wtorek, 5 czerwca 2018

Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 25: życiorys kobiety sukcesu

Rozdział 25: Życiorys kobiety sukcesu
 
Podszkolona nieco na kursie poczułam, że nadal mam niedobór wiedzy w organizmie i jedna czy dwie konferencje zagraniczne tego nie wyrównają. Być może moja aktywność w zadawaniu pytań wykładowcom na poprzedniej konferencji spowodowała, że otrzymałam zaproszenie na kolejną, zatytułowaną Fourth Cardiovascular Seminar in Budapest (15-19 października 1998). Aktywny słuchacz na wykładach to cenny nabytek na konferencji!
Organizatorzy konferencji poprosili mnie o przygotowanie i przesłanie życiorysu w języku angielskim. Do tej pory znałam model à la PRL z jego optymalną wersją urodziłam się w rodzinie robotniczo-chłopskiej. W moim wypadku właściwe jest określenie w rodzinie nauczycielskiej. Jeśli chodzi o pisanie to w owych latach najlepiej szło mi dzierganie recept i historii chorób z ich koronnym wstępem pacjent przyjęty do szpitala z powodu bólu w okolicy zamostkowej, promieniującego do lewego barku i trwającego godzinę… A tu trzeba życiorys napisać i w dodatku po angielsku!
Podpytałam światowych kolegów, którzy mieli za sobą pisanie takich życiorysów*, kupiłam książki w stylu Jak olśnić każdego? i po paru dniach miałam ogólne pojęcie, jak powinien mój życiorys wyglądać. Zaangażowałam do pomocy wyedukowaną już dobrze w języku angielskim córkę i przystąpiłam do dzieła.
Wybór asystentki był trafny, bo w rubryce hobby zaproponowała ona poza wpisaniem opera jeszcze kultura żydowska. Pisząc to nie wiedziałam, że mój bezpośredni opiekun w Budapeszcie był węgierskim Żydem. Szlifując kolejne edycje mojego życiorysu z czasem dopracowałam się wersji na kraj, w której rubrykę hobby zapełniało słowo opera oraz wersji na zagranicę rozszerzonej o kulturę żydowską.
Kilka miesięcy później mój węgierski gospodarz przyjechał służbowo do Warszawy. Zaprosiłam go na domowe pierogi i barszcz. Smakowały mu bardzo, a ponadto, jak mi powiedział, że bardzo wzrosły jego notowania u kolegów, bowiem tylko on jeden był zaproszony w Warszawie do prywatnego domu.
Spoglądając na pamiątkowy dyplom potwierdzający mój udział w budapeszteńskiej konferencji, dopiero dziś dostrzegłam informację, że konferencja była co-sponsored by the USA Agency for International Development i pewnie z tego powodu musiałam napisać życiorys po angielsku.
Tematyka wykładów była bardzo zróżnicowana – leczenie zaburzeń rytmu, działanie proarytmiczne leków, zatorowość płucna, niewydolność krążenia, zapalenie wsierdzia, wady zastawkowe – chyba ambitni organizatorzy chcieli wtłoczyć do głów uczestników całą kardiologię w jeden dzień.

Najciekawsze jednak, że wykład dr. G. Matthew dotyczył inhibitorów płytkowych glikoprotein IIb/IIIa, czyli tematu bardzo nowoczesnego, ale chyba tego nie doceniłam, tym bardziej że był to przedostatni wykład.

Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 24: nad Morze Śródziemne

Rozdział 24: Nad Morze Śródziemne

Kolebką medycyny europejskiej jest rejon Morza Śródziemnego, wszak Hipokrates pochodził z wyspy Kos. Nic więc dziwnego, że szlaki mojej nowoczesnej edukacji lekarskiej tam właśnie najpierw mnie zawiodły w latach 90 tych, gdy szkolenie podyplomowe lekarzy pod wpływem Big Pharmy przeniosło się z siermiężnych, uczelnianych i szpitalnych sal wykładowych do hoteli i centrów konferencyjnych.
Na jedno z takich szkoleń Aktywne metody diagnostyki, leczenia i prewencja chorób układu krążenia w Tunezji poleciałam 6 lutego 1998 r.
Był to mój pierwszy wyjazd służbowy po długiej przerwie i uznałam, że powinnam przeorganizować moją garderobę. Codzienna praca w przychodni przyszpitalnej nie wymagała szczególnie eleganckiego stroju, bowiem wszystko przykrywał fartuch. Trudno mi było sobie wtedy wyobrazić, jaką garderobę trzeba przygotować – u nas luty – zima, tam luty – ciepło. Krążyłam po centrach handlowych i w końcu nabyłam trzy żakiety – beżowy, zielony i czarny szwedzkiej firmy odzieżowej, przewidziane jako stroje na wykłady, oraz granatową bluzę w kratę na okoliczności pozawykładowe.
Stroje były bardzo świetnie skrojone, fantastycznej jakości. Zmęczona wrażeniami podroży na kontynent afrykański poszłam wcześnie spać.
Następnego dnia obudził mnie głos muezina oraz promienie słońca wnikające przez drewniane żaluzje. Byłam w innej kulturze dźwięków i światła. Tak głos obudził mnie ponownie za kilka lat w Algierze.
Dzień zaczynał się od 7:00 gimnastyką nad brzegiem morza, prowadzoną przez specjalnie zaangażowanego trenera. Poszłam na zajęcia sportowe jako osoba z natury obowiązkowa i okazało się, że jestem w fatalnej kondycji.
Do tej pory tak intensywnie ratowałam zdrowie ludzkości, że aż się sama zasapałam… Wyczerpana wróciłam do pokoju hotelowego z mocnym postanowieniem poprawienia swojej kondycji.
Od 9 do 18 mieliśmy wykłady, w których brałam dość aktywny udział, zadając wykładowcom liczne pytania. Bardzo ciekawy był wykład inauguracyjny – przy świecach o godzinie 20 w eleganckiej sali wykładowej. Zrobił on na mnie bardzo duże wrażenie.Tematem była oczywiście dieta śródziemnomorska.
Po wykładach zwykłam siadać nad brzegiem morza i wyobrażałam sobie, jak zza linii horyzontu nadpływają okręty rzymskich najeźdźców burzących Kartaginę.
Po zakończeniu cyklu wykładów można było wybrać się na jednodniową wycieczkę autokarową do lokalnych zabytków. Zwiedziliśmy medinę oraz Muzeum bardo w Tunisie, Kartaginę z Wzgórzem Byrsa i Termy Antonina Piusa, a także miasteczko Sidi Bou Said.
Wyjazd był dość ważnym przełomem w mojej edukacji podyplomowej –zobaczyłam, że można się uczyć medycyny w eleganckich salach wykładowych poza szpitalem. Wcześniej tego nie wiedziałam. Byłam przekonana, że miejsca zdobywania lekarskiej wiedzy to szpital, przychodnia, biblioteka akademicka lub Główna Biblioteka Lekarska, posiedzenie międzykliniczne lub posiedzenie towarzystwa naukowego.



Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 23: Big Pharma stuka do drzwi gabinetu lekarskiego

Rozdział 23: Big Pharma stuka do drzwi gabinetu lekarskiego

Ciekawym aspektem pracy były też wizyty przedstawicielami Big Pharmy, zwanych repami ( skrót od oficjalnej nazwy „reprezentant medyczny”), którzy dopiero co wkroczyli na rynek. Często w latach 90 tych repami byli lekarze, niekoniecznie absolwenci architektury czy rybołówstwa, jak było to w latach późniejszych. Dzięki tożsamości posiadanych dyplomów było utrzymywać sympatyczne koleżeńskie relacje.
W trakcie jednej z rozmów z przedstawicielem medycznym zaproponowałam napisanie Książeczki Nadciśnieniowej. Oferta została zaakceptowana. Już wtedy miałam świadomość autorską, że trzeba sprzedawać licencję na druk określonej liczby egzemplarzy, nie pozbywając się praw autorskich.
Ktoś wydrukował bez mojej zgody książeczkę nadciśnieniową, co przypadkowo to odkryłam. Zaległe honorarium otrzymane od firmy nieświadomej zasad dotyczących praw autorskich było bardzo atrakcyjne i dzięki niemu wybraliśmy się na Sylwestra do Londynu.
Serię edukacyjną zamykała Profilaktyczna Książeczka Kardiologiczna.
Był rok 1995 który mogę uważać za początek mojej obecności na komercyjnym rynku autorskim.
Lata 90 te to był „świat zupełnie w innym stylu” na rynku medycznym – można było posłuchać wykładu najwybitniejszego profesora, mieć dostęp do światowej sławy książek, wyjechać na konferencję zagraniczną – zapanował demokratyczny dostęp do wiedzy. W 1993 roku słuchaliśmy wykładu prof. Franza Messerliego podczas konferencji "Serce w nadciśnieniu tętniczym" zorganizowanej na Zamku Królewskim, a w 1996 roku prof. Normana Kaplana podczas konferencji "Diuretyki w nadciśnieniu tętniczym" w Teatrze Polskim.
Z teatrem wiąże się nie tylko słuchanie wykładów znanych profesorów, ale także bardzo niebanalne powody zwyżek ciśnienia krwi.
Pojawiły się także w tym czasie aparaty do całodobowych pomiarów ciśnienia krwi. Jednym z pierwszych pacjentów, któremu taki pomiar zleciłam był muzyk z orkiestry kameralnej jednego z warszawskich teatrów. Ustaliliśmy, że aparat założy w dniu premiery nowej sztuki aby przetestować jakie wartości ciśnienia krwi generuje stres jakim jest premiera. Po wykonaniu badania pacjent wkracza do mojego gabinetu ze słowami
-Pani doktor najgorsze były przerwy!
-Jakie przerwy – pytam zdziwiona – chyba wtedy nie było powodów do stresu.
-No przerwy w partyturze! – odpowiada pacjent. Wtedy orkiestra nie gra, a jak był pompowany mankiet w aparacie to urządzenie burczy i bałem się, że będzie słychać na małej sali naszego teatru, więc zasłaniałem drugą ręką żeby wyciszyć to burczenie.



Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 22: medycyna przyszpitalna

Rozdział 22: Medycyna przyszpitalna

Moja lekarska młodość upłynęła pod znakiem czci dla medycyny szpitalnej. Każdy kto pracował w poradni przyszpitalnej lub rejonowej był mniej ważny w hierarchicznej wyobraźni kolegów pracujących w klinikach.
Corpus delicti tego spostrzegania medycyny przyszpitalnej jest tabliczka Poradni dla Chorych z Nadciśnieniem Tętniczym oraz Poradni Nefrologicznej z owych lat w PSK nr 1, nie zawierają żadnej informacji o afiliacji tych placówek do innych struktur szpitalnych lub akademickich.
Link do fotografii z której pochodzi prezentowany fragment, opracowany graficznie http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2004/n200406/n20040641
Kliniki jednodniowe jeszcze nie istniały, choć bywalcy wracający z zagranicy zdumieni opowiadali, że na przykład ktoś bardzo ważny z Wiednia to wcale nie pracuje na oddziale tylko w poradni przyszpitalnej. Sami nie dawali wiary temu co mówili i zauważmy nie dają nadal.
Dzięki pracy w Poradni Nadciśnieniowej nie miałam obowiązku dyżurowania i mogłam wypełniać wszystkie obowiązki Matki Polki od ugotowania dietetycznego obiadu, poprzez odebranie Kate ze szkoły, po towarzyszenia jej na różnych zajęciach pozaszkolnych. Zajęcia obejmowały między innymi grę na fortepianie, gitarze i skrzypcach, gimnastykę artystyczną, naukę licznych języków obcych – z japońskim włącznie. Język japoński zawitał do naszego domu w związku z serialem Shogun, który Kate z wielka pasją oglądała po wielokroć. Przy kolejnym oglądaniu odbyłyśmy taki dialog
-Nie oglądaj ciągle tego serialu, bo oczy sobie popsujesz!
-Ja nie oglądam, tylko słucham co oni mówią po japońsku i już sporo umiem. Mogę Ci coś powiedzieć po japońsku.
-No to powiedz – poprosiłam wielce zaintrygowana.
Okazało się, że dziecko wiedziało co mówi! Zapytałam więc:
-A może chciałabyś się uczyć japońskiego?
-Tak, bardzo! Bardzo!
To musiało być zrządzenie losu bowiem w gazecie znalazłyśmy ogłoszenie o lekcjach japońskiego i nawiązałyśmy kontakt z rodowitą Japonką, która mieszkała w Warszawie. Rozpoczęła się kilkuletnia epoka fascynacji tym krajem. Ukoronowaniem zainteresowań było uczestnictwo w konkursie języka japońskiego organizowanym przez Uniwersytet Warszawski.
Poradnia Nadciśnieniowa PSK nr 1 w latach 1968 – 1986 mieściła się przy ul. Nowogrodzkiej 59. W związku z wybudowaniem nowego szpitala przeniesiono na Banacha 1a. w 1986 roku do Polikliniki CSK, która mieściła się w bloku A.
Ówczesna Poradnia Nadciśnieniowa miała sporą renomę, przyjmowała pacjentów z całej Polski - dosłownie od Szczecina po Ustrzyki Dolne. Relacje z pacjentami leczącymi się w poradni były przyjazne i malownicze. Przynosili oni wyrazy wdzięczności – od klasycznych czekoladek i kawy, poprzez własnoręcznie złowione ryby od strażnika granicznego na Bugu, po schaby na święta dostarczane przez jednego z pacjentów, rolnika. Często analizowanym dylematem było czy dostarczone schaby były badane przez lekarza weterynarii. Z czasem wypracowaliśmy teorię, że skoro ofiarodawca ma się dobrze, znaczy żywność jest bezpieczna.
Pewnego roku nasz dostawca schabów nie pojawił się w środę przed Wielkanocą ani w czwartek. W Wieki Piątek tez rano go nie było i już myślałam, że pozostanę bez mięsa na święta. Kilka minut po 12: 00 zjawił się pan Jan w drzwiach mojego gabinetu.
-Już myślałam, że w tym roku pani nie przyjedzie – powitałam go.
- A jakże bym ja panią doktór bez schabu na święta zostawił – odpowiedział mój pacjent. Takie to były czasy…

Naprzeciwko Poradni Nadciśnieniowej była Poradnia Okulistyczna, z której wsparcie konsultacyjnego korzystałam, zwłaszcza gdy pojawiali się pacjenci z wysokim ciśnieniem i trzeba było rozstrzygnąć czy chory wymaga hospitalizacji czy teź może być leczony ambulatoryjnie. Obecność wybroczyn na dnie oczu, czyli objawu fazy przyśpieszonej nadciśnienia tętniczego, przesądzała o hospitalizacji.
Często korzystałam z konsultacji dr Alicji Barwickiej, pracującej w Poradni Okulistycznej. Z czasem tematyka wspólnych spraw rozszerzyła się o nasze dzieci, będące w tym samym wieku oraz podróże, które obie lubimy.


Przemiany w ochronie zdrowia przeniosły nas ku innym działom szeroko rozumianej medycyny - Alicja przeniosła się do pracy w ZUS, a ja do pracy w prywatnych przychodniach medycznych połączonej z dziennikarstwem. Z czasem Alicja także dołączyła w latach dwutysięcznych do dziennikarstwa medycznego, traktowanego jako drugi zawód. Współpraca z Alicją i poradnią okulistyczną znalazła swój literacki wyraz w moim opowiadaniu „Powieka modelki”.

Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 21: ach! co to był za ślub

Rozdział 21: Ach! co to był za ślub


Nie samą pracą człowiek żyje, choć czasami bywanie w pracy potrafi przynieść bardzo nietypowe zmiany w życiu. Artykuł 14 Kodeksu Etyki Lekarskiej (KEL) mówi, że:
Lekarz nie może wykorzystywać swego wpływu na pacjenta w innym celu niż leczniczy.
No cóż, złamałam ten artykuł i wywarłam wpływ inny niż leczniczy na pewnego mojego pacjenta, dziennikarza tygodnika Przegląd Techniczny. Wyznaję ten fakt odważnie, mając nadzieję, że moje naruszenie KEL uległo przedawnieniu ;) .
Nasz ślub odbył się 4 września 1980 roku. W dniu 6 sierpnia 1981 roku zostaliśmy rodzicami córki Katarzyny. Przez 4 lata byłam na urlopie wychowawczym. Czas płynął, spędzaliśmy go głównie w domu oraz w moich rodzinnych stronach podczas wakacji.
Po urlopie powróciłam do pracy, zamieniając oddział szpitalny na przyszpitalną poradnię specjalistyczną. Dzięki temu nie musiałam dyżurować i mogłam poświęcić się obowiązkom matki Polki w pełnym wymiarze godzin.
Zadania stojące przed matka Polką były ambitne z powodu przebycia przez Kate infekcji wewnątrzszpitalnej, pobytu w szpitalu przy ul. Marszałkowskiej, kuracji czterema antybiotykami, uczulenia na mleko i gluten, diety - wszystko udało się pokonać.
Z tego okresu miło wspominam dr Elżbietę Maciejewską z naszej rejonowej poradni pediatrycznej, która mieściła się w Alejach Jerozolimskich oraz dr Ewą Izbicką z IMiD, która diagnozę uczulenia na mleko postawiła przez telefon i zaleciła podawanie Nutramigenu. Pani doktor wystawiła awansem receptę na ten specyfik, bowiem wizyta była w poradni za jakieś dwa tygodnie. Bardzo miło wspominam też zespół lactarium przy ul. Litewskiej.
Jak byłam spostrzegana przez Kate? Oto mój portret!

c.d. powiedzonek pacjentów

1. jest mi ciasno pod paznokciami
2.miałam neurologiczny udar mózgu
3.mam ciśnienie podskoczne
4.po plastrze na papierosy organizm jest jak pod kroplówką, zabezpieczony, a jeść się chce
5.kaszanka nie wędlina synowa nie rodzina
6.poproszę coś od rytmu zatokowego
7.po gimnastyce oddechowej inaczej mi funkcjonują mięśnie odbytu
8.resectio colonis cum anastomosis end to end
9.łza łzę wypycha
10.w badaniach stwierdzono ogromne zaburzenia, leczenia nie rozpoczynano
11.po zastrzyku poczułam jakby mi ktoś garść soli w d… wsadził 45. nie czułam cebulek włosowych
12. ciśnienie mam wahadłowe
13.jest u mnie upośledzenie całego organizmu
14.biorę lek pod język od potrzeb
15.niedobrze mi tu w biuście
16.rtg prawej sylwetki serca
17.nerwowe jelito grube
18.jestem antylekowa
19.z ulicy mnie sprzątli
20.czy da się spiłować to ciśnienie
21.ciśnienie się buja
22. gdybym wpadł nieznacznie do pani doktor?
23. organizm jest nieprzeproszkowany
24.kabaret we wszystkie strony ta polityka
25.ciśnienie jest ruchome
26.po leku piszczy mi pod mostkiem
27. czy mam takie podniecenie czy to tylko nerw?
28. czasem mi się wydaje, że mnie szczypie serce
29.był przełom albo na dobre albo na złe i wyszło na dobre
30. od mostku do krtani mam gotowanie wody
31.brałam forgusom na odwodnienie
32. jestem w rodzinie najotylszy
33.jestem rozwibrowana

Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 20: uczucia muszą mięc swój wyraz

Rozdział 20: Uczucia muszą mieć swój wyraz

Uczucia muszą mieć swój wyraz, uczucia bez wyrazu nie istnieją - powiedzenie mojego wieloletniego pacjenta, księdza Jana, który po wygłoszeniu tego zdania wręczał mi ów wyraz uczuć.
Wyrazy bywały różne, najpopularniejsze były czekoladki, zwykle marki E. Wedel. Najpopularniejsze było Ptasie Mleczko oraz Baryłki. Te ostatnie były z alkoholem. Pewnej niedzieli miałam spokojny dyżur... ułożyłam się na kanapie w pokoju lekarza dyżurnego i czytając jakąś ciekawą książkę pochłaniałam kolejne baryłki. Błogość ogarniała kolejne partie mojego młodego lekarskiego organizmu... no prawie odlot. Nadeszła godzina 15 a wraz z nią odwiedziny rodzin, które niekiedy pragnęły także zasięgnąć informacji o stanie zdrowia swoich bliskich.
-Stuk, stuk - rozległo się w dyżurce.
-Proszę wejść! - zawołałam dziarskim głosem i poderwałam się na nogi... Hmm... utrzymanie idealnie pionowej pozycji ciała w wyniki spożycia licznych baryłek było poważnym wyzwaniem ;). Przejściowy zawrót głowy udało mi się udało mi się opanować, ale nie na długo, bowiem trafiłam na inny rodzaj czynnika wytrącającego lekarza z równowagi… o czym w następnym rozdziale.
Poradnia Nadciśnieniowa w latach 1968 – 1986 mieściła się przy PSK nr 1 , ul. Nowogrodzka 59. W związku z wybudowaniem nowego szpitala przeniesiono na Banacha 1a. w 1986 roku.
Autorką witrażu jest najwybitniejsza polska witrażystka pani Teresa Reklewska
Wyrazy uczuć były najróżniejsze – własnoręcznie haftowane serwetki, malowane obrazy, marynowane lub suszone grzyby, święte obrazki zakupione podczas pielgrzymki ( a nawet raz woda święcona z Lourdes!).
Niekiedy uczucia były wyrażane słowem - w okresie pracy w poradni przyszpitalnej powstała słynna seria tzw. powiedzonek pacjentów, zapisywałam ex tempore je w specjalnym notesie.

  1. jak się pan czuje? – ja? nie zwracam na to uwagi
  2. zimno mi nawpadało do płuc
  3. czy mam się rozebrać do połowego?
  4. przegrypiłam się
  5. mam ciśnienie na dno okaz
  6. mam udrętwienie prawostronne
  7. boli mnie na przewylot
  8. zaczął mi się moczopęd
  9. na wszelki wypadek serdecznie dziękuję
  10. syn zaakceptował się w przedszkolu
  11. spód było około 110
  12. wdała mi się dezynfekcji bo opad mam 48
  13. miałam lepsze uszanowanie w pracy za komuny
  14. chciałam zrezygnować z tego ciśnienia
  15. tych rubinków miałam więcej niż trzeba ( podwyższona bilirubina)
  16. jeden szum miałam w całym organizmie
  17. jestem obluzowana i patrzę na TV 1
  18. co pani dolega? drętwieje oko
  19. bioeneroteraputa
  20. miałam zrobione ocieplenie klatki schodowej (rtg klp)
  21. witamina B-kompletna
  22. jakby czaszka była za mała o dwa rozmiary
  23. doktór zbadał mi dno oczu pod mikroskopem
  24. mam ciśnienie skokujące
  25. zjadłam pączka, ale zaraz popiłam go ziołami na cukrzycę
  26. doktor zbadał mi serce na słuch
  27. krew lubi mi się nosem rzucać
  28. mam uszy ogłuszone
  29. mam cukier chwiejący
  30. mam nadciśnienie nadgraniczne
  31. denerwuję się bezinteresownie
  32. strachu i pieniędzy to ja w życiu nie miałem
  33. to zaczepne ludzie

Zloty Dyplom Lekarza - rozdział 19: seminarium echokardiograficzne w Londynie (1979)



Rozdział 19: Seminarium echokardiograficzne w Londynie ( 1979) 
 
Byłam praktycznie jedyną osobą która zajmowała się echokardiografią w latach siedemdziesiątych na moim macierzystym oddziale szpitalnym.
Jak dowiedziałam się po latach ówczesny kardiologiczny establishment nie oceniał echokardiografii wysoko i nie wróżył tej metodzie przyszłości… Mógł się więc nią zajmować ktokolwiek, nawet taka szara myszka szpitalna jak ja.
Takie spostrzeganie roli echokardiografii w medycynie zapewniło mi wyłączność na wyjazd w 1979 roku na seminarium echokardiograficzne do Londynu. Nie obyło się bez utrudnień, ginęło, nie mogło dotrzeć na właściwe biurko zaproszenie na podstawie którego wystawiano paszport służbowy.
Poprosiłam przedstawiciela organizatorów aby przysłano zaproszenie do nich do biura, dotarło w kilka minut. Za godzinę miałam je w ręku i przedłożyłam zwierzchności szpitalnej. Podczas pobytu największe wrażenie zrobiło na mnie to, jak profesor Arthur E. Weyman badał zastawkę płucną. Niemałe też wrażenie zrobiła na mnie kolejna podróż lotnicza.
Sporym przeżyciem był też dojazd z lotniska Heathrow do hotelu Tara, zdecydowałam się na taksówkę. Konieczność zameldowania się w hotelu w języku angielskim, raczej na owe czasy zdecydowanie mi obcym, była kolejnym wyzwaniem. Jakoś pokonałam te bariery oraz wyzwania pokonałam oraz dotarłam tam, gdzie trzeba. Nie byłam zbyt obyta w owym czasie z hotelami, ale Tara Hotel wydał mi się bardzo elegancki.
Wykłady odbywały się w hotelowej sali konferencyjnej. Na zakończenie wręczono nam dyplomy z podpisem profesora Artura E. Weymana. Który był jednym z wykładowców na kursie. Mój doktorat zagrał jeszcze brawurową rolę 40 lat później .

Kolejna ważna data w mojej edukacji naukowej to konferencja Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego w Polanicy Zdroju w 1980 roku – gościem konferencji był dr Marius Barnard, brata Christiaana. Wykład przy świecach w Domu Zdrojowym był dla mnie nowym akcentem w poznawaniu kardiologii. Było to wspaniałe wydarzenie, o którym nie ma żadnej merytorycznej wzmianki. Dr Marius Barnard w dalszej karierze poświęcił się pracy w branży ubezpieczeń medycznych.



Złoty Dyplom Lekarza - rozdział 25: życiorys kobiety sukcesu

Rozdział 25: Życiorys kobiety sukcesu   Podszkolona nieco na kursie poczułam, że nadal mam niedobór wiedzy w organizmie i jedna czy ...