sobota, 13 maja 2017

Pocałunek uzależnienia - odcinek drugi

Rozdział 2: Niepokojące ubytki kadrowe

W tej nieprzyjaznej sytuacji trzeba było szukać innych przestrzeni życiowych. Ponieważ kto szuka nie błądzi, a bywa też, że i znajduje, doktorzy z czasem znaleźli rozwiązanie swoich problemów. Bo czyż można było dalej egzystować przez całą dobę w takim świecie nieprzyjaznym, wrogim, awanturującym się, roszczeniowym, podstępnym, co tu dużo mówić – niewdzięcznym, bez próby poprawy własnego losu?
Gdy doktorzy zaczęli owo tajemnicze rozwiązanie intensywnie wcielać w życie niespodziewanie okazało się, że prawdziwe ubytki lekarzy są głębsze niż wskazywałyby prognozy największych pesymistów.
Początkowo władze szły w zaparte i negowały zmniejszanie się liczby lekarzy, potem sugerowały, że ubytek jest niewielki. Nawet twierdzono, że wyemigrowani doktorzy szybko powrócą na ojczyzny łono, bowiem są niezdarami, nie potrafiącymi utrzymać się na powierzchni konkurencji poza granicami kraju. W dodatku będąc pozbawionymi czułej opieki krajowych organów administracyjnych zagubią się jak dzieci we mgle. Niezależnie od komunikatów prowadzono staranne analizy mające na celu oszacowanie jak głęboki jest rzeczywisty niedobór doktorów w kraju. Porównywano liczby wydanych zaświadczeń o prawie wykonywania zawodu z nieobsadzonymi etatami, ale coś się w obliczeniach nie zgadzało.
Wszystkie cyferki sumowane najwyraźniej wykazywały, że poza tym co figurowało w rubrykach, a tym co było w realu, istniała jakaś niezidentyfikowana czarna dziura. Sfery administracyjne dziwiły się niepomiernie wynikami tych analiz, ale nie doktorzy.
Ubytki kadrowe coraz bardziej dotkliwe stały się widoczne nawet gołym okiem, ba, nawet okiem cierpiącym na zaawansowaną zaćmę! To było wprost nie do zniesienia, że na operację halluxów przychodziło czekać dwa lata, a łagodne katary ze stanami podgorączkowymi nie były przyjmowane całodobowo przez pogotowie dojeżdżające do domu zakatarzonego z pełnym wyposażeniem reanimacyjnym! Cierpienia te były wprost nie do wytrzymania dla wrażliwych mas wyborczych, nawykłych do wysokiego poziomu zalotów polityków oraz mnogości obietnic. Stan taki  stawał się coraz bardziej uciążliwy także dla władzy, a ponieważ kolejne wybory nadciągały w cyklicznym i nieuchronnym tempie, konieczne były szybkie działania naprawcze.
Było jasnym iż trzeba było przystąpić do energicznych poszukiwań doktorów, odnaleźć uchylających się od realizowania boskiego daru powołania i ubrać ich w kamasze oraz wojskowe mundury.
Na poufne zlecenie władz administracyjnych International Geographical Society zorganizowało wyprawę naukowo-badawczą w celu odnalezienia lądu na którym żyją zbiegli z kraju doktorzy. Nieustalona lokalizacja sporych grup zaginionych lekarzy niepokoiła władze wszystkich szczebli i odmian. Nie dość, że niezadowolenie obywateli narastało, to dodatkowo władze nie mogły sprawować nadzoru nad lekarzami. Co więcej nie można było wyznaczać metod postępowania, znakować i narzucać sposobu myślenia doktorom, a tu już było naprawdę nie do zniesienia.
Początkowo ktoś rzucił podejrzenie, że zaginieni lekarze żyją w górnym biegu dorzecza Amazonki, pomiędzy jej dopływami Putumayo i Napo, swobodnie przemieszczając się między Peru i Kolumbią. Inni badacze podejrzewali, że doktorzy utworzyli plemiona wędrowne w Chile, częściowo osiadłe prawdopodobnie także na Wyspie Wielkanocnej. Nie znając dokładnej lokalizacji sporej w końcu grupy ludzi na powtarzające się pytania dziennikarzy gdzie żyją zaginieni lekarze, władze administracyjne odpowiadały ło tam wykonując szeroko zakrojony ruch ręką na horyzoncie.
Ale czy wymachiwaniem dłonią na horyzoncie w nieokreślonym kierunku można było odpędzić od wszystkich pytających żurnalistów z ich nieopanowaną dociekliwością? Wiadomo było, że konkretnych odpowiedzi trzeba będzie udzielać już niebawem i to świetle jupiterów na konferencjach prasowych organizowanych w najlepszym czasie antenowym.
Wymachiwaniem kończyną górną to można było opędzić się od komara, i to nie od każdego, ale od dziennikarza??? Władza wiedziała to lepiej niż ktokolwiek inny. Nikt nie miał wątpliwości, że doktorów trzeba odnaleźć, no i sprowadzić na … ziemię.

W niewielkiej kuchni małego mieszkanka na czwartym piętrze unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy. W tle spiker radiowy przepytywał zaproszonego do studia gościa z oczekiwanych tego dnia skandali na tle politycznym. Gdy po raz piąty usiłował wydobyć prognozę z udręczonego rozmówcy w kwestii kto dziś ustąpi ze stanowiska rządowego, doktor Matylda Przekora zdecydowanym ruchem zamknęła radio.
– Dlaczego zgasiłaś? – mruknął z nad gazety Franek, w owych latach jeszcze szeregowy konsument gazet, nawet nie przeczuwający co w nadchodzącej przyszłości przyniesie mu los.
Ścieżka dźwiękowa radia wypełniała mu przestrzeń i czas od świtu do nocy, z krótką przerwą na czas przebywania pod prysznicem. Program radiowy był potrzebny do normalnej egzystencji w stopniu nie mniejszym niż powietrze. Dodanie do wiadomości radiowych lektury gazety codziennej czyniło rzeczywistość doskonałą.
O, patrz, komuś dziękują za leczenie… o rany, aż siedemnastu doktorom! – zawołał.
– Gdzie? – zapytała Matylda.
– W nekrologu – obwieścił Franek.
– Aż tak dobrze to ja nigdy nie leczyłam, żeby mi w nekrologu dziękowano – zwierzyła się Matylda.
– Nie będziesz sławna przez swoje metody leczenia – zawyrokował mąż. – Zresztą co to za leczenie! U ciebie wszystkie choroby są albo na tle nerwowym, albo na tle dziedzicznym, a jedynym zalecanym leczeniem dieta! Co to w ogóle jest za dieta? – zapytał retorycznie. – Zabraniasz ludziom jedzenia ich ulubionych potraw, skazując na dietę roślinną wycieńczającą organizm nawykły do golonek, pasztetów i piwa. Nikt do takiego gabinetu lekarskiego nie będzie chciał przychodzić i słuch po tobie zaginie – zawyrokował niczym Kasandra.
– Komu sława sądzona, to go nie ominie – refleksyjnie zauważyła Matylda.
– Dziś wybieram się na galę firmy Piguła Co Nie Działa i wszystko się może zdarzyć – oznajmiła tonem pełnym intrygujących niedomówień.
– Jaką galę? Gdzie? Nie wspominałaś wcześniej, że gdzieś się wybierasz – zdziwił się Franek.
– Nie chcem, ale muszem. Z firmą Piguła Co Nie Działa zadzierzgnęłam właśnie powierzchowne więzi pozornej miłości i już są widoczne rezultaty tych czułości… – Matylda zawiesiła głos i z niewinną miną dodała – zaproszono mnie na doroczną galę Demokracja w medycynie!
– I co ty tam będziesz robić? – zdziwił się Franek.
– Jak to co? To samo co wszyscy! – dyplomatycznie odparła Matylda.
– A tak konkretnie? – dociekał.
– A tak konkretnie, to opowiem ci jak wrócę. W każdym razie w programie jest wysłuchanie dwóch wykładów. Docent Krzysztof Maria Wczorajszy wygłosi wykład inauguracyjno-refleksyjny Demokracja w medycynie, a profesor Antoni Przecientny wykład merytoryczny o leczeniu chorób wszelakich za pomocą najnowszej generacji leków nijakich produkowanych przez Piguła Co Nie Działa.
– Jaki profesor? Przecięty? – dopytywał.
– Nie, on jest cały, ale nazywa się Przecientny, przez EN – objaśniła Matylda.
– EN? Jak Ewa Naga? – Franek wszystko lubił wiedzieć dokładnie.
– Naga to była Maja, mój drogi – zauważyła Matylda.
– Pamiętam, pamiętam, powabna brunetka rozłożona w wyczekującej pozie na tapczanie – rozmarzonym głosem zauważył Franek.
– Czy w wyczekującej, nie wiem, jakoś do tego pozowania musiała się ułożyć, niekoniecznie zaraz z takimi intencjami, jakie masz na myśli – ucięła Matylda.

Organizatorzy gali Demokracja w medycynie od rana biegali jak nakręceni, czuwając nad wszystkimi szczegółami nadciągającej uroczystości. Lista starannie dobranych gości, instrukcje dla hostess, powitanie vipów, wszystko wymagało sprawdzenia i nadzoru, wieczór bowiem zbliżał się szybkimi krokami.
Goście zaproszeni na galę wypucowani i odświętnie wystrojeni powoli wypełniali wnętrze vestibulum hotelu Patria. Bywalcy wymieniali ukłony, uściski i uśmiechy. Niewielkie wnętrze poprzedzające wejście do sali bankietowej szczelnie wypełniał gwar prowadzonych rozmów towarzysko - biznesowych. Nim wybiła godzina dwudziesta, obecni byli wszyscy, czyli ci sami co zawsze na tego rodzaju spotkaniach i imprezach.
 Profesor Przecientny z zapałem umizgiwał się do dyrektorki działu marketingu firmy Piguły Co Działa. Wiedział co robi, bo w końcu to ona miała budżet reprezentacyjny, a nie dyrektor medyczny, jak to bywało we wcześniejszej epoce, na którego Antoni w tej nieciekawej sytuacji biznesowej postanowił nie zwracać najmniejszej uwagi. Gawędząc z dyrektorką, nieoczekiwanie spostrzegł kątem oka Matyldę, idącą w kierunku sali wykładowej. Szybko wykonał energiczny skręt obu gałek ocznych w stronę przeciwną, dodatkowo jeszcze przesuwając dłonią oprawkę okularów w kierunku, w którym pomknęły chyżo profesorskie oczęta, aby nie powstał nawet cień podejrzenia, że doktor Przekora znalazła się w polu widzenia, w którego bywaniu nie każdy w końcu był godzien.
Po ostatnim występie Matyldy na posiedzeniu Towarzystwa Chorób Wszelakich, gdy zadała mu pytanie o częstość hospitalizacji z powodu chorób nijakich na kierowanym przez niego oddziale, długo motał się z odpowiedzią. Dobrze refundowane przez Narodowego Brata Płatnika choroby nijakie przecież istniały, ale żeby wywlekać taki temat w publicznej dyskusji to było wprost nieludzkie! Po tym ohydnym zachowaniu Matyldy profesor Przecientny postanowił nie podawać jej nie tylko ręki czy nogi na powitanie – w końcu to była znana praktyka wobec przeciwnika – ale zdecydował się nawet nie kierować spojrzenia w stronę, gdzie znajdowała się pełna niezdrowej ciekawości doktor Przekora. Pytanie o te całe choroby nijakie profesor Przecientny mógłby jeszcze Matyldzie wybaczyć, ale najgorsza była jej środowiskowa niezatapialność.
Ileż starań już wykonał Antoni, aby skutecznie dr Przekorę usunąć z powierzchni świata, który się liczył i z miejsc, w których warto było bywać, wiedział tylko on sam i obiekt jego akwarystycznych poczynań. Takie zachowanie ze strony Matyldy było po prostu… po prostu – nazwijmy rzecz po imieniu – niegrzeczne! Tak, to był ze strony Matyldy przejaw nieokiełznanego braku grzeczności!
         
Sprawa była o tyle trudna do zaakceptowania, że profesor Antoni Przecientny miał alergię o nasileniu zbliżonym do wstrząsu anafilaktycznego na widok niegrzecznych dziewczynek we wszystkich ich fazach rozwojowych i wiekowych. Nie znosił ich gdy pojawiały się w jakimkolwiek miejscu, w którym on przebywał. Antoni był bowiem wielkim miłośnikiem ładu i porządku, przez niego samego stanowionego, a nie od dziś wiadomo było, jak niegrzeczne dziewczynki potrafią namieszać w niejednej sprawie! Jeśli więc już musiał akceptować dziewczynki, to wyłącznie grzeczne, zdolne do podporządkowania się i respektowania jego władzy. Takie stanowisko u Antoniego nie wzięło się tak sobie, ot, z niczego. Przecientny był ojcem czterech córeczek.
– Ach, moje grzeczne dziewczynki – rozmarzył się nieoczekiwanie Antoni. Ileż radości potrafią dać człowiekowi, ile satysfakcji rodzicielskiej i szefowskiej.
 Przede wszystkim grzeczne córeczki Antoniego oraz innych tatusiów miały zawsze bardzo dobre maniery i nie przynosiły nigdy wstydu na wywiadówkach. Nosiły wirujące sukienki, bawiły się lalkami, nie lubiły chodzić w dżinsach ani włazić na drzewa. Sukieneczki i łapki miały zawsze tak czyste, że nigdy nie mogłyby wystąpić w żadnej reklamie środków piorących. Co więcej, gdyby świat składał się z samych grzecznych dziewczynek, przemysł pralniczy szybko by zbankrutował. Miały obowiązkowo jasne loki, które same się kręciły, a włosy zawsze długie. Nigdy, przenigdy nie nosiły krótkich włosów, bo byłoby im w nich nie do twarzy. Czy ktoś w ogóle kiedykolwiek widział aniołka z krótkimi włoskami?

Gdy dziewczynki dorastały, zostawały grzecznymi robotnicami w ulu korporacyjnym lub szpitalnym. W każdej sytuacji ładnie i szybko, bez zbędnych oporów potrafiły się dostosować do otaczającego świata. Zawsze wiedziały kto tu rządzi i nigdy nie myliły się w ocenie. Nie lęgły się im żadne buntownicze myśli w głowach. Miały zawsze czas, aby wziąć dyżur w Wigilię, Sylwestra, Wielki Piątek, bo nie po to urodziły się grzecznymi dziewczynkami, aby komukolwiek sprawiać kłopot! Nie miały innego zdania niż szef – ach… jakie to było miłe z ich strony! Czciły i admirowały wszelaką hierarchię, a w szczególności ordynaturę i profesurę akademicką, szanowały władzę szpitalną w każdej postaci, nigdy się jej nie sprzeciwiając. Warto więc było czasem taką grzeczną dziewczynkę zatrudnić na jakimś podrzędnym etacie. Nie stanowiły bowiem one żadnych zagrożeń.
          Grzeczne dziewczynki nigdy, przenigdy nie były w stanie wymyślić prochu. Po latach wiernego kicania na dwóch łapkach mogły doczekać się pewnych nagród. Mogła to być przepustka do wyjazdu na zagraniczny kongres, zrobienia doktoratu, a w szczególnie zasłużonych przypadkach nawet zrobienia habilitacji, po którym to wydarzeniu otwierały się przed nimi wrota raju, bowiem już nie od dziś było wiadomo, że grzeczne dziewczynki po swym pracowitym życiu szły do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chciały, oczywiście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za rok o tej porze w Paryżu - rozdział czwarty

Rozdział 4: Ruszam w świat! Czas płynął... Wyjazdy do Tunezji i na Kretę pokazały , że rodzina potrafi samodzielnie egzystować bez ...