niedziela, 8 października 2017

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy



Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze
Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi było uczestnictwo w premierze prasowej filmu Sztuka kochania. Wybrałam się na te premierę zachęcona scenami z trailera - a zwłaszcza gdy bohaterka biegnie po schodach na sali wykładowej Collegium Anatomicum, ubrana w fartuch i białą chustkę na głowie. Taki właśnie strój obowiązywał na ćwiczeniach z anatomii prawidłowej!
Fot. Print screen z filmu Sztuka kochania
Z kolei 20 stycznia 2017 roku odbyło się spotkanie noworoczne władz OIL w Warszawie z przedstawicielami władz ministerialnych i samorządowych, konsultantami krajowymi, przedstawicielami władz akademickich, dyrektorami szpitali i przychodni pracującymi na terenie izby warszawskiej. W spotkaniu uczestniczyli także przedstawiciele innych izb lekarskich oraz dziennikarze medyczni. Spotkałam wielu dawno nie widzianych kolegów, a wśród nich była dr Janina Białobrzeska - Paluszkiewicz, z którą znałam się od czasu wyjazdu szkoleniowego Polskiego Towarzystwa Badań nad Miażdżycą. Ciekawie było dowiedzieć się o pozamedycznej pasji Niny - malowaniu obrazów.
Czas szybko płynie i ani się obejrzeliśmy minęło 5 lat Gazety dla Lekarzy.
7.1. Pięć lat Gazety dla Lekarzy

 
Fot. Numer jubileuszowy na pięciolecie
Tak relacjonowaliśmy to wydarzenie na łamach GdL:
Tradycja nakazuje, aby na urodzinowym przyjęciu był tort, świeczki i zdjęcia dokumentujące ich zdmuchiwanie. Jednak to nieprosta sprawa, gdy potencjalni goście – redaktorzy tworzący GdL rozrzuceni są po całej Europie, mają nie tylko różne grafiki swoich obowiązków służbowych, ale także dziatwę wymagającą odprowadzenia do szkoły lub poczytania po raz setny książeczki z ulubionymi wierszami. Słowem, trudno o tu i teraz.
Obchody zostały podzielone na części realną i wirtualną. Podczas pierwszej z nich sekretarz redakcji Mieczysław Knypl otrzymał Dziennikarski Laur Diamentowy Przecinek, a redaktor Alicja Barwicka, autorka najbardziej poczytnego artykułu opublikowanego na naszych łamach, odebrała Dziennikarski Laur Złoty Przecinek.
W drugiej części przewodnicząca kolegium redakcyjnego Katarzyna Kowalska  zdalnie odebrała Dziennikarski Laur Złoty Przecinek, a  dr Ewa Dereszak - Kozanecka otrzymała dyplom uznania za serię artykułów o kotach cieszących się bardzo wysokim uznaniem czytelników.
W ciągu 5 lat wydaliśmy 72 numery GdL (60 comiesięcznych i 12 wydań obejmujących książki, numery specjalne, kalendarze), relacjonując liczne wydarzenia krajowe i zagraniczne związane z medycyną jako dziennikarze akredytowani w urzędach krajowych i międzynarodowych, instytucjach oraz na kongresach.


Fot. Moja badge’a z Leuven
Ciekawym wydarzeniem w 2017 roku  było uczestniczenie w  European Reference Networks w Leuven obrady odbywały się w słynnym szpitalu uniwersyteckim. Inna bardzo interesująca konferencja w której uczestniczyłam odbyła się w Madrycie i dotyczyła nowych zagrożeń dla zdrowia publicznego.

Fot. Uczestnicy konferencji w Madrycie
Fot. Przed budynkiem w którym odbywała się konferencja

Rozdział 8. Podsumowanie  w duchu tajemnicy  lekarskiej
Kim więc jestem lekarzem czy dziennikarzem?
# skoro pisałam do następujących 48 czasopism i portali: Polskie Archiwum Medycyny Wewnętrznej, Kardiologia Polska, Journal of Clinical Endocrinology and Metabolism, Wiadomości Lekarskie, Terapia i Leki, Medycyna Rodzinna, Magazyn Medyczny – Lekarz Rodzinny, Kardiologia w Praktyce, Ordynator Leków, Informator- Leki Współczesnej Terapii w Polsce, Journal of Hypertension, Przewodnik Lekarza, Magazyn Lekarza Rodzinnego, Polski Przegląd Kardiologiczny, Neurologica, Essentia Medica, Magazyn Lekarza Rodzinnego, Geriatria Polska, Nadciśnienie Tętnicze, Kardioprofil, Farmacja w Praktyce,  Farmacja Polska, Lekarz Praktyk. Horyzonty Techniki, Antidotum – Zarządzanie w Opiece Zdrowotnej, Superlinia, Menedżer Zdrowia, List do Pani,  Glucomag, Praktyka Lekarska, Diabetyk,Na Zdrowie, Manager Apteki, Vertigoprofil,  Szugarfrik, Gabinet Prywatny, Gazeta Medyczna, Służba Zdrowia, Biuletyn Kas Chorych, Twój Magazyn Medyczny – Kardiologia,  Gazeta Lekarska, Kardiologia po Dyplomie,  Nowa Currenda, Chwila dla Ciebie, www.poradnikzdrowie.pl, Gazeta dla Lekarzy, www.sermo.com, Puls
# bywałam  w mediach  udzielając wywiadów na temat ograniczenia soli, nadciśnienia tętniczego, problemów systemu ochrony zdrowia, roli internetu w medycynie, badań genetycznych, promocji zdrowia oraz innych tematów.
# ponadto wyszłam za mąż za dziennikarza
# a pracowałam zaledwie w dwóch szpitalach i dwóch przychodniach to może jestem jednak dziennikarzem, a dokładniej rzecz nazywając dziennikarzem uczestniczącym, przed którym stoją różne wyzwania od wywiadów z laureatami Nagrody Nobla, poprzez międzynarodowe akredytacje dziennikarskie  na podróżach na antypody kończąc
Gdy zamieściłam zdjęcie z kaczką dziennikarską dr Piotr Gałuszka tak skomentował je na FB
# a może raczej celebrytką, którą kusi czerwony dywan?
Fot. Czerwony dywan, Paryż, 16 arr, 2017
Jeszcze raz  wiersz Piotra który otrzymałam „ku pamięci” w dniu imienin na FB

Fot. Wiersz otrzymany na imieniny (2017)
A może zmieniająca się droga jest odzwierciedleniem zmieniających się priorytetów? Nie ma nic  wiecznego, także w medycynie.
Ciekawie  temat zmian w medycynie ujął profesor Franz Messerli, który jak się okazuje kończył studia także w 1968 roku. W swoim wykładzie wygłoszonym 16 kwietnia 2013 roku z okazji otrzymania doktoratu honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego za badania nad nadciśnieniem tętniczym powiedział:
Kiedy zdawałem egzamin końcowy na studiach w roku 1968 roku, musiałem przedstawić egzaminatorowi pacjenta z zaburzeniami rytmu serca, który prawdopodobnie, patrząc z dzisiejszej perspektywy, cierpiał na przedwczesne skurcze komorowe. Profesor bardzo się ucieszył, słysząc, jak zaproponowałem leczenie tego pacjenta proszkiem Wenckebacha, bardzo wówczas modnym. Następnie zaczął mnie pytać o skład tego proszku. Pamiętałem tylko, że zawierał on naparstnicę i chininę, i niemal oblałem, ponieważ, zdaniem profesora, najważniejszym składnikiem była strychnina. Profesor powiedział: „Podczas 40 lat pracy w zawodzie lekarza musi pan zawsze pamiętać, że strychnina jest najsilniej działającym składnikiem proszku Wenckebacha.”
Co dalej? W ciągu 40 lat pracy nigdy więcej nie usłyszałem o proszku Wenckebacha, nie mówiąc o jego przepisywaniu pacjentom. Odszedł on do historii razem z pijawkami, upuszczaniem krwi i pozostałą szarlatanerią. Wiemy dziś, że ani chinina, ani strychnina nie mają żadnych właściwości zapobiegających zaburzeniom rytmu serca. Ale, jak się zawsze mówiło: profesor tak powiedział, profesor ma zawsze rację, a kim ty jesteś, żeby twierdzić coś przeciwnego? Wracając do błędnych przekonań w Nauce, dogmat często góruje nad dowodami i dzieje się tak zarówno w wypadku dogmatów profesorów czy, jak w wypadku Galileusza, dogmatów Kościoła.
Co więc było pijawką, strychniną i upuszczaniem krwi w mojej 50 letniej praktyce lekarskiej?
Upuszczanie krwi broni się – wykonywałam jeden raz w życiu taki zabieg u pacjenta z nadciśnieniem płucnym. Igły do tego zabiegu były dość grube, gdy wkłułam się do żyły krew wytrysnęła pod ciśnieniem prosto do rękawa mojego fartucha lekarskiego.
Komu można przydzielić rolę pijawki – cóż, chyba medycynie współczesnej zamienionej w jeszcze jedną gałąź globalnego biznesu, który wysysa z lekarza coraz więcej krwi. Odczucie to mają wszyscy koledzy niezależnie od kraju i kontynentu na którym prowadzą swoją praktykę lekarską.
A strychnina? Ha! Pozostanie to tajemnicą  lekarską , wszak nie wszystko co lekarz dowie się lub ustali w czasie swojej praktyki można podawać do publicznej wiadomości.



Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział szósty



Rozdział 6. Rozpoczynam wydawanie Gazety dla Lekarzy
O wydawaniu czasopisma w akademickiej formie myślałam już od pewnego czasu. Miało się ono nazywać Poradnia Nadciśnieniowa, nawet zaprojektowaliśmy okładkę.
Rozwój i wzrost znaczenia mediów społecznościowych wpłynął na zmianę pierwotnych planów i zamiast czasopisma naukowego zdecydowałam się na wydawanie czasopisma środowiskowego o profilu bliższym codziennym problemom lekarzy.

Fot. Jeden z projektów logo GdL
W styczniu napisałam do Gazety Lekarskiej artykuł o proroczym tytule „Rzeczywistość równoległa”, no i stało się!  Tak pisałam na gorąco na fotoblogu:
Na początku roku zakończyłam pracę dla jednego z moich wydawców medycznych. Zastanawiałam się co powinnam robić dalej? Może warto ułożyć się na dowolnie wybranym boku, w odpowiednim punkcie miasta i czekać aż nadarzy się okazja? Ale kiedy ona przyjdzie do człowieka? A może pójdzie ta okazja drugą stroną ulicy, wiadomo jak one potrafią się błąkać! I co wtedy zrobię??? Rozmyślałam więc… Mając nieco więcej czasu spacerowałam po mieście… fotografowałam murale… gdy na jednym z nich przeczytałam: musisz mierzyć wyżej….
Ryc. Inspirujący mural
Drugi raz taka okazja się nie zdarzy! Najłatwiej jest zmobilizować tych których mamy pod ręką. Zawołałam więc do męża: czuj się powołany na stanowisko sekretarza redakcji!, po czym złożyłam odpowiednie dokumenty w Sądzie Rejestrowym oraz Bibliotece Narodowej. Wspomniane instytucje wpisały mój miesięcznik do rejestru czasopism, otrzymałam numer ISSN i od wczoraj jestem wydawcą oraz redaktor naczelną miesięcznika “Gazeta dla Lekarzy” – pisałam na fotoblogu.
Fot. GdL na Prima Aprilis - sesja w salonie prasy
W czerwcu 2012 poleciałam na ASCO do Chicago. Wyjazd był o tyle ciekawy, że pierwszy raz w życiu leciałam za ocean biznes class. Tak to opisałam w książce „To jest Ameryka!”
„Siadłam na biznesowym fotelu i czuję się jak ta wieś, co tańczy i śpiewa „koko, koko, euro spoko”. ;)) Ni czorta nie wiem, jak co działa. Umiem jedynie zapiąć pasy! W economy class już wszystkie guziczki rozpracowałam, a tu nie wiem nic, bo wszystkie guziczki nowe.
Po jakimś czasie rozgryzłam guziczki fotela i wyjmowanie stolika z pionowego ramienia oparcia po lewej – pokrywę odchyla się i w środku jest składany stolik, ale aby pokrywa się odkryła, trzeba nacisnąć guzik z przodu.
W międzyczasie podano menu napisane w takich eleganckich słowach, że nie sposób spamiętać, więc wzięłam egzemplarz na pamiątkę. Tak na oko to przystawka składała się z łososia i szparagów, jagnięciny, ziemniaków, warzyw, ciastka, owoców, napojów.
Tymczasem dania spisane z karty, którą każdy otrzymuje w języku niderlandzkim i angielskim, nazywały się tak:
Appetiser:
Gravalax with white asparagus
Main course:
Filet of chicken in tarragon gravy
Pan-fried halibut with light curry souce
Hazelnut-crusted lamb medalion
Zdecydowałam się na nr 3, który okazał się pospolitym kawałkiem mięsa. Tak więc wszystko ponazywane jest bardzo szumnie, ale tak w istocie to chemiczne jedzenie linii lotniczych.


 Fot. Press office podczas  ASCO w Chicago (2012)
Fot. Palmer House Chicago
Ciekawym wydarzeniem krajowym było uczestnictwo w konferencji w Pałacu Prezydenckim z okazji 20 lecia medycyny rodzinnej w Polsce
Fot. Akredytacja do Pałacu Prezydenckiego
Poza artykułem o proroczym tytule w Gazecie Lekarskiej Pod tytułem "Rzeczywistość równoległa" opublikowałam   41 artykułów w GdL, 12 w Diabetyku. W 2012 wydałam też powieść „Pocałunek uzależnienia, oto fragment:
Kto surfując po stronach portalu dla lekarzy www.penicilium3x800000j=2,4mln  choć raz w życiu zaznał tego paraerotycznego internetowego uczucia, był w pewnej mierze stracony dla życia w realu.
Jego ciało i umysł ogarniała nie dająca się do końca zdefiniować odlotowa słodycz, rozluźnienie, zapomnienie, niechęć do przerywania ulubionego zajęcia, niedający się opanować zapał do powracania i oddawania się czynności surfowania po ulubionych stronach.
Prądy i fale słodyczy ogarniały organizm surfera, roznosząc się zrazu szybko, ale z czasem powoli i leniwie, bez zbędnego pośpiechu ogarniając wszystkie zakamarki umysłu, ciała i wyobraźni.
Nie tylko roznosiły się słodko, ale powracały w kolejnych falowaniach ze wzmożona siłą, przybierały niczym tsunami – początkowo zdawać by się mogło niewielkie, niewinne podekscytowanie, a im dalej, tym bardziej wszechogarniające i porywające, ba, wręcz wiodące ku zatraceniu, spadaniu w otchłań rozkoszy niemającej nigdy końca, a tym bardziej początku, no i oczywiście środka!
No bo skoro nie było wiadomo gdzie jest koniec, to wyznaczenie innych punktów topografii rozkoszy było z oczywistych względów niemożliwe i nierealne.
W uzależnionym użytkowniku drgały wszystkie mięśnie poprzecznie i podłużnie prążkowane w jednym niekończącym spazmie, a mięśniówka gładka wręcz szalała z rozkoszy. Miocyty ekstrafuzalne słały serię pobudzeń przenoszących się do miocytów intrafuzalnych, wywołując całe serie wyładowań tonicznych. Włókna odśrodkowe gammadynamiczne nie tylko szalały z pobudzenia, ale nawet przejmowały funkcję włókien statycznych, zwielokrotniając siłę doznań. Żadne włókno nie pracowało pod dyktando rozumu, wszystkie niezależnie od ich natury ogarniał spazm za spazmem, orgazm za orgazmem, a stany owe zdawały się nie mieć końca. Orgazm przestał być jakąś ułamkowosekundową figurą literacką, lecz był nigdy niekończącym się huraganem przyjemności.
Oszalałe z nadmiaru paraerotycznych doznań serce gubiło się w rytmach wyzwolonych z bezwzględnej i trwającej od przyjścia człowieka na świat dominacji węzła zatokowego. Wszystkie punkty uśpione i podporządkowane do tej pory dominującym ośrodkom pobudliwości elektrycznej, dochodziły do głosu, oddychały pełną piersią, śląc salwy ekstrasystolii nadkomorowej oraz komorowej. Nawet pobudzenia zablokowane decydowały się zaistnieć – nareszcie mogły dać temu wyraz, że w ogóle są! Ba, nawet te z pobudzeń, które były przewiedzione z aberracją miały szanse na odważne zaistnienie… To było życie!
Każda komórka drgała swoim rytmem, nie tracą ani chwili na zbędny odpoczynek. Wszystko przypominało sambodrom podczas karnawału w Rio de Janeiro, gdzieś w okolicach godziny czwartej nad ranem. Następowała gruntowna i głęboka relokacja sfer erogennych, wszystko mieszało się w niekończącym szale i podnieceniu. Przemieszczenie sfer erogennych stwarzało nowe możliwości przeżyć w miejscach publicznych, bez potrzeby chronienia się w alkowach lub stosowania innych form separacji przed ludzkim spojrzeniem.
Warto było zaznać tych uczuć choć raz w życiu, żeby wiedzieć jak to jest przeżyć odlot wszech czasów. Jednak po pierwszym odlocie szybko przychodziła chęć na następny, kolejny i jeszcze następny… czy to miało się nigdy nie skończyć? trwać do końca świata, a może zgoła przenieść się na reklamowany lepszy ze światów? Tego w początkach portalu nie wiedział nikt, choć wszyscy byli skłonni sądzić, że słodkie chwile nigdy nie będą miały końca…
Uzależniony nieszczęśnik nie miał wyboru – wszystko było podporządkowane porywającym doznaniom oraz dążeniu do przeżycia ich niekończąca się liczbę razy. Przejściowe uczucie sytości pojawiało się gdzieś po dziesięciu godzinach surfowania, ale gdyby tak dokładnie przeanalizować, to chwilowe odejście od komputera było konsekwencja prozaicznych potrzeb, jak zresetowanie pęcherza moczowego czy wypełnienie obowiązków w rodzaju wpuszczeniu psa do domu, który i tak już kończył przegryzanie drzwi wyjściowych.
Nie wiedzieli biedacy, trwający póki co w najsłodszym z upojeń, że wszystko ma swój kres – nawet nadczynność miocytów ekstrafuzalnych. Ale nie uprzedzajmy faktów!
I tak same przyjdą, gdy nadejdzie ich pora…
6.1. Niecodzienne lokalizacje konferencji medycznych
Rok 2013 przebiegał pod znakiem konferencji w niecodziennych miejscach.   W zaproszeniu na jedną z konferencji prasowych podano, że będzie nim gabinet Bolesława Bieruta w gmachu KC PZPR. 
Samo wnętrze historycznego gabinetu Bolesława Bieruta nie robi szczególnego wrażenia – pokoje wysokie, przestronne, meble w postaci stołu konferencyjnego i krzeseł prawdopodobnie z epoki i mała szafa. 
 Fot. Dawny gabinet Bolesława Bieruta
Kilkadziesiąt tomów oprawionych przez introligatora, z nieznaną zawartością.
Przedpokój, pewnie dawniejszy sekretariat, pełni funkcję szatni i pomieszczenia na catering. Potwierdzeniem, że jesteśmy w gabinecie władców epoki PRL są portrety jego niegdysiejszych użytkowników. Stoją sobie niepozorne i nie zwracają uwagi. Hic transit gloria mundi...


 
Fot. Wnętrze historycznego gabinetu z portretami
Byłam też  uczestnikiem konferencji w PAN na temat zdrowia publicznego, zorganizowanej przez prof. Tomasza Zdrojewskiego, który jest nie tylko hipertensjo logiem, ale także znakomitym  specjalistą w zakresie zdrowia publicznego. Był on także organizatorem poprzedniej konferencji na temat zdrowia publicznego w Belwederze.
Fot. Zaproszenie na konferencję do PAN
Innym ważnym wydarzeniem był wyjazd na konferencję  IMI do Brukseli ze względu na śniadanie prasowe z moim ulubionym Noblistą prof. Rolf Zinkernagel, którego wykładu słuchałam w Lindau w 2007 roku.
Fot. Prof. Rolf Zinkernagel podczas śniadania prasowego w Brukseli
Opublikowałam książkę „Algierskie ciasteczka” podsumowującą  pobyty w Algierii
Fot. Okładka książki Algierskie ciasteczka
Podczas pobytu na konferencji  z okazji 20 lecia medycyny rodzinnej, która miała miejsce w Pałacu Prezydenckim zainteresowałam się tą dyscypliną i wybrałam się  jako akredytowany dziennikarz  na kongres WONCA  w Pradze. Kongres jak kongres, natomiast Praga jak zawsze ciekawa!
Odbyliśmy też w 2013 roku drugą podróż do Algierii, a podczas niej dwie bardzo interesujące wycieczki – do Tipazy i do Oranu
Fot. W Oranie zwiedzam zabytkowy meczet
Fot. Taxi w Oranie 

Fot. Meczet, Oran. Algieria (2013)
Fot. Trzy Lwy w Oranie (2013)
Wizyta na ESC w Amsterdamie i praktyczna powtórka z udzielania pierwszej pomocy w nagłym przypadku  w miejscu publicznym dopełniła obraz moich aktywności zawodowych w 2013 roku.
Mijał kolejny rok, a ja nadal nie byłam  w Australii! Dla poprawienia sobie nastroju wybrałam się do Brukseli na warsztaty dla dziennikarzy medycznych na temat transplantologii. Choć jechałam tam bez większego przekonania pobyt okazał się niezwykle interesujący. Dowiedziałam się o wielkiej roli mediów w promowaniu donacji narządów transplantologii. Informacje na ten temat przekazywał dr Rafael Matesanz z Hiszpanii, która ma pierwsze miejsce w Europie w ilości przykazywanych narządów do transplantacji, a także największą ilość publikacji z pozytywnym przekazem na ten temat. Przeglądając zasoby internetowe na ten temat  napotkałam stronę  zbliżającego się kongresu transplantologów w Sydney.
Napisałam do organizatorów prośbę o akredytację dziennikarską oraz złożyłam wniosek on line o wizę  australijską. Poczułam się zachęcona do odbycia podróż teraz właśnie bowiem przepisy australijskie przewidują dla osób po 70 roku życia przedłożenie świadectwa lekarskiego stwierdzającego, że stan zdrowia pozwala aplikującemu na odbycie takiej podróży. Trzeba też oświadczyć, że nie choruje się na gruźlicę ani też nie ma przeszłości kryminalnej. Geografia strachów i fobii wizowych jest bardzo ciekawa - w amerykańskim kwestionariuszu jest pytanie o choroby weneryczne, ale broń Boże o nabyte niedobory odpornościowe nikt nie śmie pytać!
W ankiecie jest też rubryka dlaczego chce się przyjechać do Australii – dziennikarz podróżujący na kongres prezentuje się nieporównanie lepiej niż ciekawa świata emerytowana internistka z Warszawy ; )  – jak to określił mnie pewien młody kolega.
Była to połowa października. Czas płynął, myślałam, że moja aplikacja o akredytację wpadła w jakąś czarną dziurę internetową.
Nieoczekiwanie pod koniec października 2013 nadeszło potwierdzenie  akredytacji na australijskim kongresie. Miła wiadomość, że 1000 AUD /2970 zł za wstęp na kongres nie muszę płacić. A co z wizą? Myślałam, że nadejdzie powiadomienie, ale nie nadchodziło. Kliknęłam więc ponownie na strony http://www.immi.gov.au/e_visa/
i po chwili błąkania się przeszłam na stronę gdzie można sprawdzić status aplikacji. Okazało się, że mam przyznaną wizę na rok, jej termin ważności zaczyna się 21 października i mogę wielokrotnie przekraczać granicę australijską, przebywając za każdym razem 3 miesiące.
Skoro powiedziałam A aplikując o akredytację, B aplikując o wizę, trzeba było zabrać się za pozostałe litery alfabetu czyli rozejrzenie się za biletem i hotelem.
Wybór trasy podróży był łatwy, bowiem Emitares Airlines oferują podróż do Sydney z 1 przesiadką w Dubaju. Koszt biletu 4917 złotych. Do tego dodajemy 225 złotych za polisę ubezpieczeniową na koszty leczenia i inne wydarzenia na łączną kwotę 200 tysięcy euro. Mamy już na karcie obciążenie ponad 5 tysięcy, no ale nikt nie obiecywał że będzie tanio. Faktem jest, że to taniej gdy leciało się z dwoma przesiadkami i koszt biletu wynosił od 6 do 7 tysięcy.
Szukałam na hotelu i okazuje się, że to poważny wydatek. Hotele w centrum  może kosztować nawet 10 tysięcy złotych za 8 noclegów. W tej sytuacji wybrałam wariant hotel przylotniskowy z dojazdem kolejką podmiejską do centrum i na obrady. Wybór padł na http://www.airporthotelsydney.com.au/  3,5 gwiazdki jak piszą o sobie.
Koszt hotelu 805 AUD, co po doliczeniu różnych szachrajskich przeliczników zaksięgowano już na dwa tygodnie przed moim przyjazdem na 2516,64 zł. Daje to koszt 1 AUD 3,12 złotego przy płaceniu kartą, gdy w kantorze kupimy 1 AUD za 2.97 złotego czyli 15 groszy na każdym dolarze pobierają różne harpie świata finansowego. Wniosek z tego, że resztę rachunków lepiej płacić żywymi AUD, bowiem pośrednictwo finansowe w przypadku hotelu kosztuje 125 złotych.
Budżet robi się napięty i postanawiam podratować się  w Lekarskiej Kasie Zapomogowo-Pożyczkowej do której należę od czasów stażu z chorób zakaźnych, który odbywałam w latach 70-tych. Dzwonię do sekretariatu kasy i dowiaduję się, że niebawem będzie posiedzenie zarządu w sprawie przydzielenia pożyczek. Rozmawiam przez telefon chwilę z panią Barbarą  Pierzchałą która razem z panią Teresą Macewicz od wielu lat pracują w sekretariacie kasy zapomogowo -pożyczkowej i dobrze znają wszystkich członków stowarzyszenia. Pani Barbara dopytuje co zdarzyło się od mojej ostatniej wizyty w kasie, czy jeszcze pracuję w szpitalu. Odpowiadam, że nie jest to już moje miejsce pracy, wspominam też o rozstaniu się z jednym z wydawców oraz powstaniu Gazety dla Lekarzy.
Następnego dnia pędzę złożyć podanie o pożyczkę. Na zakończenie wizyty dostaję  na pamiątkę wiersz „Bo wie pan doktor ja staram się wiersz dopasować do człowieka” – powiada pani Barbara.
Wiersz dopasowany do człowieka
Ważnym jest aby mieć zdrowie,
Obok życzliwych ludzi.
Kochać i być kochanym, bo miłość do
Życia nas budzi.
Mieć dystans do bzdur i głupoty,
Które się plenią niby powoje.
Draństwo omijać z daleka i konsekwentnie
Robić swoje.
Wiersz wygląda na wyjątkowo dobrze do mnie dopasowany! Na tydzień przed odlotem postanawiam wybrać się na rekonesans na lotnisko i dopytać się w sprawie bagażu oraz check-in. Wchodzę do hali odlotów na 58 minut przed startem samolotu i ze zdziwieniem znajduję na tablicy ogłoszeń „check-in closed” .
Check-in otwierają na 3 godziny przed odlotem i zamykają na 1 godzinę przed odlotem. Na 1 godzinę najpóźniej zalecają przejście przez security line, bowiem na 45 minut przed odlotem trzeba być pod gate’m. Na 20 minut przed startem pokąd jest zamknięty. Bagaż główny 30 kg, a kabinowy tylko 7 kg jedna sztuka. Nie dozwolone dodatkowe torby z aparatami fotograficznymi czy komputerami. Wymiary bagażu kabinowego 55x38x20 cm.
Tymczasem na kilka dni przed wyjazdem nadchodzi mail od organizatorów kongresu z prośbą o podanie sesji  którymi jestem szczególnie zainteresowana i będę na nich obecna. Ponieważ program kongresu mam już przeanalizowany szybko podaję wykaz 17 sesji moim zdaniem najciekawszych. W odpowiedzi organizatorzy przysyłają propozycje przeprowadzenia wywiadu z 3 profesorami  - mogę wybierać rozmówców. Po naradach strategicznych proszę o zapisanie mnie na wywiad z prof. Jeremy R. Chapmanem, przewodniczącym kongresu.
Fot. Moja australijska badge’a
Gdy już stałam się posiadaczką zarezerwowanego i zapłaconego pokoju hotelowego doczytałam się, że jego recepcja jest czynna do 23:30 – 00:00. Hm… mój samolot ląduje o 22:30. Czy zdążę dojechać do hotelu przed zamknięciem recepcji??? A jeżeli nie zdążę to co zrobię?
Napisałam do www.booking.com zapytanie w tej sprawie. Odpowiedź nadeszła szybko – no, problem poczekają. Miło z ich strony, ale jeżeli samolot będzie miał większe opóźnienie??? Napisałam do hotelu. Odpowiedź również nadeszła szybko. No, problem! Zostawią mi klucz w safe box. Hmm… no dobrze, ale gdzie jest ta safe box i jak się otwiera? Napisałam kolejnego maila. No, problem odpowiedzieli – box jest po prawej stronie przy wejściu donieśli i kod dostępu do niego jest 2012. Fajnie! Pomyślałam a gdybym nie zapytała to czy sami by napisali ten kod dostępu??? Dodali jeszcze, że jak coś się zmieni to mogę ich zawiadomić.
Nic prostszego jak po 24 godzinach lotu dzwonić z polskiej komórki na stacjonarny telefon w Australii i gawędzić płacą około 8 złotych za minutę rozmowy! Na szczęście zdążyłam dojechać taksówką z lotniska przed zamknięciem hotelu.

Fot. W Sydney kupiłam sobie prepaida
Przemieszczając się  międzykontynentalnie udało mi się opublikować 40 artykułów w GdL, 12 w Diabetyku oraz jeden w piśmie Gabinet Prywatny.
6.2. Rozpoczynam współpracę z mediami kolorowymi ( 2014) 
Początek sympatycznej współpracy z mediami kolorowymi

Fot. Odpowiadam na listy
Rok rozpoczął się też publikacją książki „Gorączka złota”. Oto fragment tej powieści. 

Rozdział 10
Z pamiętnika małego trybika
Miesięcznik „Modne Diagnozy” rósł w siłę i potęgę. Aby zdobyć jeszcze większą popularność, postanowił zorganizować konkurs literacki dla czytelników. Temat brzmiał „Moja troska. Moje powołanie”, a zadanie polegało na opisaniu, jak lekarze Sarmalandii wychodzą naprzeciw potrzebom pacjentów, oczekiwaniom władzy oraz wymaganiom płatnika. Pierwsze miejsce jednogłośnie przyznano autorce pamiętnika „Pomocna dłoń ze szklanką wody”. Oto zwycięska praca.
Motto:
„Lepiej kamienie nas szosie tłuc
Jeżeli chcieć, nie znaczy móc”
Była godzina 7.01, gdy energicznym krokiem weszłam do budynku POZ, czyli Przyjacielskiej Opieki Zdrowotnej. Pod drzwiami mojego gabinetu stała spora grupka potrzebujących natychmiastowej pomocy. Tak na oko jakieś 150 osób. Powitałam ich z uśmiechem oraz najszczerzej i z głębi serca przeprosiłam za moje skandaliczne spóźnienie. To w końcu 60 tysięcy milisekund! Tak długi czas oczekiwania może być zabójczy dla schorowanego człowieka z katarem, zaparciem lub innym stanem nagłym czy ciężkim. Wygłosiłam słowa szczerej samokrytyki, obiecałam niezwłoczną poprawę i złożyłam wyjaśnienie na temat przyczyn mojego opuszczenia się w pracy. Dziecko marudziło i nie chciało pod przedszkolem rozstać się ze mną. Zostawiłam je samo pod drzwiami tej placówki pedagogicznej, w końcu musi się nauczyć, że nie jest najważniejsze w moim życiu. Ma trzy i pół roku – to już duże chłopisko i powinno być samodzielne! Na mnie czekają pacjenci, tacy bezbronni, niezaradni i tylko ja mogę im przyjść z pomocą! Nie powinnam lekceważyć pracy, zobowiązań, podpisanych kontraktów.
Po złożeniu samokrytyki podałam każdemu pacjentowi rękę na przywitanie. W ferworze szejkhendów w pierwszej chwili nie zauważyłam, że jeden pacjent miał gips na kończynie górnej. Chciałam schwycić drugą kończynę i, co za pech, ta też była zagipsowana! Uznając za swą bezwzględną powinność uściśnięcie kończyny każdego pacjenta na powitanie i przez to zainicjowanie empatycznej więzi duchowej, bez chwili wahania pochyliłam się ku kończynom dolnym zagipsowanego na górze oczekującego i serdecznie je uścisnęłam. Gest ten spodobał się pacjentom, a i ja miałam bonus dla moich nozdrzy, które długo jeszcze wibrowały po zetknięciu się z aromatem ściskanych kończyn, dolnych w szczególności.
Ponieważ biedaków czekało dłuższe oczekiwanie na bezwzględnie należne im świadczenie, które mieli zrealizować w gabinecie, postanowiłam umilić czas zaserwowaniem szklanki wody każdemu z moich miłych podopiecznych. Wbiegłam do gabinetu, przebrałam się w strój służbowy i rzuciłam okiem na lustro, czy wyglądam w nim dostatecznie profesjonalnie. Do twarzy mi było w tym mundurku w szerokie pasy biało-czarne, oj, do twarzy! Następnie chwyciłam za saturator i wyjechałam z nim na korytarz, aby podać terapeutyczną szklankę wody oczekującym. Od roku mamy ten gest w katalogu obowiązków lekarskich. To taka nasza symboliczna troska, wymyślona przez dział sprzedaży usług lekarskich i marketingu. Nalewając jednym spragnionym wodę czystą, innym wodę z sokiem, zauważyłam, że ktoś pstryknął mi zdjęcie. Pomyślałam, że pewnie na pamiątkę miłego tu pobytu.
Szybko uwinęłam się z nawodnieniem kolejki i ruszyłam z kopyta do pracy szeregowego świadczeniodawcy usług lekarskich dla naszych miłych odbiorców. Poprosiłam ciepłym głosem pierwszego oczekującego przez odczytanie jego peselu. Tak właśnie, peselu, bo przecież nie mogę tak bezceremonialnie łamać prawa do ochrony danych osobowych naszych milusińskich, wywołując ich po imieniu i nazwisku. W końcu nawet gdy siedzą pod gabinetem schorzeń przenoszonych drogą [cenzura! ], to jeszcze nie musi oznaczać, że mają cokolwiek wspólnego z tymi chorobami. Mogli przyjść na wizytę ot tak, aby sprawdzić, czy ja się znam na tym, co robię, albo po prostu wykorzystać należny każdemu abonament. Rozumiem te prawa i je szanuję oraz akceptuję w całej rozciągłości.
Do gabinetu wszedł pierwszy świadczeniobiorca. Podkręciłam temperaturę mojego ciepłego głosu do jakichś 41oC i zapytałam:
– Proszę powiedzieć, co panu dolega?
Pacjent spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem wymagającego partnera w procesie diagnostyczno-terapeutycznym i stwierdził tonem nieznoszącym sprzeciwu:
– To pani powinna wiedzieć, co mi jest, chyba od tego tu pani jest!
Przeprosiłam go najuprzejmiej jak potrafiłam:
– Proszę wybaczyć, to odruch i przyzwyczajenie z epoki słusznie minionej, w której takimi słowy zaczynaliśmy rozmowę z pacjentem. Przez to karygodne moje spóźnienie zapomniałam, że teraz obowiązuje Medicina Nova, Niech się Stara Schowa (MNNSS). Zaryzykuję diagnozę, że schorzenie pańskie jest zlokalizowane poniżej przepony, czy tak?
– Tak czy siak, gadaj pani dalej – stanowczo odpowiedział świadczeniobiorca.
– Czy między nogami? – zapytałam ujmującym głosem.
– Bingo, he he he – odpowiedział dowcipnie partner procesu diagnostyczno-terapeutycznego.
– Heeehhhheeee – zareagowałam odruchowo, olśniona jego błyskotliwym poczuciem humoru. – W takim razie jeszcze doprecyzuję, czy pan szanowny oddawał się uciechom pozamałżeńskim?
– Ślubu z panią nie brałem i nie będę się spowiadał. U pani to się można wściec! – skarcił mnie świadczeniobiorca.
– No dobrze, już dobrze, dobrze, proszę się nie denerwować. Ludzka rzecz oddać sie uciechom. Będę musiała panu zaordynować antybiotyk. Do wyboru w karcie dań na schorzenie nabyte drogą pozamałżeńską mamy kilka antybiotyków. Oto lista. Co pan szanowny sobie życzy?
– A co jest najsmaczniejsze i co pani poleca? Tylko ma mi być refundowane!
– A czy ma pan dowód ubezpieczenia zdrowotnego? – zapytałam może trochę nieroztropnie.
– Nie pani interes – rzucił elegancką ripostą świadczeniobiorca.
– No już dobrze, dobrze, ja tylko tak pro forma pytam, bo mam w ankiecie. Jak by się okazało, że pan nie ma ubezpieczenia, to chętnie zapłacę. W końcu od tego tu jestem.
Szybko wypisałam recepty, a na oddzielnej karteczce podałam numer mojego konta, tak na wszelki wypadek, żeby kontrola z Narodowego Brata Płatnika wiedziała, do którego banku wysłać fakturę za koszty kuracji, gdyby okazało się, że status ubezpieczeniowy odbiorcy moich usług jest trochę nie ten teges.
Następny świadczeniobiorca miał podwyższone ciśnienie krwi i potrzebował powtórzenia leków.
– Jakie leki pan bierze? – zapytałam dla nawiązania rozmowy.
– To pani nie pamięta???! – słusznie się obruszył.
– Przepraszam, najmocniej przepraszam! To ciągle te moje przyzwyczajenia prowadzenia rozmowy w starym stylu. Muszę się poprawić, chyba zapiszę się na jakiś kurs podyplomowy z zakresu Medycyna Empatyczna XXI wieku. Tak, widzę, że muszę tak zrobić.
– No, coś pani oporna jest na tę medycynę nakierowaną na świadczeniobiorcę. W końcu wykształciliśmy was za nasze podatki, utrzymujemy wasze placówki, a wy jakoś nie możecie zrozumieć, że to jest inna epoka.
– Obiecuję najmocniej poprawę, zapewniam.
Potem wszedł trzeci, czwarty, kolejny i ani się obejrzałam, wszedł sto pięćdziesiąty. Szybko zleciało! Wypełniłam jeszcze 117 rubryk dla płatnika, dopisałam pełne kody rozpoznań ICD 10, podstemplowałam dokumentację papierową i podpisałam się elektronicznie podpisem kwalifikowanym, który z przyjemnością wykupiłam za kilkaset reali wirtualandzkich, aby moje sprawozdania nie budziły najmniejszych wątpliwości co do ich autentyczności.
Już miałam się zbierać po odbiór dziecka z przedszkola, gdy zadzwonił telefon od wicemenedżera ds. kontaktów z Narodowym Bratem Płatnikiem. Podniosłam słuchawkę bez najmniejszej zwłoki i zameldowałam się zgodnie z przepisami:
– Świadczeniodawca o numerze PWZ 243547 melduje się do dyspozycji szefostwa. Co mogę zrobić lepiej i wydajniej?
– Spocznijcie, koleżanko.
– Dziękuję za tę życzliwość, pani dyrektor.
– Mam tu jedną nieprzyjemną sprawę, która poważnie rzutuje na całą naszą placówkę i to niestety jest przez was.
– Słucham, pani dyrektor, jak mogę to naprawić i o co chodzi, jeśli mogę zapytać nieśmiało.
– Pamiętacie jak dziś wykonywaliście poranny obchód w celu nawodnienia świadczeniobiorców?
– Tak, oczywiście. Wprawdzie spóźniłam się aż 60 tysięcy milisekund, ale szczerze za ten występek wszystkich cierpiących przeprosiłam.
– Nooo, to dobrze, ale tu jest inna sprawa. Nalewaliście wodę z saturatora i jedna z osób w kolejce zrobiła wam zdjęcie, czy tak?
– Tak, myślałam, że na pamiątkę, że tak miło i sympatycznie.
– Myślicielka od siedmiu boleści z was! To była kontrola z Narodowego Brata Płatnika realizowana w formule „tajemniczy świadczeniobiorca”, a zdjęcie jest dowodem w sprawie. Okazuje się, że nalewaliście 95% pojemności kubka, a my w opisie oferty podaliśmy, że zapewniamy 100% nawodnienia. No i teraz nasza oferta jest uznana za niezgodną z tym, co jest w rzeczywistości. Kara sięgnie 33% kontraktu…
– Pani dyrektor, biorę wszystko na siebie. Proszę potrącić z mojej pensji. To moja wina, bardzo wielka wina. Nikt inny nie może ucierpieć finansowo z tego powodu. Obiecuję poprawę. Właśnie zamierzam zapisać się na kurs podyplomowy Empatyczna Medycyna XXI wieku.
– Nooo, żeby mi to było ostatni raz – oznajmiła życzliwie pani menedżer.
– Obiecuję, pani dyrektor, przecież wiem, że jestem tylko małym trybikiem w wielkiej machinie niesienia pomocy naszemu świadczeniobiorcy. Wiem, ile pracy ma menedżer generalny, jego sześciu zastępców, cała rada nadzorcza. Pokornie proszę o wybaczenie.
– Wybaczam, wybaczam – oznajmiła pani menedżer.
Kamień spadł mi z serca. Szybko pojechałam do przedszkola. Syn był ostatnim dzieckiem do odbioru, ale co tam! Najważniejsze, że dziś nikogo nie zawiodłam w mojej pracy i dałam z siebie wszystko, a może nawet więcej niż wszystko. Tak myślę, że taka kara za niedolewki wody w kubkach to chyba na jednej pensji się nie skończy. Ale to drobiazg, malusi drobiażdżek wobec wielkiego dzieła, w realizację którego jestem zaangażowana.
Zawsze i wszędzie pamiętam, że jestem tylko małym trybikiem w wielkim dziele niesienia pomocy naszym drogim świadczeniobiorcom.


Konkurs spotkał się z uznaniem Ministerstwa Wyłącznie Dobrych Decyzji, a szczególnie idea nawadniania pacjentów. Z uwagi na załamanie budżetowe z powodu epidemii recept refundowanych rozpoczęto intensywne propagowanie hydroterapii w różnych jej formach. Minister Bartolomeo Karierra-Nieuwierra nie omijał żadnej okazji, aby promować tę metodę leczniczą. Zaproszony do stacji telewizyjnej To-Nie-Ten tak opowiadał o hydroterapii:
To-Nie-Ten: – Panie ministrze, jak powinni lekarze troszczyć się o pacjentów?
Minister: – Oooo, to bardzo proste, często wystarczy zwykły ludzki gest.
To-Nie-Ten: – Jaki gest, panie ministrze, proszę jaśniej.
Minister: – Wystarczy podać SZKLANKĘ WODY!
To-Nie-Ten: – Ale kiedy należy podać tę szklankę wody: przed wizytą u lekarza, po wizycie, w trakcie?
Minister: – ZAMIAST WIZYTY, redaktorze!!! ZAMIAST!!! Przecież to oczywiste! Woda ma wiele cennych właściwości, przede wszystkim wypłukuje chore żądze skorzystania z naszego wspaniałego systemu! Ponadto uspokaja. A gdyby komuś nie pomogła szklanka wody zamiast wizyty u lekarza i nadal niepokoił się swoim stanem zdrowia, to może kupić sobie bardzo dobre tabletki dostępne bez recepty, nazywają się Nastrach. Sam je biorę, gdy idę na dywanik do szefa, i bardzo dobrze się czuję po nich.
To-Nie-Ten: – Panie ministrze! Ale czy to nie jest niedozwolona reklama leku przez lekarza, którym pan ciągle jest?
Minister: – Jestem lekarzem, gdy leczę pojedynczego pacjenta, ale w mojej obecnej pracy leczę „My, naród” i to jest posłannictwo! To chyba oczywiste, że muszę dbać o interesy moich przełożonych, a przybliżenie tego, jak przygotowuję się do wizyty u szefa nie jest niczym niestosownym.
To-Nie-Ten: – No oczywiście, jak mogliśmy zapomnieć, że pan minister jest tu jeden, ale w dwóch osobach, to zupełnie coś innego. Dziękujemy za te cenne informacje. A teraz, proszę państwa, pora na reklamę tabletek, które pomagają wszystkim, nawet ministrom.
Sponsorem audycji była firma WODĘ LEJĘ I MAM NADZIEJĘ
oraz producent tabletek uspokajających Nastrach.
 Chyba w ramach gorączki podróżniczej ruszyłam do Phoenix na konferencję edukacyjną dla pacjentów o chłoniakach.
Fot. Zbliżamy się do Detroit
Do Phoenix leciałam z przesiadką w Detroit, które okazało się przyjaznym lotniskiem dla podróżujących dalej.
Fot. Seminarium w Scottsdale, Arizona
Obrady odbywały się w Scottsdale, gdzie musiałam dojechać taksówką z Phoenix. Koszt w obie strony wynosił 100 usd.
Okazał się to bardzo ciekawy rodzaj konferencji ! Zmieniają się czasy i obyczaje bardzo szybko, bo już  w 2017 uczestniczyłam on line w takiej konferencji edukacyjnej dla pacjentów z guzami neuroendokrynnymi.
Brałam ponadto udział w audycji TVP na temat diety z ograniczeniem soli
Uczestniczyłam też w konferencji IMI w Brukseli  o komórkach macierzystych
Podsumowaniem udziału była refleksja, że odnośnie zastosowania komórek macierzystych w medycynie praktycznej jest ciągle więcej nadziei niż faktów.
Fot. Odpowiadam na listy czytelniczek
Ważnym wydarzeniem było rozpoczęcie współpracy z mediami popularnymi takimi jak Chwila dla Ciebie, Życie na Gorąca. Graficy wydawnictwa Bauer pięknie udoskonalili moją fotografię kreując wizerunek „redaktor Dziuni”.
Fot. Oto redaktor Dziunia
Dodano intensywniejszą szminkę oraz bardziej brązowe tęczówki, fotoshop nie jedną rzecz potrafi!
Za całokształt aktywności związanych z promocją diety z ograniczeniem soli otrzymałam  dyplom World League of Hypertension.
Fot. Dyplom uznania World Hypertension League
Promocja diety z ograniczeniem jonu sodowego obejmowała pisanie artykułów, udział w akcjach edukacyjnych, udzielanie wywiadów w mediach, a także współpraca z World Action on Salt and Health (WASH). Na łamach Gazety dla Lekarzy tłumaczyłam na język polski oraz zamieszczaliśmy ich plakaty edukacyjne w kolejnych latach z okazji Światowego Tygodnia Świadomości Solnej.
Druga konferencja europejska w której brałam udział dotyczyła  HIV/AIDS. Przy okazji zobaczyłam  Akropol -  jedynie z okien autobusu dowożącego nas na obrady. Na żywo udało mi się natomiast obejrzeć zmianę warty pod ateńskim parlamentem.
Fot. Miejsce obrad Instytut Pasteura w Atenach
Udzieliłam też wywiadu dla TVP Info w plenerze, a dokładniej na trawniku przy Placu Narutowicza.

6.3. Ponownie Paryż! (2015)
Rok 2015 umocnił moje zainteresowania pediatrią jako babci dwojga wnucząt. Tak pisałam na moim blogu:
Od czasu kiedy zostałam babcią dwojga wnucząt nie tylko częściej przebywam w towarzystwie pediatrów, ale co więcej nabyłam stetoskop do badania dzieci i  zbadałam mojego wnuka – niemowlaka. Udało się! Nie ukrywam, że było to spore wyzwanie dla internisty nawykłego do badania zdecydowanie bardziej dorosłych pacjentów. Diagnoza, że wszystko jest w porządku i że niemowlak może odbyć podróż lotniczą była trafna i ten pierwszy sukces zachęcił  mnie do dalszego zajmowania się pediatrią w różnych mniej konwencjonalnych formułach.
Badanie odbyło się przed podróżą lotniczą Henia do Paryża.


Fot. Henio po badaniu usnął
Miałam pełne ku temu formalne prawo bowiem wcześniej odbyłam wizytę  w OIL w celu aktualizacji dokumentacji pozwalającej na utrzymanie aktywnego prawa wykonywania zawodu lekarza.
Podsumowałam na fotoblogu moja obecność na front page
Fot. Moje zdjęcie na front page www.photoblog.com
Przygotowałam się solidnie do roli babci wyjeżdżając wcześniej do Paryża i Lille w celu poznania Hopital Necker oraz zrobienia wywiadu z prof. Frederickiem Gottrandem.
Fot. Wizyta w Hôpital Jeanne de Flandre – Unite de Gastro-Entérologie, Hépatologie et Nutricion Pédiatriques w Lille
Ryc. Prof.F.Gottrand, wielce zasłużony lekarz dla organizacji opieki nad dziećmi z atrezją przełyku
 Krajowym wątkiem związanym z  przygotowaniem się do roli  babci było uczestnictwo   dwóch konferencjach o laktacji w Warszawie
podczas której poznałam dr hab. Marię Wilińską doświadczonego neonatologa oraz bardzo życzliwą koleżankę. Inni poznani w tym okresie znakomici chirurdzy to prof. Ewa Sawicka oraz dr Klaudia Żak, które przeprowadziły operację atrezji przełyku u naszego wnuka Henia, w Klinice Chirurgii Dzieci i Młodzieży IMiD w Warszawie.   
  
Fot. Hotel Miguel Angel w Madrycie
Podsumowaniem tematyki transplantacyjnej było uczestnictwo w konferencja ACCORD w Madrycie
Wkrótce  powróciłam  do Paryża z misją Dziadkowie bez Granic, odwiedzając przy okazji dwa ciekawe miejsca  Henri Cartie Bresson Foundation oraz restaurację Le Grand Colbert. 
Fot. Nasza rodzina - rysunek Helci
Interesująca była kolejna misja Dziadków bez Granic w grudniu  z uwagi na koncert kolęd w wykonaniu polskiego chóru oraz wspólną kolację wigilijną z oraz Nowy Rok na Polach Elizejskich.

Fot. Marta Florea w Pakistanie
Pomiędzy koncertami, lepieniem pierogów a byciem Babcią Polką  wspierałam  dr Martę Florea w jej staraniach o wyjazd na misję do Pakistanu z Lekarzami bez Granic (MSF). Dyskutowałyśmy strategię ubiegania się o wyjazd, pisałam jej rekomendację, analizowałyśmy różne okoliczności.  Gdy Marta wyjechała na 3 miesięczną misję, byłam akurat w Paryżu, więc kontynuowałyśmy rozmowy poprzez  Skype’a.

W 2015 roku opublikowałam  59 artykułów w tym 46 w GdL.
6.4. Na międzynarodowych salonach
Rok 2016 był chyba najbardziej międzynarodowym z całej mojej kariery. Pisanie tak jak ziewanie bywa zaraźliwe i udzielające się. Z czasem do grona piszących osób w naszej rodzinie dołączył mój mąż, który wyspecjalizował się w pisaniu wierszy na imieniny, urodziny oraz specjalne okazje/
Ryc. Imieniny naszej wnuczki Helci, Warszawa (2015)
Niestety nie zdobył on jednak uznania szerokich rzesz słuchaczy w rodzinie, Przyjechaliśmy na imieniny Helci z prezentem i wierszem, gdy Dziadek zaczął czytać Helcia krzyknęła „żadnych wierszy” – stąd nasze wesołe minę.
Fot. Imieniny Helci, wręczanie prezentu i odczytywanie wiersza dla Jubilatki, która woła "żadnych wierszy" i z powodu tego okrzyku mamy takie wesołe miny

Przy okazji nasza wnuczka Helcia narysowała portret całej rodziny, dodając nam laseczki. Zapytana dlaczego dostaliśmy takie wyposażenia oznajmiła:
-No wiesz dziadek z babcią muszą się czymś różnic od rodziców.
I ani się obejrzeliśmy a nasz wnuk Henio skończył rok. Wydaliśmy z tej okazji Przyjęcie Bagietkowe
Fot. Przyjęcie Bagietkowe z okazji pierwszych urodzin Henia

Wkrótce potem ponownie pojechaliśmy do Paryża aby przekazać naszej córce Katarzynie legitymację Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Ważnym wydarzeniem było uczestniczenie w Dniach Otwartych Hopital Necker. Pod  znakomitą opieką dr Veronique Rousseau
 pozostaje nasz wnuk Henio. Zwiedziłam salę operacyjną oraz szpital dla pluszaków, w którym miś Helci miał założony gips!
W dniu 3 czerwca 2016 roku niezwykle ważny dzień w mojej karierze dziennikarskiej. Zostałam zaproszona do pisania felietonów na amerykańskim / globalnym portalu Sermo.
Ryc. Logo felietonistów Sermo
Nie miałam pojęcia, że potrafię pisać prozą i to po angielsku ; ). Nie dość tego jeszcze mi za to płacą.

Fot. Przyjęcie z okazji pierwszej rocznicy na Sermo
Po przedstawieniu się międzynarodowej społeczności lekarzy zostałam poproszona o udzielenie wywiadu dla Sermo. Jest on dostępny pod linkiem (dostęp tylko dla lekarzy)
What year did you begin practicing medicine?
1968
What medical school did you attend?
Akademia Medyczna in Warsaw, Poland.
Why did you choose this career/specialty? Do you have a special story to share?
I started my postgraduate internship in internal medicine. As a diligent person, I really applied myself to the work, this attitude was noticed by my mentors and they offered me to continue training within the specialization in internal medicine and then start doctoral studies in cardiology.
What’s your most memorable case – could be one that stumped you, one that saved a life, took the longest to diagnose…
My memorable case... a young man, a journalist representing the technical press, with peptic ulcer disease and gastrointestinal bleeding, whom I examined in the emergency room almost 40 years ago. I have this patient before my eyes every day until today... this is my wonderful husband Francis.
The Polish Code of Medical Ethics states that a physician cannot exert on a patient any other influence than the therapeutic one, and I obviously had this other influence ; ) …  or… maybe it was a therapeutic effect - peptic ulcer disease was cured and has not returned during 40 years of observation. It's a very long remission ... on reflection, I think it was a therapeutic effect consistent with the code of medical ethics : )
You shared with the community that you have an impressive home library including a collection of 40+ editions of The Little Prince from around the world. How did this collection start? Do you have a personal favorite edition?
The first book from my collection I bought in 1969. I was then a 24-year-old girl, and I was in the first year of my work as a doctor.
End of medical studies, first job, new colleagues, choice of specialization – it is a time when a young person is looking for ways of life. I read The Little Prince many times at that time, I underlined many passages that impressed me. The excerpt that has made the biggest impression on me was:
“People haven’t time to learn anything. They buy things ready-made in stores. But since there are no stores where you can buy friends, people no longer have friends. If you want a friend tame me!”
The first copy has numerous underlined sections of text that I liked most. I looked at it now again, and I like invariably the same passages.
I love this copy with historical love, but I also like a rare edition in Arabic, notably the dialect used in Algiers, where I went twice.
I have a lot of fondness for a copy in Korean, bought during a trip to Seoul. In fact, each copy has its own sentimental story.
What do you think is the biggest public health challenge that your country faces?
Poland has 2 doctors per 10,000 inhabitants, it is the lowest rate in Europe. This is due to two main factors - small number of medical students and the emigration of Polish doctors to other countries.
16 years ago a reform of health care based on the concept of Diagnosis Related Groups (DRG) was started in Poland. It came from the US and other European countries. The creators of this theory are Robert B. Fetter and John D. Thompson of Yale School of Management, so a business university. The rationale for the creation of this concept was to facilitate accounting of expenditures and control the actions of doctors. Could there be anything more absurd than having medicine management based on a desire to make life easier for accountants and controllers ???
What’s the most absurd thing that a patient has ever asked you?
I worked in a clinic specialized in the treatment of patients with hypertension.
My longtime patient asks me for a prescription. Searching for his medical history, I ask: what medications are you taking?  Mr. X replies: Doctor! How is it possible that you don’t remember what medications I am taking ??? I didn’t remember. Shame on me ; )
What are some of your favorite hobbies? How do you unwind or relax from your work?
Traveling and planning a round the world trip. Photography. I'm a photoblogger since 2007.
Do you have a favorite photograph that you’ve taken?
If you could meet one other SERMOan in real life, who would it be?
I would love to meet DocLMG, Enbastet, Sreade, Beachdaze in real life – very friendly to me. I would love to meet Gynosaurus my colleague from the internet forum for Polish physicians, he was very helpful to me in difficult times of my life. Thanks Gyno, I will always remember.
I'd love to meet all other Sermo community fellow columnists and talk about their passion for writing, because I think they all have such passion. I would also like to meet Bailey from the Sermo Team.
What is your proudest moment in your medical career so far?
I work in two professions – as a doctor (48 years of practice) and medical journalist (16 years of practice). I have a specialization in internal medicine, as well as a Ph. D. in cardiology obtained in 1974, so I'm one of the pioneers of echocardiography in my country. I also have a Specialist Diploma of the European Society of Hypertension. I am a passionate advocate of healthy lifestyle. In 2014 I received the World Hypertension League Award for Notable Achievement in Dietary Salt Reduction at Population Level. I feel fulfilled as a doctor.
The moments in which I received all the medical titles and diplomas are undoubtedly a source of pride, but I'm most proud of my career as a medical journalist. I began to pursue a journalistic career when I was 55 years old.
If you could travel to one other country to practice your specialty, which country do you think would need your services the most?
At the moment, I’m more fascinated with the work of a journalist, in particular presenting issues related to telemedicine. It brings not only a lot of opportunities, but also no less threats of which we are not always aware - both doctors and patients.
I would like to improve my journalistic (also photographic) skills in the United States. I had the opportunity to work as a journalist accredited to annual conferences such as the American Heart Association, American College of Cardiology, the American Society of Clinical Oncology. I dream of journalistic training in the United States and to give a chance for the fulfillment of my dreams, I sent an application for the Nieman Foundation Fellowship.
Keep your fingers crossed for me!
If you were stranded on a deserted island, what 3 things would you bring with you and why?
A computer with Skype and a source of energy, so that I can connect every day with my husband in Warsaw and my daughter and grandchildren in Paris.
A smartphone - in case if Skype doesn’t have a connection
A set used for brewing and a few yerbamate packs - it's been my favorite drink since my trip to Argentina in 2008.
Let’s play 2 Truths and a Lie with the community, where you tell us 3 things about yourself, one of which is NOT true. The community will guess which one is the lie. What are your 3 “facts”?
#Dr Mimax2 doesn’t have a driving license or a car, moreover she’s never had either, she moves in space only by trams and planes.
#Dr Mimax2 dances tango masterfully with her husband, she’s mastered this art while in Argentina
#Dr Mimax2 is left-handed
Wywiadowi towarzyszy ankieta na którą odpowiadają członkowie forum

Kolejny pobyt (sierpień 2017) w Paryżu połączony był miłą uroczystością 10 lecia ślubu naszej córki Katarzyny z Maciejem. Rocznice obchodziliśmy w słynnej restauracji Le Grand Colbert.
W ramach nieodrywania się od życia krajowego zwiedziłam ciekawą salę konferencyjną Zebra Tower, gdzie z dwunastego piętra zrobiłam kilka zdjęć
Udzieliłam też wywiad dla TVP Info
oraz Polskiego Radia 24
Kolacja wigilijna z kolegami z Sermo  była wzorowana na Przyjęciu Bagietkowym
Byłam też w Senacie na konferencji poświęconej problemom ochrony zdrowia
Fot. Na konferencji w Senacie RP
Ponadto rozpoczęłam współpracę jako felietonistka w miesięczniku Puls Okręgowej Izby Lekarskiej  w Warszawie. 

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział siódmy

Rozdział 7.  Spotkania i Jubileusze Rok 2017 rozpoczął się pod znakiem jubileuszy, spotkań i nowych aktywności mediowych, którymi by...