, gdy szkolenie podyplomowe lekarzy pod wpływem Big Pharmy przeniosło się z siermiężnych, uczelnianych i szpitalnych  sal wykładowych do hoteli i centrów konferencyjnych.
Na jedno z takich szkoleń  Aktywne metody diagnostyki, leczenia i prewencja chorób układu krążenia w Tunezji poleciałam 6 lutego 1998 r. Był to moj pierwszy wyjazd służbowy po długiej przerwie i uznałam, że powinnam przeorganizować moją garderobę. Codzienna praca w przychodni przyszpitalnej nie wymagała szczególnie eleganckiego stroju, bo wszystko przykrywał fartuch.
Wyruszyłam więc na łowy. Trudno mi było sobie wtedy wyobrazić, jaką garderobę trzeba przygotować – u nas luty – zima, tam luty – ciepło. Krążyłam po centrach handlowych i w końcu nabyłam trzy żakiety – beżowy, zielony i czarny szwedzkiej firmy Almia, przewidziane jako stroje na wykłady, oraz granatową bluzę w kratę na okoliczności pozawykładowe. Stroje były bardzo świetnie skrojone, fantastycznej
jakości.  Zmęczona wrażeniami podroży na kontynent afrykański poszłam wcześnie spać. Następnego dnia obudził mnie głos muezina oraz promienie słońca wnikające przez drewniane żaluzje. Byłam w innej kulturze dźwięków i światła. Tak głos obudził mnie ponownie za kilka lat w Algierze.
Dzień zaczynał się od 7:00  gimnastyką nad brzegiem morza, prowadzoną przez specjalnie zaangażowanego trenera. Poszłam na
zajęcia sportowe jako osoba z natury obowiązkowa i okazało się, że jestem w fatalnej kondycji. Do tej pory tak intensywnie ratowałam zdrowie ludzkości, że aż się sama zasapałam… Wyczerpana wróciłam do pokoju hotelowego z mocnym postanowieniem poprawienia swojej kondycji.
Od 9 do 18 mieliśmy wykłady, w których brałam dość aktywny udział, zadając wykładowcom liczne pytania. Bardzo ciekawy był wykład inauguracyjny – przy świecach o godzinie 20 w eleganckiej sali zrobił na
mnie, osobie nawykłej do słuchania wykładów jedynie w siermiężnych salach akademickich, spore wrażenie.
Tematem była oczywiście dieta śródziemnomorska. Po wykładach zwykłam siadać nad brzegiem morza i wyobrażałam sobie, jak zza linii horyzontu nadpływają okręty rzymskich najeźdźców burzących Kartaginę.
Po zakończeniu cyklu wykładów można było wykupić jednodniową wycieczkę autokarową do lokalnych zabytków. Zwiedziliśmy medinę oraz Muzeum bardo w Tunisie, Kartaginę z Wzgórzem Byrsa i Termy Antonina Piusa, a także miasteczko Sidi Bou Said.
Zakupione wtedy zielone T-shirty służyły mi przez kilkanaście lat zachowując fason i kolor w niezmienionej postaci.
Wyjazd był dość ważnym przełomem w mojej edukacji podyplomowej –zobaczyłam, że można się uczyć medycyny w eleganckich salach wykładowych poza szpitalem. Wcześniej tego nie wiedziałam. Byłam przekonana, że miejsca zdobywania lekarskiej wiedzy to szpital, przychodnia, biblioteka akademicka lub Główna Biblioteka Lekarska, posiedzenie międzykliniczne lub posiedzenie towarzystwa naukowego.
Podobne  szkolenie w zakresie profilaktyki chorób układu krążenia odbyło się na Krecie, w hotelu Marina w Heraklionie od 6 do 13 maja 1999 r. Schemat zajęć był analogiczny, czyli o 7.00 gimnastyka, od 9 do 18 wykłady i na zakończenie kursu jednodniowa wycieczka do okolicznych atrakcji turystycznych.
 Gdy nadeszła epoka procedur w medycynie, najpewniej zabroniono organizowania konferencji przy świecach z uwagi na bezpieczeństwo przeciwpożarowe.
- dać foto dyplomów z Tunezji i Krety

3.7. Życiorys kobiety sukcesu

Podszkolona nieco na kursie poczułam, że nadal mam niedobór wiedzy w organizmie i jedna konferencja zagraniczna tego nie wyrówna. Być może moja nadmierna aktywność w zadawaniu pytań wykładowcom na poprzedniej konferencji spowodowała, że otrzymałam zaproszenie na kolejną, zatytułowaną Fourth Cardiovascular Seminar in Budapest (15-19 października 1998, http://gdl.kylos.pl/wp/?p=423). Aktywny słuchacz na wykładach to cenny nabytek na konferencji!
Organizatorzy poprosili mnie o przygotowanie i przesłanie życiorysu w języku angielskim. Do tej pory znałam model à la PRL z jego optymalną wersją urodziłam się w rodzinie robotniczo-chłopskiej. W moim wypadku właściwe jest określenie w rodzinie nauczycielskiej, a co do pisania, to najlepiej szło mi dzierganie recept i historii chorób z ich koronnym wstępem pacjent przyjęty do szpitala z powodu bólu w okolicy zamostkowej, promieniującego do lewego barku i trwającego godzinę… A tu trzeba życiorys napisać i w dodatku po angielsku!
Podpytałam światowych kolegów, co już mieli za sobą pisanie takich życiorysów*, kupiłam jakieś książki w stylu Jak olśnić każdego? i po paru dniach miałam ogólne pojęcie, jak powinien mój życiorys wyglądać. Zaangażowałam do pomocy wyedukowaną już dobrze w języku angielskim córkę i przystąpiłam do dzieła. Wybór asystentki był trafny, bo w rubryce hobby zaproponowała ona poza wpisaniem opera jeszcze kultura żydowska. Nie wiedziałam, że mój bezpośredni opiekun w Budapeszcie jest węgierskim Żydem i z czasem nawet wyemigrował, powołując się na to pochodzenie. Szlifując kolejne edycje mojego życiorysu z czasem dopracowałyśmy się wersji na kraj, w której rubrykę hobby zapełniało słowo opera oraz wersji na zagranicę rozszerzonej o kulturę żydowską.
Kilka miesięcy później mój węgierski gospodarz przyjechał służbowo do Warszawy. Zaprosiłam go na domowe pierogi i barszcz. Smakowały mu bardzo, a ponadto, jak mi powiedział, wzrosły jego notowania u kolegów, bo tylko on jeden był zaproszony w Warszawie do prywatnego domu.
Spoglądając na pamiątkowy dyplom potwierdzający mój udział w budapeszteńskiej konferencji, dopiero dziś dostrzegłam informację, że konferencja była co-sponsored by the USA Agency for International Development i pewnie z tego powodu musiałam napisać życiorys po angielsku.
Tematyka wykładów była bardzo zróżnicowana – leczenie zaburzeń rytmu, działanie proarytmiczne leków, zatorowość płucna, niewydolność krążenia, zapalenie wsierdzia, wady zastawkowe – chyba ambitni organizatorzy chcieli wtłoczyć do głów uczestników całą kardiologię w jeden dzień.
Najciekawsze jednak, że wykład dr. G. Matthew dotyczył inhibitorów płytkowych glikoprotein IIb/IIIa, czyli tematu bardzo nowoczesnego, ale chyba tego nie doceniłam, tym bardziej że był to przedostatni wykład.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...